Wybory do Parlamentu Europejskiego 2009 r. – czy Polacy pójdą do urn ?
{wpis z dnia 24 stycznia 2009 r. przeniesiony z WordPress.com]
Wpływ prac legislacyjnych Parlamentu Europejskiego na życie codzienne każdego z obywateli Unii jest bardzo wyraźny – większość wprowadzanego dziś prawa w państwach członkowskich to dostosowanie do unijnej legislacji (szacuje się, że 60-80 proc. narodowego prawodawstwa jest ustanawiane na poziomie Wspólnoty) Coraz liczniejszy i silniejszy Parlament nabrał pewności siebie oraz stał się bardziej asertywny. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest wymuszenie rezygnacji szefa KE Jacquesa Santera i podanie do dymisji całej Komisji Europejskiej (z wykształcenia prawnik i ekonomista, były premier i minister finansów Luksemburga, został przewodniczącym KE w 1995 roku, a w połowie marca – w skutek skandalu korupcyjnego, w który zamieszana była Komisja – podał się i całą KE do dymisji) .
Wydawałoby się, że silny Parlament spełniający swój demokratyczny mandat w unijnym systemie bilansu “checks & balances” powinien prowadzić również do legitymizacji demokratycznej nie tylko Parlamentu, ale również do ogólnie pojmowanej Unii. Teoretycznie powinno byłoby to wystarczyć do uznania udziału w unijnych wyborach parlamentarnych jako czegoś oczywistego. Jednak stały spadek frekwencji wyborczej i ogólne poczucie dystansu między obywatelem a instytucjami UE – w tym PE – przekonują, że tak nie jest. Dlaczego więc, biorąc pod uwagę siłę i znaczenie Parlamentu Europejskiego, frekwencja wyborcza jest na tak niskim poziomie ?
Według ekspertów należy wziąć pod uwagę wiele czynników. Po pierwsze, sprawy narodowe wciąż są wiodącym tematem w wyborach do PE. Większość badaczy – i co gorsza – sami politycy uważają, że są to wybory “drugiego rzędu”. W wyniku takiego podejścia, zdecydowana większość uprawnionych do głosowania wciąż jest niedostatecznie informowana o potyczkach, jakie mają miejsce na szczeblu unijnym. W efekcie, zamiast o problemach wspólnotowych, w kampanii wyborczej mowa jest o problemach występujących na poziomie narodowym. W opinii naukowców, w dalszym ciągu nie tylko nie ma miejsca na „europejską” debatę, ale jest nawet gorzej: głosujący traktują bowiem wybory do PE jako sposób ukarania ich rządów za niedociągnięcia w polityce wewnętrznej. Jednocześnie ukazują polityczną słabość integracji europejskiej w większości krajów członkowskich.
Dlatego właśnie politycy dążą do koncentrowania się w swoich kampaniach wyborczych na sprawach narodowych i szukają uznania dla propozycji rozwiązywania problemów pochodzących z ich “własnego podwórka”. Wynika to także z faktu, że listy wyborcze przygotowują partie krajowe lub nawet regionalne, a nie partie sformowane na poziomie wspólnotowym, które funkcjonują w PE. “Możesz odnosić sukcesy jako członek Parlamentu Europejskiego, który bardzo ciężko pracuje na poziomie Unii, ale nie jest to jednoznaczne z uzyskaniem wysokiego miejsca na liście wyborczej. Koniec końców ważniejszym jest dobry układ partyjny” – powiedział EurActiv badacz z brukselskiego biura Polityki Europejskiej Sebastian Kurpas. Podkreślił, że europejskie partie polityczne, żeby istnieć, wciąż muszą być zależne od swoich krajowych korzeni. Żaden z obywateli UE – jako jednostka – nie może przyłączyć się do Europejskiej Partii Socjalistycznej ani Europejskiej Partii Ludowej-Europejskich Demokratów (EPP-ED). Jedyna droga do członkowstwa w grupach politycznych Parlamentu Europejskiego prowadzi przez którąś z silnych partii narodowych.
Na tle tych opinii nader ciekawie jawi się irlandzki ruch LIBERTAS Declana Ganleya (przeciwny traktatowi lizbońskiemu) który zapowiada udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. jako pierwsza i jak narazie jedyna partia paneuropejska.
Naukowcy zdiagnozowali także powody apatii obywateli państw członkowskich w wyborach do PE. Po pierwsze, jest to ugruntowane przekonanie, że jest to bez sensu, bo ich udział w głosowaniu nie może nic zmienić. Po drugie, że ich głos nie ma żadnego znaczenia – wielu z nich nie idzie więc do urn, bo nie widzą bezpośredniego związku swojego głosowania z podziałem władzy na szczeblu UE. Rzeczywiście, nawet Niemcy – największe państwo UE z 99 miejscami w 785 osobowym Parlamencie, mają na to tylko bardzo ograniczony wpływ. Sytuacja wygląda jeszcze gorzej w przypadku małych państw takich jak Luxemburg czy Malta, które mają tylko po kilku europosłów.













































