Sąd Ostateczny
Joanna Podgórska
Polacy wnieśli przed Trybunał w Strasburgu ponad 34 tys. skarg. W tych sprawach widać, gdzie najmocniej iskrzy między państwem a obywatelem; w sądach, więzieniach, w kwestii wolności słowa i nadmiernej presji ideologicznej.
Czy wolno obrażać Jana Pawła II – na to pytanie odpowiedź przyniesie sprawa Urban przeciwko Polsce, którą w ostatnich dniach Trybunał zakomunikował polskiemu rządowi. Oznacza to, że skarga została przyjęta i będzie rozpatrywana. Chodzi o felieton Jerzego Urbana „Obwoźne sado-maso” z 2002 r. o papieskich pielgrzymkach. Sprawa wydawałoby się zapomniana, ale żeby złożyć skargę do Trybunału, trzeba najpierw wyczerpać ścieżkę krajową. Dlatego wiele głośnych spraw, wokół których toczyły się spory, dopiero po latach zyskuje puentę w postaci strasburskiego wyroku. Podobnie będzie ze sprawą Andrzeja Leppera, skazanego przez polskie sądy za zniesławienie polityków w 2001 r., sprawą dr. Mirosława Garlickiego czy Anny Gąsior, skazanej za zniesławienie Zbigniewa Wassermanna.
Klony przeciwko Polsce
Absolutny numer jeden na liście spraw polskich w Strasburgu to jednak prawo do rzetelnego procesu. Polskę skarżono w kwestiach dostępu do obrońcy z urzędu, zbyt wysokich opłat sądowych, ale przede wszystkim – o przewlekłość postępowania. Do Strasburga trafiały sprawy, które przed polskimi sądami ciągnęły się ponad 20 lat. Przegrywaliśmy je hurtowo, płacąc wysokie odszkodowania. Dlatego w 2004 r. przyjęto ustawę pozwalającą skarżyć się na przewlekłość postępowania w kraju. Ten środek był początkowo średnio skuteczny, bo sądy co prawda przyznawały rację skarżącym, ale nie zasądzały odszkodowań. Dopiero po kolejnych wyrokach w Strasburgu to się zmieniło.
– Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem tak zwanej sprawy klonowej, czyli takiej, w której Trybunał stwierdza, że nie jest to pojedynczy przypadek naruszenia Konwencji, ale problem systemowy, który należy rozwiązać poprzez zmiany prawne – tłumaczy Adam Bodnar, sekretarz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Tak było na przykład w przypadku spraw o odzyskanie mienia zabużańskiego.
Ostatnia sprawa klonowa Kauczor przeciwko Polsce, zakończona w lutym ubiegłego roku, dotyczy nadużywania tymczasowego aresztu. W 2007 r. Trybunał stwierdził naruszenie Konwencji w 32 tego typu sprawach, w 2008 r. – w 33, a kolejnych 90 zostało zakomunikowanych rządowi. Sprawa Adama Kauczora była rekordowa: podejrzany o morderstwo i nielegalne posiadanie broni przesiedział w tymczasowym areszcie prawie 8 lat. Trybunał przyznał mu 10 tys. euro odszkodowania, a w wyroku stwierdził, że problem ma charakter strukturalny.
Kolejnym klonem może stać się lustracja. 6 spraw Polska już przegrała, a kolejnych 5 zostało zakomunikowanych rządowi. Do Strasburga skarżyli się m.in. usunięta z zawodu sędzia, sędzia pozbawiona przywilejów emerytalnych, kandydat do Parlamentu Europejskiego. Za każdym razem Trybunał uznał, że w procesach lustracyjnych złamana została zasada równości broni. Brak pełnego dostępu do tajnych akt nie gwarantuje oskarżonym wystarczającego prawa do obrony. – Lista tych spraw będzie coraz dłuższa, a rząd polski na razie wyroki strasburskie ignoruje. Zasady postępowania w procesach lustracyjnych nie zmieniły się, a to oznacza, że każdy, kto po zakończeniu postępowania w kraju wniesie skargę do Strasburga, ma sprawę wygraną – twierdzi Paweł Osik z zespołu Prawa Człowieka a Rozliczenia z Przeszłością w Fundacji Helsińskiej.
Więźniowie przeciwko Polsce
Niedawno głośno było o sprawie Pawła J., więźnia, któremu odmówiono prawa do ślubu. „Związek zaczął się i rozwijał w sposób nielegalny, poprzez przesyłanie grypsów i z punktu widzenia społecznej rehabilitacji skazanych nie jest godzien ochrony prawnej” – stwierdziły władze więzienne. Wszelkie odwołania okazały się nieskuteczne, więc Paweł J. poskarżył się do Strasburga i wygrał. Trybunał upomniał Polskę, że więzienie nie oznacza pozbawienia człowieka podstawowych praw i wolności, a powodem odmowy zgody na ślub mogą być jedynie przeszkody wymienione w kodeksie rodzinnym.
W Strasburgu wygrywali już więźniowie skarżący się na warunki, przeludnienie, dostęp do świadczeń medycznych, poniżające traktowanie. Wygrał więzień, któremu odmówiono przepustki na pogrzeb ojca, a także inny, któremu klawisze pozwolili głosować w wyborach, pod warunkiem, że rozbierze się do naga. Najcięższy kaliber miała sprawa Dzieciak przeciwko Polsce, bo złamany został artykuł 2 Konwencji, czyli prawo do życia. Gdy Zbigniew Dzieciak przebywał w areszcie, szpital trzykrotnie wyznaczał termin operacji ratującej mu życie. Więzień zamiast trafić do szpitala, brał udział w rozprawach. Za trzecim razem prokurator przetrzymał w aktach list z planowaną datą zabiegu i korespondencja dotarła do aresztu po terminie. Człowiek zmarł. Trybunał nie tylko przyznał żonie odszkodowanie, ale też stwierdził, że Polska nie była w stanie efektywnie przeprowadzić śledztwa w tej sprawie.
– Oczywiście więzienie to nie sanatorium, ale jest granica między karą pozbawienia wolności a traktowaniem więźniów jak podludzi pozbawionych wszelkich praw. I u nas jest ona zbyt często przekraczana – mówi Monika Gąsiorowska, adwokatka, która brała udział w kilkudziesięciu procesach przed Trybunałem strasburskim.
Polacy skarżą się do Trybunału także na brutalność policji. W 2007 r. uznał on, że Polska złamała zakaz tortur. W czerwcową noc, w podwarszawskich Markach, Dariusz Dzwonkowski pił z kolegami pod sklepem. Zachowywali się głośno, ktoś wezwał policję. Funkcjonariusze zakuli mężczyzn w kajdanki i kazali położyć się na ziemi. Dzwonkowski się stawiał. Twierdzi, że policjanci go pobili. Policjanci twierdzą, że pobił się sam, specjalnie waląc głową o krawężnik. Prokurator uwierzył, że Dzwonkowski sam złamał sobie rękę, żuchwę i doprowadził do pęknięcia oczodołu. Ten poskarżył się do Strasburga i wygrał 10 tys. euro.
Przed Trybunałem wygrali także wrocławscy squatersi, do których o trzeciej nad ranem wpadła policja, by wyjaśnić, dlaczego przed squatem stoi niezamknięty samochód (sprawa Rachwalski i Ferenc przeciwko Polsce). Policjanci kazali wszystkim ustawić się pod ścianą, wyzywali od hołoty, brudasów i pedałów, dwie osoby pobili, przeszukali budynek bez nakazu. Polska prokuratura uznała, że postępowanie policjantów było uzasadnione. Według Trybunału, Polska złamała zakaz nieludzkiego i poniżającego traktowania oraz prawo do poszanowania życia prywatnego. Squat to też dom, cokolwiek policja myśli na ten temat.
Słowo przeciwko Polsce
Ostatni wyrok z artykułu 10 Konwencji, o swobodzie wypowiedzi i wolności prasy, dotyczy pieska Reksia. Skargę złożono przed 10 laty. Wówczas firma Star Foods prowadziła agresywną kampanię reklamową chipsów, zamieszczając na paczkach nalepki z kontrowersyjnymi hasłami. Jedno z nich głosiło, że Reksio jest mordercą. „Angorka”, dodatek dziecięcy do tygodnika „Angora”, zamieścił wówczas rysunek, na którym chłopiec zwraca się do Reksia: „Nie martw się, też byłbym mordercą, gdybym jadł to świństwo”. Firmie Star Foods „świństwo” się nie spodobało, a polskie sądy przyznały, że tygodnik naruszył dobre imię spółki. Trybunał jednak uznał, że skoro kampania skierowana do dzieci zawierała treści dla nich nieodpowiednie, to sprawa jest ważna społecznie, a wówczas media mają prawo do przesady i prowokacji.
To już drugi proces wygrany przez „Angorę” w Strasburgu. Poprzedni dotyczył sprawy porwania córki marszałka Sejmu Macieja Kerna. Tygodnik napisał, że nadużył on w tej sprawie stanowiska i dostarczał mediom kłamliwych informacji. Polski wymiar sprawiedliwości uznał to za zniesławienie, Strasburg za głos dopuszczalny w publicznej debacie.
Precedensowe znaczenie miał także ubiegłoroczny wyrok w sprawie Wojtas-Kaleta przeciwko Polsce. Dziennikarka wrocławskiego oddziału TVP Helena Wojtas-Kaleta skrytykowała na łamach „Gazety Wyborczej” decyzję o zdjęciu z anteny dwóch programów poświęconych muzyce klasycznej i podpisała list otwarty przeciwko zastępowaniu kultury „pseudomuzycznym kiczem”. Od władz telewizji dostała naganę za naruszenie dobrego imienia pracodawcy, a sądy obu instancji zgodziły się z tą opinią, twierdząc, że zachowała się nielojalnie. W ocenie Trybunału, obowiązek lojalności wobec pracodawcy nie ma mocy wiążącej wobec dziennikarzy, bo istotą tego zawodu jest przekazywanie informacji i opinii. Mają zatem nie tylko prawo, ale i obowiązek komentowania spraw o znaczeniu publicznym. Stwierdził także, że skoro kraj zdecydował się na stworzenie systemu mediów publicznych, to musi zagwarantować w nim pluralizm poglądów.
– Polska zazwyczaj przegrywa w Strasburgu sprawy związane ze swobodą wypowiedzi. Problemem jest obowiązujące u nas prawo, a konkretnie artykuł 212 kodeksu karnego, zgodnie z którym za pomówienie osoby czy instytucji grozi kara więzienia – mówi Dominika Bychawska z Obserwatorium Wolności Mediów. Podejrzanego w takich sprawach traktuje się jak najgroźniejszego przestępcę. Policja pobiera odciski palców, robi zdjęcie do kartoteki, może przeszukać dom (niedawno drukowaliśmy na ten temat Raport Bianki Mikołajewskiej – POLITYKA 41/09). – W jednym z wyroków Trybunał nie powiedział co prawda wprost, że artykuł 212 jest sprzeczny z Konwencją, ale uznał, że jest nieproporcjonalnie dolegliwy, a zawód dziennikarza wymaga ochrony. Niestety, polskie sądy nie biorą tego orzeczenia pod uwagę – dodaje Bychawska.
W Polsce przyjęło się przekonanie, że politycy wymagają szczególnej ochrony przed zniesławieniem, podczas gdy w praktyce europejskiej jest wręcz przeciwnie. Wobec polityków wolno więcej. Dlatego wyrok w sprawie Andrzeja Leppera, który z trybuny sejmowej zniesławił kilku znanych polityków, może być zaskoczeniem. W Strasburgu dochodzi także sprawiedliwości Wanda Gąsior, którą polski sąd uznał za winną zniesławienia Zbigniewa Wassermanna, gdy nazwała go oszustem, bo nie zapłacił jej zięciowi za wykonaną pracę (montował m.in. słynną wannę z hydromasażem).
Aborcja, geje, etyka
Sprawa Alicji Tysiąc, której odmówiono legalnej aborcji, bez możliwości odwołania się od tej decyzji, była bodaj najgłośniejszym w Polsce strasburskim wyrokiem. Pierwszym, ale nie ostatnim, bo lada moment może zapaść wyrok w podobnej sprawie R.R. przeciwko Polsce. W tym przypadku kobietę zmuszono do urodzenia dziecka z wadą genetyczną. Strasburg zakomunikował polskiemu rządowi także sprawę Agaty Lamczak. Może być jeszcze głośniejsza niż sprawa Alicji Tysiąc, bo tu wchodzi w grę złamanie artykułu o prawie do życia. U 25-letniej Agaty zdiagnozowano wrzodziejące zapalenie jelita grubego, gdy była w ciąży. Choć stan jej zdrowia drastycznie się pogarszał, a kobieta skarżyła się na silne bóle, lekarze koncentrowali się głównie na ciąży. Nie przeprowadzili pełnych badań, bo nie pozwalało im na to sumienie. Byli głusi na żądania matki i narzeczonego, by leczyć Agatę bez względu na konsekwencje dla płodu, a wijącej się z bólu kobiecie zalecali, żeby bardziej przejmowała się dzieckiem niż „własnym tyłkiem”. Po czterech miesiącach męczarni Agata zmarła. Wcześniej obumarł płód.
Wyrok w sprawie Tysiąc przeciwko Polsce wszedł do międzynarodowego orzecznictwa. Niedawno został przywołany w sprawie ABC przeciwko Irlandii. Trybunał zalecił Polsce stworzenie ścieżki prawnej, która pozwoli odwołać się od decyzji lekarza i faktycznie takie rozporządzenie weszło w życie. Według Wandy Nowickiej, szefowej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, jest ono jednak niejasne, niespójne i dopiero przyszłość pokaże, jak działa w praktyce.
Wyrok w sprawie Bączkowski i inni przeciwko Polsce, dotykający innego obszaru ideologicznego sporu, faktycznie zmienił polską praktykę. Poszło o zakazanie Parady Równości w 2005 r. przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Decyzję tłumaczył względami bezpieczeństwa, aprobując w tym samym dniu sześć innych zgromadzeń, m.in. pod hasłami: „Przeciwko propagowaniu związków partnerskich” czy „Chrześcijanie respektujący prawa Boże to obywatele pierwszej kategorii”. Trybunał jednomyślnie stwierdził naruszenie Konwencji i nie pozostawił wątpliwości co do tego, że mniejszości seksualne mogą korzystać z wolności zgromadzeń. – Od tego czasu nie zakazano ani jednej parady czy marszu, choć jest ich coraz więcej – przyznaje Yga Kostrzewa z fundacji Lambda, jedna ze skarżących. – Nie chcieliśmy odszkodowania, tylko jasnego komunikatu, że Polska ma przestrzegać praw człowieka. Dla nas ten wyrok ma nie tylko znaczenie praktyczne, ale i symboliczne.
Na rozpatrzenie w Strasburgu czeka inna sprawa dotycząca osób homoseksualnych: Kozak przeciwko Polsce. Trybunał ma rozstrzygnąć, czy skarżący ma prawo odziedziczyć lokal socjalny po zmarłym partnerze.
Spór o etykę w szkołach ciągnie się od lat. Od lat też czeka w Strasburgu na rozstrzygnięcie sprawa Grzelak przeciwko Polsce. Wyrok prawdopodobnie zapadnie w tym roku. Syn państwa Grzelaków, zgodnie z wolą rodziców, nie brał udziału w zajęciach z religii. Jednocześnie okazało się, że w mieście, gdzie mieszkają, nie ma ani jednej szkoły, która organizowałaby alternatywne zajęcia z etyki. Chłopiec spędzał czas na korytarzu lub w bibliotece. Ze względu na dyskryminację fizyczną i psychiczną dwukrotnie zmieniał szkołę. Rodzice skarżyli się do wszystkich możliwych instytucji w Polsce, ale bezskutecznie. Gdyby wyrok Trybunału był dla nich pozytywny, byłoby to dobitne stwierdzenie, że prawo do nauczania etyki w polskich szkołach jest iluzoryczne. Inna rzecz, że dla Grzelaków nie będzie to już miało praktycznego znaczenia. Ich syn niedługo kończy szkołę średnią.
– My już swoje przeszliśmy, ale mimo wszystko ta sprawa dalej ma dla mnie sens – deklaruje Czesław Grzelak. – Inne dzieci są w tej samej sytuacji, może moje wnuki też będą. Poza tym chodzi mi o to, żeby konstytucja nie była traktowana jak śmieć.
Co mamy za paznokciami
Zdaniem Adama Bodnara, poprzez strasburskie sprawy widać, co który kraj ma za paznokciami. We Francji i Włoszech są to głównie kwestie związane z emigrantami, w Czechach i na Słowacji problem romski, w Bułgarii – przemoc stosowana przez policję. – U nas to nadmierny wpływ Kościoła katolickiego na sferę publiczną, a dokładnie rzecz biorąc, postawy polityków, którzy mu ulegają, by nie stracić części elektoratu.
Od momentu ratyfikowania Konwencji Polacy zgłosili do Trybunału w Strasburgu ponad 34 tys. spraw. To nam daje drugie miejsce po Rosji. Jeśli brać pod uwagę liczbę rozpatrywanych obecnie spraw, jesteśmy na szóstym miejscu, wyprzedzani m.in. przez Rosję, Turcję i Ukrainę. Większość skarg jest odrzucana, bo nie spełnia podstawowych warunków formalnych (minęły terminy lub ścieżka krajowa nie została wyczerpana). Tylko 7 proc. Polaków korzysta z pomocy prawnej przy składaniu wniosków. Tak czy inaczej, Trybunał jest u nas traktowany jako coś w rodzaju czwartej instancji.
– Z jednej strony jest postrzegany przez obywateli jako ostatnia deska ratunku, a z drugiej jako straszak – mówi Monika Gąsiorowska. – Znam przypadki, że sędzia nie skończy jeszcze czytać uzasadnienia wyroku, a człowiek wybiega z sali grożąc Strasburgiem.
Według Bodnara, mit strasburski w Polsce bierze się także z nieufności obywateli wobec państwa. Wygrać z Polską w Strasburgu to prawdziwa satysfakcja. Inna rzecz, że polski wymiar sprawiedliwości temu sprzyja. To złe przepisy i niechlujstwo prawne napędzają liczbę skarg. – Strasburg nie jest od rozwiązywania wielkich problemów – mówi. – Jego wyroki pokazują, gdzie system prawny zgrzyta, co należy naprawić, podregulować. Można powiedzieć, że tuninguje system. Tworzy pojęcia i standardy prawne, do których można się odwoływać.
Dzięki wyrokom Trybunału zmieniono choćby przepisy o izbach wytrzeźwień, wprowadzono skargę na przewlekłość postępowania, rozwiązano kwestię mienia zabużańskiego. Ale kolejna pula spraw czeka w kolejce do naprawy. Nie tylko lustracja, ale choćby kwestia praw rozwiedzionych rodziców, którzy nie mogą wyegzekwować przyznanych przez sądy kontaktów z dziećmi. Precedensowa może stać się sprawa Moskal przeciwko Polsce. Skarżyła się kobieta, której ZUS błędnie przyznał świadczenia i z dnia na dzień je odebrał. Wyrok strasburski przyznał, że państwo naruszyło jej zaufanie, zachowało się nieprzewidywalnie, a obywatel ma prawo do dobrej administracji. Podobnych spraw jest około 150. Przełomowy będzie także wyrok w zakomunikowanej już sprawie Kędzior przeciwko Polsce, w której chodzi o ubezwłasnowolnienie. Takich przypadków jest coraz więcej i wygląda na to, że ubezwłasnowolnienie stało się u nas poręcznym narzędziem, pozwalającym rodzinie pozbyć się niechcianego członka. Wyrok może podważyć obowiązujące procedury.
– Przypuszczam, że niedługo mogą trafić do Strasburga sprawy związane z przemocą wobec kobiet. Jest już precedens Opuz przeciwko Turcji, w którym ofiara przemocy domowej nie dostała od państwa opieki i nadal była maltretowana. Podobnych przypadków jest w Polsce sporo. Prędzej czy później będzie też skarga na obecność krzyży w instytucjach państwowych – przewiduje Adam Bodnar.
Przegrane strasburskie wpływają fatalnie na wizerunek kraju, dlatego polski rząd coraz częściej idzie ze skarżącymi na ugodę; w sprawach oczywistych, gdzie przegrana jest pewna, ale też w takich, których nie chce nagłaśniać medialnie. Inna rzecz, że z nagłaśnianiem bywa różnie. Do opinii publicznej przebijają się nieliczne sprawy. Czasem urzędnik, który faktycznie zawinił, nawet nie wie, że zapadł wyrok. To państwo jest oskarżone i ono płaci za błąd. A media nie piszą, że Polska znów przegrała. Przecież ciągle przegrywa, co to za news.
Źródło: Polityka.pl
Swego czasu, w artykule reforma prokuratury, pisałem o konieczności wprowadzenia do polskiego systemu procedury karnej instytucji sędziego śledczego, zarzucając ówczesnemu kierownictwu ministerstwa sprawiedliwości, że proponowana reforma prokuratury nie uwzględnia konieczności zreformowania całości systemu.
Opublikowanie tekstu o potrzebie poruszenia kwestii systemowej reformy wymiaru sprawiedliwości podczas prezydenckiej kampanii wyborczej 2010 r. skłoniła mnie do jego ponownej publikacji.
W środowisku prawniczym, dyskusja o konieczności przywrócenia polskiemu systemowi prawnemu, znanej w okresie międzywojennym instytucji sędziego śledczego, toczy się od dawna. Zdania w tej sprawie są podzielone (jak to zazwyczaj wśród prawników bywa). Dlatego też bardzo mnie ucieszył artykuł Prof. Zbigniewa Safjana, (który jest niekwestionowanym autorytetem dla prawników), opublikowany w Newsweek’u. Profesor Zbigniew Safjan pisze:
Zapowiedź zmian w odniesieniu do prokuratury to ważny krok do przodu. Za znacznie ważniejszą od oddzielenia funkcji prokuratora i ministra sprawiedliwości uważam jednak ideę przywrócenia sędziego śledczego jako rzeczywistego gwaranta praw podejrzanych w postępowaniu przygotowawczym – czasem powrót do dobrych i sprawdzonych rozwiązań międzywojennych jest doprawdy lepszy niż wymyślanie zupełnie nowych konstrukcji. [Newsweek Nr 01/08, str. 52]
Instytucja sędziego śledczego znana była polskiej procedurze karnej od 1928 r. do 1949 r. oraz znana jest bodaj większości europejskich systemów prawnych. W Polsce począwszy od 1928 r.
Śledztwo (…) prowadzone było przez sędziego śledczego i sąd grodzki. Stronami w tym postępowaniu byli prokurator oraz oskarżony. Prokurator składał do sędziego śledczego wniosek o przeprowadzenie śledztwa. W przypadku, gdy sędzia śledczy nie zgadzał się z wnioskiem prokuratora, przedstawiał sprawę do rozstrzygnięcia sądowi okręgowemu. Prokurator miał prawo składania wniosków, które sędzia śledczy miał obowiązek rozpoznać. Wniosek prokuratora o uchylenie lub złagodzenie środka zapobiegawczego był dla sędziego śledczego wiążący. Prokurator miał prawo być przy wszystkich czynnościach śledczych. Sędzia śledczy, jeżeli prokurator tego zażądał lub na to się godził, miał prawo umorzyć śledztwo. Jeżeli prowadzone śledztwo dostarczyło podstaw do wniesienia aktu oskarżenia sędzia śledczy, po przesłuchaniu podejrzanego i zaznajomieniu go z materiałami sprawy, zamykał śledztwo i przesyłał sprawę prokuratorowi, który sporządzał akt oskarżenia.Nowela do kodeksu postępowania karnego z 1938 r. upoważniła prokuratora i policję do dokonywania czynności śledczych w przypadkach, gdy uznają to za niezbędne dla ratowania śladów i dowodów przestępstwa.Ustawa z dnia 27 kwietnia 1949 r. o zmianie przepisów postępowania karnegoa zniosła instytucję sędziego śledczego [cyt. za Zarys historii prokuratury w Polsce].
W toczącej się dyskusji, pośród publicystów i praktyków, większość zdaje się opowiadać za przywróceniem instytucji sędziego śledczego.
Zmianą fundamentalną byłoby jedynie postulowane ostatnio w niektórych środowiskach przywrócenie instytucji sędziego śledczego, którą zlikwidowała w 1949 r. tzw. władza ludowa. Prawdziwie niezawisły, bo pozbawiony zwierzchnictwa, które wpływa tak zabójczo na funkcjonowanie prokuratury, byłby on odporny na niedozwoloną presję czy zakulisowe wpływy.
Jak powiedział mi kiedyś jeden z prokuratorów, do tak umocowanego funkcjonariusza państwowego przedstawiciel prokuratury nie odważyłby się przyjść z kiepsko uzasadnionym wnioskiem podsuniętym przez policję czy służby specjalne, bo zostałby wyrzucony za drzwi lub wydrwiony. Przez swoje bliższe usytuowanie wobec stron postępowania karnego niż sąd powszechny sędzia śledczy mógłby trafniej rozpoznać wniosek o tymczasowe aresztowanie.
Tajemnicą poliszynela jest, że sądy na posiedzeniach aresztanckich wyjątkowo rzadko odrzucają wnioski prokuratury o aresztowanie podejrzanych. Tak dzieje się praktycznie tylko wtedy, gdy śledztwo towarzyszy medialna wrzawa. Tym sposobem areszt stosowany bywa niejednokrotnie w nieuzasadnionych przypadkach. [Cyt. za: Jarosław Jakimczyk - Sędzia śledczy odpolityczni prokuraturę ?].
Jednakże nie brak jest także głosów przeciwnych, zwłaszcza ze strony prokuratorów
Wprowadzenie instytucji sędziego śledczego prowadziłoby do konieczności rewolucyjnej zmiany modelu postępowania karnego, na którą nasz wymiar sprawiedliwości i aparat ścigania nie jest w żaden sposób przygotowany. Propozycja implementacji sędziego śledczego jest protezą tego, co powinno być rzeczywiście przeprowadzone, tzn. zapewnienia realnej niezależności i samodzielności prokuratorów.(…)
Zdecydowanie korzystniejszy jest dzisiejszy system samodzielności prokuratora jako gospodarza postępowania przygotowawczego, poddanego jednak w najistotniejszych kwestiach kontroli niezawisłego sądu. System ten należy tylko wzmocnić przez faktyczne ustawowe, a najlepiej konstytucyjne, gwarancje niezależności prokuratorskiej.
Reasumując: wymiar sprawiedliwości to w gruncie rzeczy nie pole na radykalne reformy, lecz miejsce na stanowcze, ale bardzo przemyślane zmiany mające służyć minimalizacji wpływu negatywnych czynników politycznych lub innych (np. korupcyjnych) na funkcjonowanie aparatu ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Zamiast przeprowadzać systemowe trzęsienie ziemi, np. przywracając sędziego śledczego, zamiast nakładać na nieprzygotowane do tego sądy kolejne obowiązki, należy tak zreformować prokuraturę, by mogła się stać niekwestionowanym przez nikogo strażnikiem praworządności. [Michał W. Węglowski - Sędzia śledczy, czyli temat zastępczy; Rzeczpospolita].
Należę do tych prawników, którzy są zdecydowanymi zwolennikami przywrócenia instytucji sędziego śledczego, dlatego tak pozytywnie przyjąłem cytowaną na wstępie wypowiedź Prof. Zbigniewa Safjana. Jednakże temat jest istotnie trudny i dyskusyjny. Dlatego właśnie zapraszam do publicznej debaty w tej sprawie wszystkich prawników odwiedzających bloga MacLawye®.
Przywrócenie instytucji sędziego śledczego przewidują też założenia reformy polskiego systemu wymiaru sprawiedliwości, jakie MacLawye® zaprezentował u progu debaty publicznej kandydatów na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w kampanii wyborczej 2010 r. [Czytaj Tutaj]
jmm
Ten artykuł nie jest tekstem referującym program Andrzeja Olechowskiego jako kandydata na prezydenta w wyborach 2010 r. Jest to raczej tekst postulatywny, uzasadniający potrzebę wprowadzenia do kampanii prezydenckiej debaty publicznej w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości i nadania tej problematyce wysokiego priorytetu w debacie oraz wyjaśniający, dlaczego pośród wszystkich kandydatów w wyborach 2010 r. właśnie Andrzej Olechowski powinien to uczynić.
Dlaczego debatę o reformie wymiaru sprawiedliwości należy zainicjować w toku prezydenckiej kampanii wyborczej ?
Odpowiedź wydaje się być prosta. Bo to temat ważny, bo badania opinii publicznej pokazują zatrważający brak społecznego zaufania do sądów. Wymiar sprawiedliwości jest elementem ustrojowej zasady trójpodziału władzy. Jeśli zatem źle funkcjonuje, to niesie to zagrożenie dla całego państwa i jego demokratycznego porządku a to są właśnie sprawy do rozwiązania dla przyszłego prezydenta.
Rządowe próby zreformowania sądownictwa kończą się zazwyczaj fiaskiem. Ich wprowadzeniu nie sprzyja ani rządowy system legislacji i żmudnych uzgodnień międzyresortowych każdego projektu ustawy ani bieżący spór parlamentarny w trakcie którego zgłaszane przez posłów poprawki do projektów ustaw są w stanie zepsuć każdy spójny system.
Kiedy rząd Hanny Suchockiej postulował wprowadzenie sądów grodzkich, skończyło się na wyodrębnieniu w sądach wydziałów grodzkich – czyli w praktyce na zmianie mosiężnych tabliczek na drzwiach sądowych wydziałów – reforma padła, zanim się zaczęła.
Gdy rząd Donalda Tuska walczył o rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, postulował zniesienie prokuratur apelacyjnych – rząd sam się z tego projektu wycofał wobec oporu środowiska prokuratorskiego, zapominając, że prokuratorzy apelacyjni mogliby przejściowo z mocy ustawy zostać sędziami śledczymi – ale postulat przywrócenia w polskim systemie prawa karnego instytucji sędziego śledczego, mimo że popierają go wszystkie środowiska prawnicze, został odłożony ad calendas grecas, podobnie jak postulat wprowadzenia zasady, że zawód sędziego powinien być koroną zawodów prawniczych.
Żaden rząd nie wprowadzi reformy wymiaru sprawiedliwości. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że urzędnikami ministerstwa sprawiedliwości są w dominującej części sędziowie, oddelegowani do pracy w ministerstwie; a sędziowie (podobnie zresztą jak adwokaci i prokuratorzy) żadną reformą zainteresowani nie są.
Dlaczego sędziowie nie doprowadzą do systemowej reformy sądownictwa ? Ponieważ musieliby zgodzić się i wyeliminować z prawa o ustroju sądów powszechnych te przepisy, które stwarzają i sankcjonują w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości zasadę sędziowskiego korporacjonizmu. Zasada sędziowskiego korporacjonizmu sprowadza się do tego, że wszelkie decyzje o administrowaniu sądami, o awansach sędziów, przydziałach do wydziałów, ocenie ich pracy – oddane są w ręce samych sędziów. Innymi słowy: o ile konstytucyjna zasada dwuinstancyjności jest jakimś tam gwarantem praworządności rozstrzygnięć sądowych, to sama praca sędziów, jej jakość, poziom wydawanych orzeczeń, kultura (lub jej brak) jaką sędzia wprowadza na sali sądowej, żadnej kontroli nie podlegają i są oceniane przez samych sędziów. Jakakolwiek próba kontroli administracyjnych czynności sędziów bądź jakości ich pracy odbierana jest przez środowisko sędziowskie jako zamach na konstytucyjna zasadę sędziowskiej niezawisłości.
Środowiska prawnicze są ze swej natury konserwatywne i nie akceptują zbyt lekko proponowanych zmian systemowych w wymiarze sprawiedliwości, co więcej, wzajemne skłócenie środowisk prawniczych – sędziów, prokuratorów, adwokatów i radców prawnych – powoduje, że postulowane przez te środowiska zmiany systemowe uwzględniają jedynie ochronę własnych partykularnych interesów bieżących, bez dalekosiężnej wizji zreformowania całości systemu.
Mimo, że usprawnienie działania sądów i całego systemu organów ochrony prawnej, jest zazwyczaj hasłem programowym wszystkich partii politycznych, to jednak zarówno w programach wyborczych jak i później, w wypadku objęcia władzy, politycy ograniczają się do zmian cząstkowych, nie mających istotnego znaczenia dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości jako całości. Częstokroć, dla realizacji swoich celów politycznych, bądź dla czystej propagandy, partie prezentują różne skrajnie przeciwne koncepcje (PO i PiS przy rozdzielaniu funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości), zmieniając te koncepcje w zależności od bieżącej sytuacji politycznej. Właśnie dlatego systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości powinna być w pewnym sensie wyłączona spod bieżącego sporu parlamentarnego. Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. powinien zapowiedzieć, że w wypadku ich wygrania, jako Prezydent RP, w tym obszarze legislacji podejmie inicjatywę ustawodawczą, zapowiadając podjęcie kompleksowych prac nad projektem zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości, obejmującym więcej niż jedną kadencję parlamentu a nawet więcej niż jedną kadencję prezydencką. Po prostu reformy systemowej wymiaru sprawiedliwości z dnia na dzień wprowadzić się nie da; nie da się także wprowadzić takiej reformy jednym cząstkowym rozwiązaniem. Reforma systemowa powinna bowiem objąć nie tylko prawo o ustroju sądów powszechnych ale także procedury (zarówno cywilną jak i karną), prawo o adwokaturze i wykonywaniu zawodu radcy prawnego (zmierzające do unifikacji tych zawodów i wprowadzenia spójnego systemu kształcenia prawników, w którym zawód sędziego staje się koroną zawodów prawniczych), itp.
Czy wprowadzenie do programu politycznego w wyborach prezydenckich sprawy reformy wymiaru sprawiedliwości jest „opłacalne” z punktu widzenia efektu wyborczego ? Otóż nie jest prawdą, że kwestie związane z działaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości nie interesują polskiego wyborcy. Chociaż można się zgodzić z tezą, że z punktu widzenia wyborcy, z punktu widzenia obywatela jest wiele kwestii ważniejszych, to z punktu widzenia demokratycznego systemu władzy państwowej w Polsce jako państwa prawa, nie ma ważniejszej sprawy niż reforma wymiaru sprawiedliwości. Polski wyborca jest na tyle świadomy, że doskonale wie, iż władza prezydenta w Polsce nie zapewni mu wyższych zarobków i doskonale wie, że reformy systemowe mogą być wprowadzone jedynie przy konsensusie wszystkich sił politycznych, a taki konsensus zapewnić może tylko ponadpartyjny prezydent.
Z drugiej zaś strony problematyka wymiaru sprawiedliwości jest dla polskiego społeczeństwa doniosła. Dowodzi tego choćby historia politycznego sukcesu Prawa i Sprawiedliwości, które już w swojej nazwie się do niej odwołuje. I chociaż partia braci Kaczyńskich ma tyle wspólnego z prawem i sprawiedliwością, co demokracja z demokracją socjalistyczną, należy pamiętać, że sukces PiS’u jak i samego Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, był w dużym stopniu wynikiem programu politycznego skupionego na zapowiedzi manipulowania w obszarze wymiaru sprawiedliwości. PiS powstała wokół powtarzanego jak mantra przez Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości sloganu, że jest zwolennikiem kary śmierci i jej przywrócenia w polskim systemie prawa karnego (mimo pełnej świadomości, że nie jest to możliwe), a największą społeczną popularność osiągnął polityk PiS’u, który prezentował siebie jako „szeryf” twardą ręką kierujący resortem sprawiedliwości.
Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. nie musi (a nawet nie powinien) oceniać pracy sądów. Nie może jednak (i nie powinien) nie dostrzegać, że polskie społeczeństwo nie ma zaufania do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Według badań przeprowadzonych przez ministerstwo sprawiedliwości zaledwie 37% Polaków pozytywnie ocenia polski wymiar sprawiedliwości, 44% wystawia opinię negatywną w odpowiedzi na pytanie: jaka jest Pani/Pana ogólna ocena działania wymiaru sprawiedliwości. Głównym determinantem złej opinii Polaków o instytucjach systemu organów ochrony prawnej są: niesprawiedliwe orzecznictwo 70,9%, nierzetelne wykonywanie obowiązków przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w tym sędziów 69%, ich stronniczość 65% i niska efektywność działań 63%. Praktyka wykonywania zawodu dowodzi, że niemal powszechna jest – nie do końca a na pewno nie w takim stopniu prawdziwa – opinia o skorumpowaniu polskich sądów (9 na 10 klientów kancelarii prawniczych rozpoczyna konferencję z prawnikiem nie od pytania o ocenę prawną procesu a od pytania „czy Pan to może załatwić ?”). Skoro zatem opinia o polskim wymiarze sprawiedliwości jest tak zła, kandydat na urząd prezydenta nie może się do tego społecznego zjawiska nie odnieść.
Diagnozując problem niskiej oceny wymiaru sprawiedliwości i obniżenia się społecznego autorytetu sędziów w relacji do praktyki działania wymiaru sprawiedliwości, można stwierdzić, że społeczny wizerunek sądów determinowany jest przez niski poziom orzecznictwa sądowego, pojmowanie przez sędziów zasady niezawisłości sędziowskiej jako zasady uniemożliwiającej ocenę (i krytykę) ich pracy, obniżenie się poziomu kultury sali sądowej. Praprzyczyną tych wszystkich zjawisk jest sędziowski korporacjonizm. W rezultacie to właśnie ów korporacjonizm sędziowski – paradoksalnie – jest przyczyną upadku autorytetu samych sędziów a w konsekwencji negatywnego obrazu całego wymiaru sprawiedliwości. Tak więc postulatem i hasłem reformy wymiaru sprawiedliwości w programie politycznym kandydata na prezydenta, powinna być odbudowa autorytetu sędziów, poprzez likwidację sędziowskiego korporacjonizmu w zarządzaniu kadrami i administrowaniu sądami. Tak ogólne stwierdzenie w programie politycznym kandydata na prezydenta byłoby jednak niewystarczające. Konieczne jest pokazanie, że są metody naprawy sytuacji.
W ustawie o ustroju sądów powszechnych, rozdział 4 zatytułowany jest „samorząd sędziowski”. Samorządność sędziowska realizowana jest poprzez powierzenie najistotniejszych decyzji (w tym zwłaszcza decyzji kadrowych), zgromadzeniom ogólnym sędziów sądów apelacyjnych i sądów okręgowych. Kompetencje zgromadzeń ogólnych sądów sprawiają, że sądy i sędziowie pozostają poza jakakolwiek kontrolą zewnętrzną a wynikający z tych przepisów sędziowski korporacjonizm powoduje, że w środowisku sędziowskim realizowana jest zasada nihil de nobis sine nobis, co daje samym sędziom władzę w zarządzaniu i organizacji sądów niemal absolutną. Wiadomo jest teoretykom państwa i politykom, że wszelka władza deprawuje a władza absolutna deprawuje absolutnie. Udzielona zgromadzeniom ogólnym sędziów władza, wykonywana jest przez tzw. kolegia; odpowiednio: kolegia sądów apelacyjnych i kolegia sądów okręgowych. W ich skład wchodzą wyłącznie sędziowie określonego sadu, wybierani przez zgromadzenia ogólne sędziów. Tym samym organ samorządu sędziowskiego (zgromadzenie) posiada swoisty „organ wykonawczy” który ustawowo sytuowany jest jako organ sądu. Nie ma chyba drugiej takiej instytucji, w której organ samorządu zawodowego wybierałby organ instytucji państwowej (a odległym porównaniem byłaby analogia do sytuacji, w której związek zawodowy w przedsiębiorstwie, nie tylko miał wpływ na wybór dyrektora ale powoływałby radę nadzorczą przedsiębiorstwa) – i ta konstrukcja ustawowa w prawie o ustroju sądów powszechnych jest po prostu chora, prowadzi do „deprawacji” środowiska sędziowskiego a w konsekwencji do obniżenia się autorytetu sędziów w opinii publicznej.
Planując reformę polskiego wymiaru sprawiedliwości należałoby dążyć do wyeliminowania z prawa o ustroju sądów powszechnych zasady sędziowskiego korporacjonizmu i zastąpienie jej zasadą służebności sądów wobec obywateli; natomiast w zakresie wewnętrznego nadzoru nad pracą sądów wprowadzić rozwiązania, które w dalekiej paraleli byłyby transpozycją na grunt wymiaru sprawiedliwości zasady trójpodziału władz. Zmiana taka polegałaby na ograniczeniu kompetencji zgromadzeń ogólnych sędziów do roli czysto samorządowej reprezentacji interesów środowiska sędziowskiego z nader ograniczonym wpływem na bieżącą pracę sądów i nadzór nad działalnością sędziów oraz na radykalnym wzmocnieniu kompetencji kolegiów sądów. Jednak wzmocnienie kompetencji kolegiów sądów i wyposażenie ich w głos decydujący w sprawach związanych z działalnością wewnętrzną sądów musiałoby być powiązane ze zmianą składu osobowego kolegiów. Istotą proponowanej reformy powinno być bowiem ustawowe dopuszczenie do składu kolegiów prokuratorów i adwokatów, przy czym liczba sędziów w kolegiach sądów powinna być ograniczona do reprezentacji środowiska sędziowskiego i pozostawać w mniejszości do liczby przedstawicieli pozostałych zawodów prawniczych. W skład kolegium poszczególnych sądów apelacyjnych powinni z urzędu wchodzić nie tylko prezesi tych sądów ale także dziekani okręgowych rad adwokackich i szefowie prokuratur odpowiednich szczebli. W jakimś sensie byłby to odpowiednik zasad obowiązujących w arbitrażu, w którym strony same wybierają arbitrów. A ocena pracy sędziów dokonywana byłaby przez tych, którzy dokonują tej oceny w swojej codziennej pracy – prokuratorów i adwokatów.
Ta stosunkowo prosta zmiana spowodowałaby po prostu rewolucję w wymiarze sprawiedliwości i pozwoliła zrealizować postulaty, które obecnie – mimo powszechnego uznawania ich za słuszne – są odkładane. Przede wszystkim – w powiązaniu ze zreformowaniem przepisów o dochodzeniu do wykonywania zawodu sędziego – pozwoliłaby na przepływ kadr między zawodami prawniczymi (sądownictwem i adwokaturą, a przy założeniu, że równolegle wprowadzono by do systemu polskiego prawa karnego instytucję sędziego śledczego, także prokuraturą).
Proponowana zmiana, zakłada ściślejsze powiązanie zawodów prawniczych między sobą. Konsekwencją takiej zmiany musiałyby być zmiany w procedurze dyscyplinarnej wszystkich zawodów prawniczych. O ile dyscyplinarne postępowanie pierwszoinstancyjne powinno pozostać w gestii samorządów; to wraz z proponowanymi zmianami w składzie kolegiów sądów, należałoby postulować powołanie w sądach apelacyjnych specjalnych wydziałów etyki zawodów prawniczych (ponownie z udziałem sędziów, adwokatów i prokuratorów), które spełniałyby funkcję dyscyplinarnych sądów drugiej instancji w stosunku do wszystkich samorządów (sędziowskiego, prokuratorskiego i adwokackiego) o kompetencjach kasacyjnych.
Proponowana zmiana w zakresie składu i kompetencji kolegiów sądów mogłaby być wprowadzona do prawa o ustroju sądów powszechnych bez konieczności zmiany Konstytucji Rzeczypospolitej. Co więcej taka zmiana nie mogłaby być uznana przez środowisko sędziowskie jako zamach na sędziowską niezawisłość. Mimo to należy się spodziewać, że przedstawiona propozycja spotkałaby się z krytyką ze strony sędziów. Faktem jest, że proponowana zmiana zmienia całą filozofię sprawowania wymiaru sprawiedliwości i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Jej wprowadzenie musiałoby być powiązane z kompleksową i rozłożoną w czasie konieczną zmianą procedur sądowych, zakresu kognicji sądów, absolutnie radykalnemu – w dalszej ale określonej perspektywie – uposażenia sędziów.
Wprowadzenie do prawa o ustroju sądów powszechnych zasady służebności sądów zawierającej się zasadniczo w postulowanej wyżej zmianie i dopuszczeniu do zarządzania sądami przedstawicieli innych zawodów prawniczych musiałoby być wprowadzone do systemu wymiaru sprawiedliwości wraz z innymi oczekiwanymi społecznie zmianami: likwidacji instytucji ławników i wprowadzeniu w to miejsce procesu przed ławą przysięgłych w sprawach o zbrodnie (co byłoby realizacją zasady państwa obywatelskiego), wyjęcie spod kognicji sądów drobnych spraw cywilnych i spraw o drobne (nie zagrożone karą aresztu) wykroczenia i poddanie ich rozstrzyganiu przez sędziów pokoju wybieranych przez społeczności lokalne w wyborach powszechnych wraz z przekazaniem obsługi tych sądów jako zadań samorządów lokalnych, itd. (samo skatalogowanie zakresu koniecznych zmian reformujących system wymiaru sprawiedliwości, wykracza poza ramy tego tekstu).
Dopuszczenie do zarządzania sadami przedstawicieli innych zawodów prawniczych spowodowałoby przepływ kadr między tymi zawodami. Dzisiaj, każdy sędzia, który chce przejść do adwokatury ma gwarancję wpisu z ustawy na listę adwokatów. Kierunek odwrotny, przejście z adwokatury do sądownictwa, mimo że prawnie możliwy, w praktyce jest niespotykany. Wbrew rozpowszechnionym opiniom nie są temu winne różnice w zarobkach sędziów i adwokatów; istnieje całkiem spora grupa adwokatów, która bez wątpienia chciałaby przejść do sądownictwa, uniemożliwia to procedura poddania się ocenie kolegiów sądów, w których przedstawicieli adwokatury obecnie nie ma, w związku z czym panuje w praktyce powszechna opinia, że przejście adwokata do zawodu sędziego jest niemożliwe.
Nietrudno jest wyobrazić sobie jak udział adwokatów i prokuratorów w składzie kolegiów sadów wpłynąłby na poprawę pracy sądów. Sama świadomość sędziów, że są oni poddani nieustannej ocenie nie tylko swoich kolegów-sędziów ale także reprezentantów stron procesu podniosłaby kulturę sali sądowej a uzależnienie awansu sędziego od pozytywnej opinii kolegium sądu, w którym zasiadaliby prokuratorzy i adwokaci, podniosłaby zarówno poziom orzecznictwa jak i dyscyplinę pracy sędziów i efektywność prowadzenia procesów.
Czy którykolwiek z kandydatów w wyborach prezydenckich 2010 r. zdecyduje się podjąć debatę na temat zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości ? Należy sądzić, że każdy. Tyle tylko, że w większości będą to postulaty o niskim priorytecie w programie kandydata i nie wykraczające poza ogólniki w rodzaju: należy usprawnić sądownictwo, wzmocnić autorytet sądów itp. Tymczasem od kandydatów na prezydenta należy oczekiwać pójścia krok dalej, należy oczekiwać pokazania w jaki sposób zamierzają oni zreformować wymiar sprawiedliwości.
Trzeba jasno powiedzieć, że cokolwiek by w swojej kampanii wyborczej mówił na temat wymiaru sprawiedliwości obecnie urzędujący Prezydent, jego słowa nie będą wiarygodne. Lech Kaczyński wsławił się w toku swojej kadencji odmową nominowania sędziów zawnioskowanych do nominacji prezydenckiej przez Krajową Radę Sądownictwa. Była to decyzja, która w mojej opinii kwalifikowała się do postawienia Lecha Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu; wątpliwości – może mniej radykalne – zgłaszał zarówno Rzecznik Praw Obywatelskich jak i Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, który skierował w tej sprawie skargę kompetencyjną do Trybunału Konstytucyjnego. Niestety, żałosny poziom tej skargi spowodował, że Trybunał Konstytucyjny sprawą się nie zajął odrzucając skargę (Zob.: I po sprawie – Prezydent może powoływać sędziów jak chce a jak nie chce to nie musi.).
Po podjęciu przez Donalda Tuska decyzji o nie kandydowaniu w wyborach prezydenckich program kandydata Platformy Obywatelskiej na urząd prezydenta będzie programem samej Platformy, siłą rzeczy skoncentrowanym na postulacie uporządkowania stosunków między prezydentem a rządem.
W zakresie programowym kandydat Platformy nie wyzwoli się od oceny zarządzania resortem wymiaru sprawiedliwości przez obecny rząd zapewniając, że nie będzie – w odróżnieniu od Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – stosował prezydenckiego veta wobec prób zreformowania wymiaru sprawiedliwości. Tyle tylko, że projekty nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, prawa o wykonywaniu zawodu doradcy i innych ustaw związanych z systemem ochrony organów prawnych, zmierzają akurat w odwrotnym kierunku niż systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości i zamiast walki z sędziowskim korporacjonizmem, pod presją środowisk prawniczych konserwują obecny stan rzeczy. (Jedynym wyjątkiem jest rozdzielenie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, które jednak wobec wycofania się z projektu likwidacji prokuratur apelacyjnych i wprowadzenia do systemu prawa karnego instytucji sędziego śledczego stało się rozwiązaniem niepełnym – chociaż uczynionym w dobrym kierunku).
Wydaje się, że kandydatem na urząd prezydenta, który mógłby uczynić z programu reformy wymiaru sprawiedliwości program wiarygodny dla wyborcy jest Andrzej Olechowski. Przede wszystkim dlatego, że zarówno PO jak i PiS czy SLD bądź PSL w momencie gdy były u władzy próbowały dokonywać reformy sądownictwa i nigdy nic z tego nie wyszło. Bo reforma wymiaru sprawiedliwości inicjowana przez jakikolwiek rząd do żadnej systemowej reformy nie doprowadzi; a najczęściej już w samych swoich założeniach jest zazwyczaj cząstkowa i nigdy się do końca nie udaje; skoro zatem nie udało się to rządom tych partii, to trudno będzie uwierzyć aby udało się partyjnemu prezydentowi, choćby nie wiem jak zapewniał, że stanie się prezydentem ponadpartyjnym.
Co więcej zaproponowane wyżej założenia zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości wpisują się w obywatelski charakter kandydatury Andrzeja Olechowskiego, który już w wyborach prezydenckich 2000 r. niektóre z przedstawionych wyżej postulatów – z odmiennym rozłożeniem akcentów w ówczesnej sytuacji społecznej – prezentował w kampanii prezydenckiej. Tak więc można założyć, że proponowana reforma byłaby zgodna zarówno z całościowym programem wyborczym Andrzeja Olechowskiego jak i z jego wizerunkiem jako polityka a w wypadku wygrania wyborów prezydenckich przez Andrzeja Olechowskiego, konsekwentna realizacja przez Prezydenta Rzeczypospolitej tej reformy, z wykorzystaniem prezydenckiej inicjatywy ustawodawczej mogłaby by się stać historycznym osiągnięciem jego prezydentury.
Reforma wymiaru sprawiedliwości na pewno stanie się elementem prezydenckiej kampanii Andrzeja Olechowskiego; powinna jednak stać się elementem wiodącym. Jest tak dlatego, że dotychczas ogłoszony przez Olechowskiego program jest w pewnym sensie statyczny (można też powiedzieć, że nie tylko statyczny ale i stateczny jak sam Olechowski), to program dobry, spójny ale nie porywający.
Z wystąpień programowych Andrzeja Olechowskiego jawi się obraz prezydentury niezależnej, spokojnej, kompetentnej. W zasadzie jedynym elementem budzącym emocje, była zapowiedź wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji przybrania osoby bliskiej.
Politycznie, ogłoszenie tej koncepcji w pierwszej odsłonie programowej, było sygnałem wysłanym do środowisk lewicowych, że oto Olechowski, postrzegany dotychczas jako polityk liberalno konserwatywny, jest otwarty na postulaty lewicy. I w tym sensie ten element programowy swoją rolę spełnił. Medialnie był to niewypał. W sposób mniej lub bardziej poprawny politycznie media donosiły, że w swojej kampanii Olechowski opierał się będzie na pedałach (Piskorski nieudolnie tłumaczył, że chodzi przecież o dwie babcie, które wspólnie hodują kota); w istocie proponowana przez Olechowskiego konstrukcja przybrania osoby bliskiej służy ochronie rodziny. Jest tak dlatego, że jej wprowadzenie wytrąci środowiskom homoseksualnym argumenty na rzecz wprowadzenia do polskiego prawa instytucji małżeństw homoseksualnych. Wydaje się, że Andrzej Olechowski próbował to kiedyś wytłumaczyć w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i…” ale ta go jak zwykle zagadała.
Wprowadzając do swego programu wizję zreformowania wymiaru sprawiedliwości Andrzej Olechowski pokazałby wizje prezydentury aktywnej a w kampanii wyborczej otworzyłby debatę, w której wobec swoich kontrkandydatów byłby górą. Nie ma lepszej broni wyborczej niż narzucenie konkurentom tematu, który muszą podjąć.
Proponowana powyżej koncepcja założeń reformy wymiaru sprawiedliwości jest koncepcją nowatorską; jako taka jest to koncepcja kontrowersyjna, która wzbudzi ostrą dyskusję i sprzeciw wielu środowisk prawniczych. Na pewno ożywi jałową dotychczas debatę programową w kampanii prezydenckiej. Czy stanie się elementem programu Andrzeja Olechowskiego ? Trudno powiedzieć. Zważywszy na aktywność Olechowskiego w Internecie na pewno zostanie zauważona. Reszta zależy od opinii jego doradców a ostateczna decyzja do niego samego.
jmm
Każdy student prawa już na trzecim roku dostrzega pewną prawidłowość w polskim systemie prawnym. Ucząc się bowiem do egzaminu, czy to prawa konstytucyjnego, karnego, czy cywilnego, najpierw czyta o regulacjach danej instytucji prawnej bądź też rozwiązaniach ustrojowych przyjętych w Niemczech i Francji. W 90% przypadków po rozbudowanym wstępie i podsumowaniu legislacji naszych zachodnich sąsiadów, autor niemal każdego podręcznika dochodzi do wniosku, że w Polsce przyjęto system mieszany. Dla wykpienia tej tendencji, ktoś kiedyś wymyślił i rozpropagował przed laty mówienie o takiej typowo polskiej konstrukcji prawnej “system mięszany” i to się wśród studentów przyjęło. Zatem, jak to w swoich felietonach pisze Stanisław Tym: uwaga korekta mięszany to nie błąd ortograficzny, nie poprawiać, to polski wynalazek.
Polski system prawny jest wypadkową innych kontynentalnych systemów prawnych. Nie ma się czemu dziwić, pamiętajmy, że w 1918 roku w Polsce obowiązywały trzy różne systemy prawne. Dopiero późniejsze reformy w dwudziestoleciu międzywojennym doprowadziły do unifikacji prawa, rozpoczynając wielką, wspaniałą, i trwającą do dzisiaj tradycję polskiego mięszania rozwiązań prawnych. Dorzucenie do naszego kociołka legislacyjnego rozwiązań jedynego słusznego systemu panowania klasy robotniczej ową tendencję jedynie wzmocniło. Dodajmy do tego zmiany ustrojowe początku lat dziewięćdziesiątych, małą, potem dużą konstytucję i równolegle implementowane prawo Unii Europejskiej, a otrzymujemy jedyny w swoim rodzaju węzeł gordyjski tradycji prawnej i rozwiązań prawnych, jak ów węzeł, po ich uchwaleniu nie do rozwiązania.
Owe mięszanie ujawniło się niestety także na płaszczyźnie dla każdego obywatela najważniejszej: ustroju politycznego Polski określonego w konstytucji RP. I tak każdy premier spogląda zazdrosnym okiem na rozwiązania naszych niemieckich sąsiadów i dostrzegając zalety systemu kanclerskiego, gdzie szef rządu nie musi w sprawie każdej kontrowersyjnej ustawy przekonywać głowy państwa, aby łaskawie zrezygnowała z prawa weta. Z kolei każdy prezydent RP chciałby, tak jak prezydent USA po otrzymaniu legitymacji w wyborach powszechnych po prostu rządzić, a nie siedzieć w Pałacu Namiestnikowskim, przyjmować ambasadorów, wręczać ordery i od czasu do czasu powiedzieć parlamentowi „nie” wiedząc że zazwyczaj spotka się to z powszechną krytyką.
Nasz mięszany ustrój nazywany jest przez bardziej oczytanych systemem parlamentarno-gabinetowym. Tu jednak należy zaznaczyć, że taki system obowiązuje nie w Polsce, a w Wielkiej Brytanii, tam bowiem królowa jest głową państwa i teoretycznie ma tak szerokie kompetencje, że może odmówić mianowania premiera. Teoretycznie. Bo praktycznie, manarcha przestał używać swoich uprawnień na początku XVIII wieku. I proszę,… system brytyjski działa, a nawet spisanej konstytucji nie mają.
I tu właśnie rozbijamy się o pojęcie, które w Polsce nie istnieje: „tradycja konstytucyjna”. Najlepszym prawem są normy nigdzie nie spisane, prawo i tradycja, które się wykształciło w miarę budowania ustroju politycznego. W Polsce nie ma tradycji konstytucyjnej, bo konstytucja obowiązuje dopiero od dwunastu lat. Wszelkie ostatnie spory premiera z prezydentem, o miejsce w samolocie, o swoje prerogatywy, uprawnienia etc. są żenujące i wynikają z przyjęcia mięszanego ustroju władzy wykonawczej, ale te spory są jednak zdarzeniami, są w pewien sposób faktami prawnym w budowaniu polskiej tradycji konstytucyjnej. Odwołując się raz jeszcze do ‘tymowskiej “nowej tradycji”, pamiętajmy, że sami sobie stworzyliśmy system, któremu daliśmy legitymację poprzez referendum, system w którym premier może, ale nie wszystko i prezydent też może, ale nie za dużo, i na tyle wystarczająco, żeby temu pierwszemu życie uprzykrzyć.
W naszym swojskim mięszanym systemie nie wiadomo, bo konstytucja tego nie reguluje, jak prezydent ma współdziałać z rządem w kształtowaniu polityki zagranicznej; i tu właśnie przydałaby się nam tradycja konstytucyjna, która na owe kłopotliwe kwestie odpowiedzieć by pozwoliła. I coś tam zaczęło nawet mieć już kształt tej przysłowiowej nowej tradycji ale już konstytucyjnej, że premier to bardziej od spraw gospodarczych jest i Unii Europejskiej, a prezydent, jako zwierzchnik sił zbrojnych od reprezentacji Polski w strukturach NATO.
Ale… Premier Donald Tusk znudzony już „użeraniem” się z naszym Prezydentem wreszcie stwierdził, że ustrój należy zmienić. I bardzo dobrze ! Tylko na jaki ? Prezydencki ? Kanclerski ? Zaczynają się lepić początki tradycji konstytucyjnej, a tu zmiana…
Czy zmiana ma polegać jedynie na odebraniu prezydentowi prawa weta i wprowadzeniu wyboru poprzez Zgromadzenie Narodowe ? Czy może na czymś innym ? I tak nasz system mięszany przejdzie przez młynek legislacyjny, będą projekty, będą propozycje, poprawki, będą dysputy polityczne, skończy się kadencja jednego parlamentu, rozpocznie kolejnego, nowi dorzucą coś od siebie, starzy dodadzą trzy grosze i finalnie otrzymamy zmięszany system mięszany, a tradycji konstytucyjnej, jak nie było tak nie będzie…
MacLawye® otrzymał odpowiedź z Biura Prawa i Ustroju Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej w sprawie prawa Prezydenta RP do nie uwzględnienia wniosku Krajowej Rady Sądownictwa w przedmiocie nominowania na stanowisko sędziego sądu powszechnego (odpowiednio nominacji sędziego sądu rejonowego na sędziego sądu okręgowego). Sprawa była głośna w środowiskach prawniczych przed dwoma laty; a MacLawye® komentował ją na bieżąco nie ukrywając swojej opinii, iż Pan Prezydent Lech Kaczyński naruszył Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej i powinien być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu.
Sprawa nominacji ośmiu sędziów (odmowy nominacji) wzbudziała uzasadnione zainteresowanie Rzecznika Praw Obywatelskich oraz – na wniosek Krajowej rady Sądownictwa – była przedmiotem rozważań Trybunału Konstytucyjnego w pierwszym sporze kompetencyjnym, wszczętym na wniosek Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego (o czym MacLawye® także informował)
O tym, że treść skargi kompetencyjnej Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego omija istotę sprawy i jest do kitu a Trybunał Konstytucyjny pewnie ją odrzuci, MacLawye® pisał zaraz po zapoznaniu się z jej treścią.
W istocie problem odmowy nominowania sędziów przez Prezydenta RP nie jest konstytucyjnie jednoznaczny. MacLawye® nadal stoi na stanowisku, że Prezydent RP, jeśli nie chce nominować określonej osoby na stanowisko sędziego winien zwrócić wniosek Krajowej Radzie Sądownictwa z odpowiednią motywacją a ta powinna ewentualnie wniosek wycofać (tak postąpił Prezydent Aleksander Kwaśniewski); natomiast – zdaniem MacLawye®’a – Prezydent RP nie jest uprawniony do wydawania postanowienia o odmowie nominowania sędziego. Jest tak dlatego, że jeśli uznamy postanowienie Prezydenta RP za akt stosowania prawa, to – jak każdy akt tego typu – powinien on podlegac kontroli sądowo-administracyjnej, a takiej postanowienie Prezydenta RP nie podlega. MacLawye® uważał, że postanowienie Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego o odmowie nominowania sędziów jest w istocie precedensem konstytucyjnym i jako takie stało się Źródłem prawa, które może być kontrolowane przez Trybunał Konstytucyjny. Zadna z zainteresowanych osób nie zwróciła się w tym trybie do Trybunału Konstytucyjnego. Pismo jakie MacLawye® otrzymał z Kancelarii Prezydenta jest prezentacją stanowiska (oczywiście stwierdzającą, że decyzja odmawiająca nominacji nie była precedensem konstytucyjnym), które MacLawye®’a nie przekonuje.
Platforma Obywatelska rozważa możliwość wezwania prezydenta Lecha Kaczyńskiego przed komisję śledcza, która zbada aferę hazardową – dowiedział się “Dziennik Gazeta Prawna”. Według gazety, pomysł miałby zrównoważyć negatywny efekt spotkania z komisją premiera Donalda Tuska. A takie przesłuchanie jest prawie pewne. Komisja ma zostać powołana w sejmie jeszcze w tym tygodniu.
Pretekstem zaś do przesłuchania Lecha Kaczyńskiego mógłby stać się jego rzekomy lobbing w sprawie wideoloterii, w czasach gdy był ministrem sprawiedliwości – pisze “Dziennik Gazeta Prawna”.
Ale czy wezwanie prezydenta przed komisję śledczą jest w ogóle możliwe? Jednoznacznej wykładni prawnej nie ma.
Komentarz MacLawye®’a
Ależ jest jednoznaczna wykładnia. Komisja może wezwac urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej (choć grzeczniej byłoby zaprosić); ale Prezydent Rzeczypospolitej może lecz nie musi stanąć przed Komisją. Taką – zupełnie jednoznaczną – wykładnię, prezentował MacLawye® we wpisie z dnia 30 maja 2007 r.
W związku z wnioskiem Pana Posła Artura Zawiszy o przesłuchanie przez Sejmową Komisję Śledczą d/s Banków Prezydenta Rzeczypospolitej Pana Lecha Kaczyńskiego; powrócił problem prawny, czy sejmowa komisja śledcza w ogóle może wezwać i przesłuchać Prezydenta Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy problem ten pojawił się w 2004 r. w związku z zamiarem wezwania i przesłuchania przez komisję śledczą Prezydenta Rzeczypospolitej Pana Aleksandra Kwaśniewskiego. Zamówione wówczas przez Sejm opinie prawne wybitnych przedstawicieli nauki prawa nie były jednoznaczne. Trzy z nich, opinie J.Trzcińskiego, M.Kudeja i J.Mordwiłki wypowiadały się zdecydowanie przeciwko możliwości przesłuchania przez komsisję Prezydenta RP a nawet wykluczały możliwość zamego wezwania Głowy Państwa do złożenia wyjaśnień przed sejmową komisją śledczą. Przeciwny pogląd wyrazili wówczas: M.Granat, A.Szmyt i P.Sarnecki. Natomiast W.Sokolewicz zaprezentował stanowisko pośrednie.
Opinię na temat możliwości wezwania przez sejmową komisję śledczą w charakterze świadka Przezydenta RP, wyraziłem – jako członek zespołu prawników powołanych przez komisję – na posiedzeniu Komisji Śledczej d/s Banków w dniu 29 maja 2007 r. Uważam, że sejmowa komisja śledcza jest uprawniona do wezwania w charakterze swiadka Prezydenta RP. Jednocześnie stoję na stanowisku, że Prezydent RP, jest jedyną osobą w Państwie, która nie ma obowiązku stawienia się przed sejmową komisją śledczą, nawet gdyby został przez komisję wezwany.













































