Mediacja, czyli jak uniknąć sporu przed sądem ?

Jerzy Książek:

Mediacja jest procesem, w którym skonfliktowane strony w obecności profesjonalnego mediatora starają się dojść do rozwiązania konfliktu. W mediacjach nie ma żadnych rozstrzygnięć. Strony starają się rozwiązać swój konflikt w sposób możliwy do zaakceptowania przez obie strony, co nie zawsze oznacza pełnię satysfakcji, ale na pewno jest dla nich do przyjęcia. Niewątpliwie, żeby mediacja mogła mieć miejsce, musi zaistnieć konflikt, muszą być strony tego konfliktu i musi być mediator jako nieodzowna osoba, która wspiera te strony w rozwiązaniu konfliktu. Rozporządzenia dotyczące mediacji i mediatorów w Polsce na dzień dzisiejszy są ułomne, gdyż dopuszczają osoby zupełnie przypadkowe do tego, żeby prowadziły mediacje. W konsekwencji może to doprowadzić do zmarginalizowania, czy wręcz zaniku mediacji w Polsce. Prawo ewoluuje i społeczeństwo się ciągle zmienia, zmienia się świadomość społeczna, w związku z czym zmieniają się wymogi co do usługi mediacyjnej. W rozporządzeniach na temat tego, kto dzisiaj w Polsce może być mediatorem, czytamy, że mediatorem może być każdy, kto nie ma papierów stwierdzających, że jest nienormalny. Wystarczy, że ma, zupełnie niczym nie popartą (poza własnym przekonaniem), zdolność rozwiązywania konfliktów. Taki mediator na pewno nie będzie spełniał standardów profesjonalnego prowadzenia mediacji.

Joanna Hetman-Krajewska:

Poszczególne organizacje tworzą jednak pewne standardy.

Jerzy Książek:

Organizacje odpowiadają za stałe listy mediatorów, czyli ludzi mediujących w sprawach cywilnych. Jeśli jednak chodzi o sprawy karne, to prezes sądu okręgowego sam wpisuje na swoje listy mediatorów. W sprawach karnych nie trzeba mieć absolutnie żadnego udokumentowanego wyszkolenia.

Marek Tulipan

Osoba, która chce być mediatorem, składa wniosek o wpisanie go przez prezesa sądu okręgowego na listę osób „godnych zaufania, które mogą prowadzić mediacje w sprawach karnych”.

Jerzy Książek

Zdarza się, że takich osób prezes sądu nie widzi na oczy w ogóle. Dużo się jednak zmieniło. Są prezesi sądów, którzy wzywają kandydatów i prowadzą z nimi rozmowy. Wciąż jednak na niektórych listach wpisani są fryzjer, rzeźnik, policjant i inne osoby, które liczyły na to, że to będzie dobry interes. Podpisane przez nich ugody były potem często niezgodne ze standardami, przepisami prawnymi, a nawet przeciwko ofierze, czyli osobie pokrzywdzonej, czy sprawcy. Takie zachowania są wymierzone przeciw mediacji.

Joanna Hetman-Krajewska

Ten reżim wpisywania na listę mediatorów w sprawach karnych jest przerażający, gdyż są to sprawy bardzo szczególne, gdzie mamy do czynienia z wrażliwymi kwestiami psychologicznymi. Natomiast w sprawach cywilnych to poszczególne organizacje tworzą standardy, które wpisany na ich listę mediator musi spełniać.

Jerzy Książek

Tak naprawdę dwie czy trzy organizacje w Polsce prowadzą nie tylko szkolenia, ale także staże mediacyjne i gwarantują wpis na prowadzone przez siebie listy stałych mediatorów. Niestety, są też stowarzyszenia i różnego rodzaju firmy, które oferują szkolenia za śmieszne pieniądze, a też śmiesznie szkolą. Ustawodawca zrzucił na stowarzyszenia mediacyjne poziom wykształcenia tychże mediatorów. To też zostawia wiele do życzenia, ponieważ brakuje standardów ogólnopolskich.

Marcin Bachman

Moje doświadczenia ze stowarzyszeniami, które de facto tworzone są wyłącznie celem umożliwienia wpisu swoich członków na listę mediatorów prowadzoną przez prezesa sądu okręgowego sięgają czasu, kiedy kończyłem studia podyplomowe: „Konflikty w rodzinie i mediacje rodzinne” na SWPS. Widziałem wiele osób, dla których bycie mediatorem nie było potrzebą wewnętrzną, ale projektem biznesowym. Zostanie mediatorem wiązało się dla tych osób ze zmianą zawodu, szukaniem kolejnej szansy. Osoby te poszukiwały takich stowarzyszeń. Tak wtedy jak i teraz liczba renomowanych stowarzyszeń jest niewielka w porównaniu z dosyć dużą liczbą stowarzyszeń, w których zasady dopuszczenia na listę ich mediatorów były bardzo rozluźnione, dające szansę zostania mediatorem praktycznie każdemu. Takie stowarzyszenia mogą rekomendować ludzi, którzy nie są w wystarczający sposób przygotowani do bycia profesjonalnym mediatorem. Dla mnie, jako osoby zajmującej się mediacjami rodzinnymi i środowiskowymi, istotne w zawodzie mediatora jest to, by oferować profesjonalną usługę i zapewnić osobom, które przychodzą celem przejścia procedury mediacyjnej, komfort i bezpieczeństwo uczestnictwa w mediacjach. Mediacje rodzinne są bardzo specyficzne i wymagają dużo uwagi i delikatności, szczególnie, jeśli wplecione są w nie sprawy dzieci i inne kwestie rodzicielskie. Są to sprawy na tyle ważne, że nie można ich oddać osobie, która nie ma do nich wystarczającego przygotowania.

Magdalena Grudziecka

Co do profesjonalizacji zawodu mediatora, jest jednak ziarenko nadziei. W mediacjach w sprawach nieletnich ustawodawca nam coś mówi na temat tego, że mediator powinien mieć specjalistyczne szkolenie i specjalistyczną wiedzę: że nie jest to ani psycholog, który odczuł wenę bycia mediatorem, ani prawnik, czy ktokolwiek inny, tylko że jest do tego potrzebna specyficzna wiedza, łącząca różne zakresy – wiedzę prawną, psychologiczną, socjologiczną itd. Moja osobista definicja jest mediacji jest taka: mediacja jest to rozmowa. Nie należy się bawić w „rozstrzygacza”, a jedynie w osobę wspierającą rozmowę stron. Stronom należy dać wolność do podejmowania decyzji i tworzyć atmosferę do poszukiwania rozwiązań.

Krzysztof Boszko

Mówimy o mediacji sformalizowanej, oddanej w ręce profesjonalnych specjalistów. W tym momencie kształtuje nam się nowy zawód mediatora. Na razie kształtowanie tego zawodu polega raczej na eliminowaniu pewnych osób. To dotyczy chociażby apriorycznego wyłączenia z zawodu mediatora prawników profesjonalnych. Moim zdaniem jest to wylewanie dziecka z kąpielą, bo doświadczenia w alternatywnych formach rozwiązywania sporów wszelkich, zarówno pomiędzy klientami, jak i pomiędzy prawnikami, mamy dosyć dużo. Udział prawników profesjonalnych w mediacji jest potrzebny, nawet jeżeli nie będą oni mediatorami. Istnieje nawet tendencja do eliminowania pełnomocnika profesjonalnego. Jest jeden przepis, który dopuszcza możliwość posługiwania się pełnomocnikiem i to też kulawy, bo to mediator decyduje o tym, czy tego prawnika profesjonalnego nie wyłączyć w imię źle rozumianej równowagi stron. Zawarcie ugody nieprofesjonalnej, zwłaszcza w sprawach gospodarczych, czy rodzinnych, może być katastrofą.

Jerzy Książek

Mediator uczy się wiedzy niezbędnej mu do prowadzenia mediacji, czyli m.in. psychologii konfliktu, jego genezy, eskalacji i rozwiązywania. Dodatkowo, potrzebna jest wiedza dotycząca specjalizacji mediatora. W mediacji rodzinnej np. mediator musi wiedzieć wszystko o rodzinie. Najlepiej jest posiadać też wiedzę lokalną. W mediacjach karnych to musi być ktoś obeznany z prawem, ale z drugiej strony ktoś, kto ma wiedzę psychologiczną, dotyczącą podstawowej sprawy – fazy ofiary, która determinuje to, czy i kiedy jest możliwa mediacja. Kiedy dostajemy takie sprawy z sądu, dobrze jest, żeby sędziowie wiedzieli, że w pewnych momentach, przez jakiś okres czasu podchodzenie do mediacji byłoby bezsensowne. Ważne jest także wyczucie specyfiki art. 207, kontrowersyjnego, jeżeli chodzi o mediacje. Art. 207 w gruncie rzeczy dotyczący przemocy w rodzinie. A więc mediator w sprawach karnych, do którego nie ma żadnych wymogów i dostaje 207, najbardziej delikatny problem przemocy w rodzinie, nie mając doświadczenia, nie mając wiedzy, może tylko zaszkodzić.

Marcin Bachman

Tak jak już mówiłem wcześniej, mediacje rodzinne są specyficzne, a sprawy poruszane w trakcie takich mediacji są bardzo delikatne. Są pewne zalecenia organizacji, zajmujących się mediacjami rodzinnymi, które wyłączają pewne przypadki z zastosowania mediacji, jako metody rozwiązywania konfliktów. W sytuacji przemocy w rodzinie z zasady nie powinno się prowadzić takich mediacji, ponieważ dysproporcja w zasobach stron w trakcie sesji mediacyjnej będzie na tyle duża, że mediacje te nie zakończą się prawdziwym porozumieniem, gdyż będzie ono wymuszone. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadkach, gdy któraś ze stron konfliktu jest w trakcie leczenia psychiatrycznego lub w trakcie terapii psychologicznej. Wtedy stan emocjonalny tych osób nie pozwala na to, żeby mogły one uczestniczyć w sesjach mediacyjnych. W takich przypadkach zazwyczaj nie będzie bowiem możliwe zapewnienie tym osobom bezpieczeństwa, komfortu i równowagi w mediacjach. Jest to o tyle istotne, że w mediacjach rodzinnych te elementy, które wyłączają możliwość przeprowadzenia mediacji, wychwytywane są na ogół w trakcie sesji premediacyjnych. Takie sesje zalecane są w mediacjach rodzinnych. Są to indywidualne spotkania z każdą ze stron osobno, kiedy mediator ma szansę poznać szczegółowo istotę konfliktu, a także poznać tę osobę i dowiedzieć się, co tak naprawdę w niej jest. Sesje premediacyjne dają mediatorowi i stronie możliwość zaspokojenia jej potrzeby bycia wysłuchanym i udzielenia przez mediatora empatii, które pomogą tej osobie w przygotowaniu się do właściwych sesji mediacyjnych.

Joanna Hetman-Krajewska

Chciałabym poruszyć kwestię szkolenia sędziów, którzy kierują sprawę do mediacji i często kierują je w sposób nieprzemyślany właśnie w sytuacjach, kiedy spór nie nadaje się z różnych względów do mediacji. Sędziowie są często nieprzygotowani i to jest bardzo istotny problem. To środowisko również powinno być pod tym względem sprofesjonalizowane, żeby sędziowie mieli świadomość, jaka sprawa pod jakimi warunkami nadaje się do mediacji. Kierowanie do mediacji w sposób nieprzemyślany sprawy, która na etapie premediacyjnym zostanie zdyskwalifikowana przed profesjonalnego mediatora, jest tylko przedłużaniem postępowania przed sądem.

Monika Kolbus

W kwietniu 2009 roku uczestniczyłam w szkoleniu z zakresu Mediacji organizowanym w ramach doskonalenia zawodowego pracowników wymiaru sprawiedliwości i finansowanym z Europejskiego Funduszu Społecznego. Sędziowie zwracali tam uwagę na fakt, że listy mediatorów nie zawierają dokładnych danych odnośnie specjalizacji mediatorów. Poza tym listy te nie są aktualizowane. Mediatorzy podkreślali, że przesyłana im dokumentacja, dotycząca stron mediacji, zawiera jedynie dane adresowe. O wiele sprawniej przebiegałoby ustalanie terminu spotkań ze stronami, gdyby posiadali dane kontaktowe, takie jak numer telefonu. Z kolei mediatorzy, którzy nie mają wykształcenia prawniczego, pragnęliby otrzymać od sędziego wskazówki, jakie przede wszystkim zapisy powinny znaleźć się w danej ugodzie, aby bez zwłoki została ona zatwierdzona przez sędziego. Uważam, że rozwiązaniem tych problemów mogłyby być regularne spotkania mediatorów z sędziami, nawet trzy razy w roku.

Jerzy Książek

Chciałbym wrócić do list mediatorów. Dziwnym trafem na listach mediatorów w sprawach cywilnych są osoby nie przynależne do żadnego stowarzyszenia, nie wiadomo przez kogo i kiedy przeszkolone i na dzień dzisiejszy jest to też problem. Uważam, że ci ludzie działają na niekorzyść mediacji. Kto, kiedy, gdzie i dlaczego wpisał je na listy mediatorów stałych, za które odpowiadają stowarzyszenia?

Marcin Bachman

Sprawdźmy to. Może to będzie jedna z konkluzji, jaka będzie wieńczyła nasze spotkanie. W mojej praktyce nie mam do czynienia z mediacjami skierowanymi przez sąd. Nie jestem bowiem wpisany na żadną listę prowadzoną przez Prezesa Sądu Okręgowego. Jeżeli jednak istnieje taki problem, to należałoby coś z tym zrobić. Bardzo chętnie włączę się w jakąś akcję.

Marek Tulipan

Problem z listami stałych mediatorów wynika z samej ułomnej konstrukcji tej instytucji, ponieważ listę stałych mediatorów w sprawach cywilnych po prostu się zgłasza. Przesyła się ją do sądu i w tym momencie ta lista nabiera bytu sądowego. Problem polega na tym, że taką listę może przesłać jakiekolwiek stowarzyszenie. W obecnym stanie sąd nie ma możliwości formalnej weryfikacji tej listy.

Krzysztof Boszko

Największy problem to problem profesjonalizacji zawodu mediatora i braku jednolitych kryteriów dopuszczenia do tego zawodu. Nie bałbym się tutaj ingerencji państwa w tym zakresie standardu minimalnego wymaganego od mediatora. Mamy jeszcze inne czynniki, które blokują już na wejściu mediację. Pierwsza rzecz to niewydolność systemu sądowego w Polsce. Nadmiar spraw i przewlekłość postępowania powoduje, że sędziowie, prokuratorzy i policjanci mają tendencje do pozbywania się spraw. Inna sprawa to brak wiedzy społecznej o mediacji. To jest zadanie, które powinno wziąć na siebie Ministerstwo Sprawiedliwości. Trzeba też pamiętać, że bezkrytyczne przenoszenie wzorców, które się dobrze sprawdzają w innych społeczeństwach na grunt polski rokuje katastrofą. Trzeba pamiętać o temperamencie narodowym Polaków. Czasami lepsze jest rozstrzygnięcie narzucone z zewnątrz. Kolejnym problemem są fasadowe mediacje, czyli takie, poprzez które strony próbują osiągnąć inny efekt i bez rzeczywistego pojednania się próbują coś utargować. Problemem jest także zapewnienie balansu stron. To jest właśnie kwestia dostępności do profesjonalnego prawnika, czyli albo pośrednika przyznawanego z urzędu, albo prawnika-eksperta występującego przy mediatorze, w obu wypadkach finansowanego ze skarbu państwa. I włączenie systemu finansowania mediacji w system pomocy finansowej państwa dla osób, których nie stać na korzystanie z profesjonalnej pomocy prawnej, również musi być elementem systemu.

Piotr Nowaczyk

Mam wrażenie, że mediacja w Polsce jest stosunkowo młodą instytucją. Możemy mówić, że od pięciu lat zaczęła się moda na mediacje. Wytwarza się rynek studiów podyplomowych, różnych kursów, specjalizacji. Zaczyna się robić z tego interes, żeby wykorzystać tę modę, której ulegli młodzi ludzie. Nie chcę tych młodych ludzi zniechęcać, wręcz przeciwnie, ale osobiście zawsze im tłumaczę, że muszą jeszcze zaczekać, że karierę arbitra, czy karierę mediatora robi się zwykle jako karierę drugą w życiu. Najpierw trzeba być dobrym prawnikiem, adwokatem, radcą prawnym, w innych zawodach pedagogiem, czy psychologiem. Ja bym nie przesadzał z tymi programami. Do tego wszystkiego jeszcze potrzebny jest talent, a jego nie można się nauczyć. W Polsce nie ma też motywacji do tego, by mediator chciał się doskonalić w swoim zawodzie. Zwłaszcza że mediator jest u nas wynagradzany słabo. Wynagrodzenie jego wynosi nie mniej niż 30 zł, a nie więcej niż 1000 zł. Widać stąd, że nikt tak naprawdę nie robi tego dla pieniędzy. Kuszenie zyskiem i korzyściami jest złudne. Gdy mówimy o projekcie ustawy o mediatorach i mediacji, który nas tutaj zebrał, warto powiedzieć chyba wprost, czym ten dokument jest. Rozmawiałem z kilkoma członkami Społecznej Rady ds. Alternatywnego Rozwiązywania Sporów i Konfliktów przy Ministerstwie Sprawiedliwości, którzy nie znali tego projektu, nie przeczytali go dokładnie i zaprzeczali, że taki projekt był uchwalony przez ową Radę. Jak więc taki projekt mógł się znaleźć na stronach internetowych Ministerstwa Sprawiedliwości? Są dwie możliwości – albo członkowie Rady nie wiedzą, co uchwalają, albo na strony internetowe Ministerstwa Sprawiedliwości trafiają prywatne dokumenty, nie będące dokumentami Ministerstwa Sprawiedliwości.

Jerzy Książek

Ja jestem rzecznikiem prasowym Społecznej Rady, a jakoś ze mną Pan nie rozmawiał. Rozmawiał Pan z kilkoma członkami Rady, ja rozmawiałem ze wszystkimi. Część nie czytała tego projektu, Rada nad nim nie głosowała. Żeby była jasna sytuacja, projekt ten nie był brany pod uwagę jako projekt Rady i nie został nigdy powieszony na stronie Rady.

Piotr Nowaczyk

A jak do niego dotarła „Rzeczpospolita”, ogłaszając całej Polsce, że prawnicy są wyłączeni z zawodu mediatora?

Jerzy Książek

Powtarzam Panu, że Rada nie ma z tym nic wspólnego.

Marcin Bachman

Wydaje mi się, że ten projekt jest autorskim projektem dwóch członków tej Rady, nie zaś całej Rady.

Jerzy Książek

Bo to jest projekt autorski. Mieszanie w to Rady jako autora jest wielką pomyłką. Jak on się znalazł na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, to jest sprawa Ministerstwa Sprawiedliwości. Możliwe że jednym z założeń projektu było „włożenie kija w mrowisko”. Ja myślę, że zaletą tego projektu jest to, że on nagle pokazał, że istnieje mediacja i nagle włączył do dyskusji szerokie rzesze prawników uśpionych do tej pory w sprawach mediacji.

Piotr Nowaczyk

Włączył, wyłączając ich.

Jerzy Książek

Niczego i nikogo nie wyłączył, bo to jest tylko próba, poza tym dotyczy to tylko i wyłącznie spraw karnych, którymi się w ogóle do tej pory prawnicy nie interesowali. W sprawach cywilnych prawnicy mogą dalej mediować.

Piotr Nowaczyk

Przepraszam bardzo, paragraf 4 mówi o mediatorach zawodowych, a nie o mediatorach w sprawach karnych.

Jerzy Książek

Nie, nie. Proszę przeczytać tytuł projektu. Chodzi o sprawy kierowane przez organy procesowe, czyli o sprawy sądowe. W innych sprawach, które dalej są umowne dzisiaj, prawnicy dalej prowadzić mogą mediacje w swoich kancelariach. Tyle że projekt zrobił jedną rzecz – rozpoczął dyskusję na ten temat. To, że projekt jest w pewnych aspektach ułomny, to wszyscy przecież wiemy, ale przynajmniej mamy nad czym dyskutować.

Joanna Hetman-Krajewska

Chciałabym zwrócić uwagę na próby ograniczania udziału pełnomocnika zawodowego w procesie mediacji. Nie powinno być takich ograniczeń. Są takie spory, gdzie pełnomocnik zawodowy jest konieczny, np. w sporach z dużymi korporacyjnymi podmiotami, chociażby ubezpieczycielami.

Magdalena Grudziecka

Zawodowy pełnomocnik powinien być stale obecny. On nie musi i nie zawsze powinien uczestniczyć w posiedzeniach mediacyjnych, natomiast to, że czuwa nad klientem sprawia, że strona ma większą pewność, że warunki ugody nie naruszają jej dobra i są dla strony korzystne. Współpraca mediatora z pełnomocnikiem jest dla nich dwojga korzystna. Pełnomocnik ma zadowolonego klienta i szybko zakończoną sprawę, a mediator ma pewność, że zapis ugody spełnia wszystkie wymogi formalno-prawne.

Marcin Bachman

Spotkałem się z sytuacją, gdy sąd wzywał do obowiązkowego stawiennictwa na mediacjach. Podstawowa zasada, która rządzi mediacjami, czyli dobrowolność udziału, w przypadku wyznaczania przez sąd mediatora jest od razu wypaczona. Sąd wskazuje bowiem mediatora, a przecież to strony, zgodnie z treścią artykułu 183 KPC, mają prawo wyboru mediatora. Uczestnicy nie są przy tym informowani przez sąd o tym prawie. Tak więc, już na wstępie mediacji, zasada dobrowolności oraz możności wyboru mediatora przez uczestników zostają wypaczone.
Jeszcze jedna uwaga a propos standardu wykonywania zawodu. Zgadzam się, że doświadczenie życiowe jest bardzo istotne w pracy mediatora. Moje doświadczenia z mediacjami, gdy studiowałem w California Western School of Law na programie LLM były takie, że wiedza teoretyczna, którą zdobywaliśmy w pierwszym semestrze, była od razu wykorzystywana w praktyce już w semestrze drugim. Mam na myśli praktyki, które odbywały się w sądzie, odpowiedniku polskiego sądu grodzkiego, lub w ośrodku dla nieletnich. Wydaje mi się, że jest to dobra myśl, żeby edukację mediatorów w Polsce połączyć z praktykami, które mogłyby być organizowane w porozumieniu z sądami.

Monika Kolbus

Mając status Visting Researcher na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Houston, mogłam bezpośrednio obserwować szereg mediacji prowadzonych m.in. przez mediatorów, którzy byli adwokatami. W Stanach Zjednoczonych prawnik nie jest postrzegany jako wróg mediacji, lecz raczej jako jej bezcenny sojusznik. Mediatorzy powinni mieć odpowiednie przygotowanie z zakresu prawa, aby mogli pouczyć stronę, wskazać podstawy prawne sporu i konsekwencje prawne, gdyby nie doszło do porozumienia, podać szacunkowo koszty procesu sądowego.

Krzysztof Boszko

Potrzeba uczestnictwa prawników na wielu sprawach, zwłaszcza cywilnych, czy gospodarczych, wydaje się ewidentna. W Polsce daje się mediatorowi możliwość wyłączenia profesjonalnego reprezentanta strony, co moim zdaniem jest niekonstytucyjne, bo pozbawianie strony możliwości korzystania z instrumentów, które są powszechnie prawnie akceptowane, daleko wykracza poza zagwarantowane prawa obywatelskie. Choć jest w tym zdrowa myśl – to jest kwestia zapewnienia balansu stron. Ale ten balans stron ma być zapewniony przez państwo. Powstaje pytanie, jak państwo ma zapewnić ten balans przy mediacji profesjonalnej? Otóż, jeżeli strony nie stać na zatrudnienie prawnika również w postępowaniu mediacyjnym, to jest cały system prawników reprezentujących strony z urzędu. To jest to, nad czym teraz pracujemy jako samorządy, nad czym próbuje pracować Ministerstwo i nic z tego na razie nie wychodzi. Rozbija się wszystko oczywiście o pieniądze, bo wynagrodzenia za pełnienie funkcji pełnomocnika czy obrońcy z urzędu są rażąco niskie. Druga rzecz, to zapewnienie bezpieczeństwa prawnego nie tylko stronom, ale też mediatorowi, który nie jest prawnikiem. Powinno to być zapewnione przez system finansowany skarbu państwa. Stwórzmy więc system tak, żeby te sprawy, które się w mediacji zakończą, nie trafiały w trakcie lub po zakończeniu z powrotem do sądu. Zatem przypiszmy mediatorom prawo do korzystania z prawników na koszt państwa.

Piotr Nowaczyk

Wracając do projektu – czy musimy wszystko regulować ustawą? Autorki mówią, że tak. Dlatego że mediator w rozporządzeniu Ministra Gospodarki i Pracy z 8 grudnia 2004 r. w Sprawie Klasyfikacji Zawodów i Specjalności dla Potrzeb Rynku Pracy oraz Zakresu jej Zastosowania został zaliczony do jakiejś kategorii. Dlaczego jakieś rozporządzenie o klasyfikacji zawodów dla potrzeb rynku pracy ma być inspiracją do rewolucji ustawodawczej, która na dobrą sprawę podzieliła środowisko prawnicze? Czy Społeczna Rada ds. Alternatywnego Rozwiązywania Sporów i Konfliktów nie mogła wymyśleć lepszego sposobu na promocję mediacji niż zakomunikowanie w Międzynarodowym Dniu Mediacji, że radcy prawni, adwokaci nie nadają się do wykonywania tego zawodu.

Jerzy Książek

Delikatnie Panu powiem jeszcze raz – proszę nie łączyć Rady Społecznej z tym projektem. Nie został on zamieszczony na stronie Rady. Na posiedzeniu Rada postanowiła w żaden sposób nie autoryzować tego projektu.

Piotr Nowaczyk

Proszę to ogłosić publicznie.

Jerzy Książek

Ktoś wprowadza w błąd opinię publiczną. Nie wiem, po co. Ja jestem odpowiedzialny za stronę Rady i gwarantuję Panu, że na stronie Rady nigdy czegoś takiego nie było, nie ma i nie będzie. To było na zakładce w Ministerstwie Sprawiedliwości, za co Rada nie odpowiada.

Marcin Bachman

Miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z panią prokurator Lidią Mazowiecką, współautorką projektu ustawy. Na szereg pytań dotyczących przyczyn wyłączenia z zawodu mediatora profesjonalnych prawników, nie podała żadnej konkretnej odpowiedzi i rzeczowego uzasadnienia. Jedyną odpowiedź jaką pamiętam brzmiała: „bo tak jest lepiej, … , bo tak zapisane jest w projekcie”. Chciałbym wrócić do kwestii udziału profesjonalnych pełnomocników w mediacjach. Jest istotne, by strony uczestniczące w mediacji miały dostęp do wiedzy profesjonalnej, która może okazać się niezbędna celem kontynuowania mediacji lub przełamania impasu. Czasami jest to wiedza z zakresu ekonomii, czasami jest to wiedza z zakresu prawa. Dla mnie w sprawach mediacji rodzinnych istotne jest, by strony od swoich pełnomocników mogły uzyskać wiedzę i informacje z zakresu zasad podziału majątku czy zasad ustanawiania kontaktów z dziećmi, etc. W standardzie, z którym miałem do czynienia w przypadku mediacji w Kalifornii, w czasie mediacji mediator udostępnia każdej ze stron numer telefonu do prawnika, który świadczy usługi prawne za darmo. W takim wypadku, uczestnicy mediacji mogą w trakcie sesji mediacyjnych skonsultować się na gorąco z prawnikiem odnośnie kwestii, które w danym momencie są dla nich istotne.

Jerzy Książek

Jeżeli w sprawach rodzinnych jest sesja, a więc strony chcą sobie coś wyjaśnić, prawnik nie jest mile widziany. Strony same wiedzą, że przy prawniku nie będą do końca szczere. Mnie się bardzo dobrze z prawnikami współpracuje, ale to ja ustalam, czy będą oni w danej sytuacji potrzebni, czy nie. Ja uważam, że dobry mediator czasami jest lepszy od księdza na spowiedzi, bo nie osądza ludzi i nie zadaje pokuty. Czasami wiedza prawnicza przeszkadza, bo podaje gotowe rozwiązania.

Magdalena Grudziecka

Ważne jest to, żeby były stworzone standardy wykształcenia mediatorów. Być może dobrym pomysłem są spotkania mediatorów, którzy nie są prawnikami, z prawnikami zajmującymi się mediacją, na których można by było wspólnie coś wypracować. Dobrze by było, gdyby nie tylko prawnicy mogli o tym stanowić.

Krzysztof Boszko

Prawnicy nie aspirują do wyłączności w zawodzie mediatora, bo chociażby z przyczyn finansowych nie jest to obszar atrakcyjny dla dobrze prosperujących prawników na świecie. Natomiast pojawia się kwestia błędnego założenia, że ktoś, kto ma wykształcenie prawnicze, będzie złym mediatorem. Nie ma żadnego powodu, żeby w zakresie udziału w mediacji ograniczać tę grupę zawodową. To że prawnicy mogą być mediatorami, nie znaczy, że wszyscy mediatorzy muszą nimi być. Wiedza prawnicza jest mediatorowi niezbędna. Ale odpowiedź na pytanie, czy mediatorzy powinni być przede wszystkim prawnikami, czy nie, będzie mogła być udzielona dopiero wtedy, gdy zagwarantowany będzie standard minimum, w tym także w zakresie wiedzy prawniczej wymaganej od mediatora.

Jerzy Książek – mediator, prezes Polskiego Centrum Mediacji, rzecznik prasowy Społecznej Rady ds. Alternatywnego Rozwiązywania Konfliktów i Sporów
Magdalena Grudziecka – mediator, wiceprezes Polskiego Centrum Mediacji
Joanna Hetman-Krajewska – adwokat, radca prawny Kancelarii Prawniczej Patrimonium
Marek Tulipan – aplikant radcowski, mediator Kancelarii Prawniczej Patrimonium
Krzysztof Boszko – adwokat, arbiter i mediator, partner Firmy Adwokackiej – Łepkowski, Boszko i Wspólnicy – Spółki Partnerskiej, Sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej
Marcin Bachman – mediator, radca prawny z Kancelarii Radcy Prawnego Marcina Bachmana.
Piotr Nowaczyk – adwokat, mediator, partner kancelarii Salans
Monika Kolbus – doktorantka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej

Share

Piotr NowaczykPiotr Nowaczyk

Niedawno obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Mediacji. Miało być szumnie i głośno. I było – za sprawą nieszczęsnego projektu ustawy o mediacji i mediatorach. „Mecenasi nie będą mogli być mediatorami” doniosła „Rzeczpospolita” akurat w dniu święta mediacji. Entuzjaści mediacji przecierali oczy ze zdumienia. 28 tys. radców prawnych i 9 tys. adwokatów miałoby zostać pozbawionych możliwości reprezentowania stron w mediacji sądowej? Taki prezent dla dwu korporacji z okazji święta? Komu zależało na dezintegracji środowiska mediatorów?

Jak czytamy w uzasadnieniu projektu, priorytetem jest fachowość osób prowadzących mediacje, w związku z czym wyeliminowano podmioty, które nie są wyspecjalizowane w prowadzeniu mediacji. Któż więc jest tym fachowcem? Mecenasi zastanawiają się, czy taki projekt aby na pewno zrodził się w gronie Społecznej Rady ds. Alternatywnych Metod Rozwiązywania Konfliktów i Sporów, którą założył min. Andrzej Kalwas, były Prezes Krajowej Rady Radców Prawnych. Warto tę sprawę wyjaśnić. Większość członków Rady o projekcie dowiedziała się z gazet. Któż więc go stworzył, kto przegłosował, kto zatwierdził? Dlaczego „prywatny” pomysł dwóch członkiń Rady znalazł się na stronach internetowych Ministerstwa? Nie pytam już, dlaczego został z nich zdjęty.

Kim będą mediatorzy?
Mamy teraz zamieszanie. Instytucje zajmujące się krzewieniem mediacji, zamiast je krzewić, piszą opinie na temat fatalnego projektu. Radcy prawni, dla których prezes Maciej Bobrowicz zorganizował unijne środki na szkolenie, nie szkolą się, bo nie wiedzą, czy będą do mediacji dopuszczeni.
W Polsce, gdzie brakuje wykwalifikowanych mediatorów, a na szkolenia nie było pieniędzy, najwięcej mediatorów wywodzi się właśnie ze środowiska adwokatów i radców prawnych. Nigdzie na świecie adwokaci i radcy prawni nie są ograniczani w sprawowaniu funkcji mediatora – Polska ma szansę stać się ewenementem na skalę międzynarodową.
Mediacja jest tematem nowym i modnym. Wprowadziliśmy ją w prawie pracy, w sporach zbiorowych, w prawie konsumenckim, karnym, administracyjnym, nawet podatkowym, w prawie dla nieletnich, a na koniec, w kodeksie postępowania cywilnego. Mamy wyspecjalizowanych adwokatów i radców prawnych. Czy nie są już potrzebni? Kto wyszkoli nowych mediatorów?

Amerykańskie mediacje w Dobrzykowicach?
Przyjeżdżają do Polski różni instruktorzy mediacji z USA. Próbują uczyć amerykańskich metod. Udaje się to częściowo. Dlaczego? Inna jest mentalność biznesmenów amerykańskich, inna polskich. Na Zachodzie ważne jest utrzymanie business relationship, czyli stosunku biznesowego, kooperacji. Jeżeli pojawia się spór, to trzeba wyeliminować spór, aby kontynuować współpracę. Tymczasem w polskiej rzeczywistości, gdy pojawia się spór, to chce się zerwać z kooperantem i znaleźć sobie innego partnera. Szukamy innego, żeby temu, który nas zawiódł, dokuczyć jeszcze bardziej.
Pewien amerykański profesor opowiadał w Warszawie, że w stanie Floryda aż 80 proc. spraw kończy się ugodą. Zapewniał, że gdyby przeszkolił polskich mediatorów, wynik w Polsce byłby podobny. Zapytałem go, czy przeczytał jakąś polską książkę albo obejrzał jakiś polski film. Zaprzeczył. Poleciłem mu film „Sami swoi” i słynną scenę, kiedy skłóceni Kargul i Pawlak wybierają się do sądu na rozprawę. Matka jednego z nich wręcza mu granat ze słowami: „Sądy sądami, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

Specyfika polskiej mediacji
Specyfika polska jest taka, że mediacja rozpoczęła swoją karierę jako lekarstwo na niedobory wymiaru sprawiedliwości. Nie dlatego wymyślono mediację i wprowadzono ją do kodeksów, bo ktoś nagle spostrzegł, że to jest bardzo moralnie i bardzo elegancko, żeby ludzie się szanowali, godzili, przebaczali sobie itd. Zamiast tego zauważono, że nasze sądy są przeciążone. Obywatele są rozżaleni, że na rozstrzygnięcie sprawy czekają zbyt długo, a sędziowie nie dają sobie rady z zaległościami. Nagle więc zapalono zielone światło dla tzw. alternatywnych sposobów rozwiązywania sporów. Tak więc mediacja, w naszych warunkach, miała być przede wszystkim kołem ratunkowym rzuconym sędziom. To koło ratunkowe zostało skwapliwie pochwycone. Sędziowie tę szansę traktują bardzo dosłownie i bardzo chętnie – prawie każdą sprawę chcieliby skierować do mediatora.
Przedsiębiorcy myślą podobnie jak większość obywateli. W pewnym momencie ich spór może sprawić, że wygrywający przestaje być wygranym, jeżeli przeciwnik zbankrutował. Względy praktyczne biorą górę nad względami prawnymi, a nawet moralnymi. Przestaje być ważne, kto naprawdę ma rację. Czasami strony tkwią jeszcze we wspólnym biznesie, a mają ileś spraw nierozwiązanych. Czekanie na poszczególne wyroki w poszczególnych instancjach nie ma najmniejszego sensu. Sprawdza się tu prawidłowość typowo „amerykańska”: tym, którzy chcą ze sobą współpracować, jest znacznie łatwiej pogodzić się. Natomiast trudno jest pogodzić tych, którzy współpracę zerwali.

Pojednanie, czy mniejsze zło?
Motywacje moralne ustępują wówczas miejsca względom pragmatycznym. „Lepiej zawrzeć ugodę, niż włóczyć się po sądach” – to desperackie stwierdzenie stało się podstawowym hasłem marketingowym mediacji. Zawieramy ugodę nie dlatego, że przebaczyliśmy przeciwnikowi, albo zrozumieliśmy własny błąd, lecz dlatego, że nie wierzymy w sprawny wymiar sprawiedliwości. Godzimy się „dla świętego spokoju”, uciekając od kłopotliwego procesu. Odchodząc od stołu mediacyjnego, podajemy rękę do zgody, ale odwracamy się już plecami od adwersarza. „Skuteczna mediacja” doprowadziła do podpisania ugody, cofnięcia pozwu, a może nawet do zrzeczenia się roszczenia, lecz czy doprowadziła do prawdziwego pojednania?
Czy będziemy mieli nowych mediatorów, którzy pojednają nas lepiej? Zapytajmy autorki projektu ustawy, o ile nie warto o nim zapomnieć.

Piotr Nowaczyk, partner w kancelarii Salans, członek Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego w Paryżu, były prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie

brinerOdszedł Robert Briner. Wiadomość o śmierci wieloletniego prezesa Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego Międzynarodowej Izby Handlowej (ICC) poruszyła społeczność arbitrażową w pierwszych dniach grudnia.

Odszedł jeden z gigantów międzynarodowego arbitrażu, człowiek trochę starej daty, gentelman trzymający się zasad. Trzy pełne kadencje, dziewięć pełnych lat prezesury największego sądu arbitrażowego na świecie odcisnęły znak na tej instytucji. Mówi się o sądzie “po Brinerze”. Wspomina się “czasy Brinera”. Mało kto mówi o czasach “przed Brinerem”.

Szwajcar, urodzony w 1930 r. w niemieckojęzycznym kantonie, nienajlepiej czuł się w Paryżu. “Wytykają mi akcent, wiedzą że jestem cudzoziemcem”. W 1985 r. pracował w Hadze w Iran – United States Claims Tribunal, którego to Sądu został prezesem w latach 1989-1991. Został następnie Prezesem United Nations Compensation Commission. Był członkiem Trybunału ds. Rozwiązywania Sporu Martwych Kont w Szwajcarii. Był arbitrem niemal wszystkich największych instytucji arbitrażowych na świecie. Osiągnął wszystko, co arbiter może w życiu osiągnąć. Zachował to co dla arbitra jest najważniejsze: szacunek ludzi.

Był człowiekiem eleganckim, dystyngowanym, oszczędnym w słowach i gestach. Udzielał rad każdemu, kto go poprosił. Najprostszym językiem. Dyskretnie i krótko, czasami jednym zdaniem. Kiedy przed laty Andrzej Kąkolecki zakończył misję członka Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego ICC, a Polski Komitet Narodowy ICC wysunął moją kandydaturę zapytałem Roberta Brinera, co o tym sądzi. Spojrzał na mnie i zapytał “Dlaczego się wahasz?” Trudno zapomnieć tę rozmowę, odbytą przed wielu laty w niezwykłej dość scenerii. Obserwowaliśmy bowiem razem, gdzieś w australijskim eukaliptusowym gaju, parę misiów koala, w przerwie kongresu Union Internationale des Avocats.

Robert Briner był wszędzie tam, gdzie należało być promując arbitraż. Był gorącym orędownikiem arbitrażu instytucjonalnego, zwłaszcza ICC. Ukuł powiedzenie : “Ad hoc” należy tłumaczyć jako – “Będzie drożej”.

Był oszczędny w słowach, ale zawsze wiedział to co trzeba. Zachęcał nas, skutecznie zresztą, do usunięcia z kpc fatalnego przepisu art 1105 § 2 ograniczającego dostęp Polaków do zagranicznych instytucji arbitrażowych. Przez dziewięć lat swoich trzech kadencji przewodniczył niemal wszystkim sesjom plenarnym sądu. Znał każdą omawianą sprawę, a łatwo policzyć że było ich przeszło tysiąc. Miał duży dar doprowadzania do konsensusu i przez lata naszej współpracy, zaledwie kilka razy musiał poddać jakieś zagadnienie pod glosowanie.

Miał poczucie humoru, ale bardzo oszczędnie z niego korzystał. Kiedyś w trakcie posiedzenia komitetu ICC powstał problem ustalenia miejsca arbitrażu. Strony: polska i turecka nie mogły go uzgodnić. Polacy zaproponowali “Wiedeń i tylko Wiedeń, nigdzie indziej”. Turcy napisali “Wszędzie, tylko nie w Wiedniu”. Robert Briner lekko zdziwiony zapytał mnie o co tu chodzi. Wytłumaczyłem losy Odsieczy Wiedeńskiej z 1683 roku i jej skutki dla dalszych losów Europy i polsko-tureckich stosunków. Komitet ICC zdecydował w końcu ustalić miejsce arbitrażu we Frankfurcie nad Menem. Robert Briner, już dyktując podjętą decyzję, przerwał na chwilę i zapytał przez całą salę: “Piotr, czy jesteś pewny, że nie było żadnej polsko-tureckiej bitwy pod Frankfurtem nad Menem?”

Robert Briner stworzył European Arbitration Group. Zaprosił i zebrał razem prezesów i byłych prezesów największych sądów arbitrażowych Europy Środkowej i Wschodniej, a także indywidualnych ekspertów od praktyki arbitrażowej, zwanej wówczas East-West Practice. Po rozpadzie RWPG, Moskwa i moskiewski ICAC przestały być ośrodkiem skupiającym te osoby. Potrzeba dyskusji i wymiany doświadczeń istniała wówczas bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Arbitraż East-West wkroczył w nową erę przejściową, na której skorzystać miały centra arbitrażowe takie jak Warszawa, Praga czy Budapeszt. Zasługi Brinera dla tej grupy opisał kolega Buguslav Klein w „Liber Amicorum in honour of Robert Briner”.

Uroczystość wydania tej księgi i pożegnania Roberta po zakończeniu trzeciej kadencji była tak niezwykła, jak sama księga. Do dziś dzieło to, spisane przez 64 autorów, uznane jest za jedną z najlepszych Liber Amicorum na świecie. John Beechey, prezes sądu ICC bieżącej kadencji twierdzi, że tak często do niej zagląda, że nabył aż dwa egzemplarze, jeden do biura, drugi do domu.

Uroczystość wręczenia księgi w Pavillion Gabriel przy Polach Elizejskich w Paryżu zgromadziła elitę międzynarodowego arbitrażu. Rzadko w naszych czasach żegna się kogoś tak godnie. Wygłoszone przemówienia były perełkami elokwencji, dowcipu i bon tonu. Wszystkie, poza może jednym. Anne-Marie Whitesell, wieloletni sekretarz generalny sądu ICC, doświadczony prawnik z najwyższej półki, w połowie swojego wystąpienia rozpłakała się, z żalu, że Robert Briner odchodzi.

Dziś żałujemy wszyscy jego ostatecznego odejścia. Nie ma już Roberta, nie ma jego ery. Lecz wiemy już, albo możemy wierzyć w to, że tam gdzie teraz jest Robert, panuje pełny consensus, a spory, o ile jakieś istnieją, rozwiązane będą bardzo polubownie.

Piotr Nowaczyk

Michał Jochemczak

radca prawny w Kancelarii Salans

O tym, jakie znaczenie praktyczne ma zagadnienie, czy spory o stwierdzenie nieważności uchwał mają tzw. zdatność arbitrażową, przekonali się wszyscy ci, którzy złożyli pozwy o stwierdzenie nieważności uchwał do sądu arbitrażowego, po czym sąd ten uznawał, iż spór nie posiada zdatności arbitrażowej.

W pewnych sytuacjach, wobec upływu terminów do zaskarżenia uchwał (art. 251, 252 par. 3, 424, 425 par. 2 i 3 k.s.h), mogło to prowadzić nawet do zamknięcia drogi sądowej dla podmiotów skarżących nieważną ich zdaniem uchwałę.

Co to jest zdatność arbitrażowa ?

Na wstępie należy wszakże wyjaśnić, że pojęcie zdatności arbitrażowej (ang. arbitrability, niem. Schiedsfähigkeit) oznacza właściwość sporu, która powoduje, że może on być poddany przez strony pod rozstrzygnięcie sądu polubownego. Brak zdatności arbitrażowej jest braną z urzędu przez sąd przesłanką uchylenia (art. 1206 par. 2 pkt 1 k.p.c.) czy odmowy uznania/stwierdzenia wykonalności orzeczenia arbitrażowego (art. V ust. 2 lit. a) Konwencji o uznawaniu i wykonywaniu zagranicznych orzeczeń arbitrażowych z 10 czerwca 1958 r., oraz art. 1214 par. 3 pkt 1 k.p.c.).
W prawie polskim zdatność arbitrażowa unormowana jest w artykule 1157 k.p.c. Stanowi on, że jeżeli przepis szczególny nie przewiduje inaczej, strony mogą poddać pod rozstrzygnięcie sądu polubownego spory o prawa majątkowe lub spory o prawa niemajątkowe – mogące być przedmiotem ugody sądowej, z wyjątkiem spraw o alimenty.
Tym samym polski ustawodawca wymaga, aby spór poddany pod arbitraż posiadał zdatność ugodową w sprawach niemajątkowych oraz według przeważającego stanowiska w sprawach majątkowych.

Stanowisko doktryny

To właśnie na tle zagadnienia, czy spory o nieważność uchwał posiadają zdatność ugodową, wykształciły się w literaturze przeciwstawne stanowiska, czy spory te mogą być poddane pod rozstrzygnięcie sądu arbitrażowego
Dominujący w doktrynie wydaje się być pogląd, iż zawarcie ugody jest niedopuszczalne w sprawach o stwierdzenie nieważności uchwał zgromadzenia wspólników albo walnego zgromadzenia akcjonariuszy (por. m.in. T. Ereciński, K. Weitz, Sąd Arbitrażowy, Lexis Nexis, Warszawa 2008, s. 122; R. Uliasz, Zdolność arbitrażowa sporów wynikłych z zaskarżenia uchwał zgromadzeń spółek kapitałowych, w: Arbitraż i mediacja jako instrumenty wspierania przedsiębiorczości, Rzeszów 2006, s. 204-205; E. Marszałkowska-Krześ, Uchwały zgromadzeń w spółkach kapitałowych, Warszawa 2000, s. 135; G. Suliński, Dopuszczalność kognicji sądu polubownego w sporze o rozwiązanie spółki z o.o., Kwartalnik ADR, nr 3/2008, s. 31).
Obszerną krytykę tego stanowiska przeprowadził A.W. Wiśniewski (por. A.W. Wiśniewski, Rozstrzyganie sporów korporacyjnych przez sądy polubowne w świetle nowej regulacji zdatności arbitrażowej sporów, w: Międzynarodowy i krajowy arbitraż handlowy u progu XXI wieku. Księga pamiątkowa dedykowana doktorowi habilitowanemu Tadeuszowi Szurskiemu, red. P. Nowaczyk, S. Pieckowski, J. Poczobut, A. Szumański, A. Tynel, Warszawa 2008, s. 276-282). Autor ten wskazuje, że dopuszczalność zawarcia ugody o określonej treści należy kategorycznie odróżniać od zdatności ugodowej sporu, i dalej: w obszarze arbitrażu, jeśli tylko między stronami zachodzi rzeczywisty spór, zgoda na jego rozstrzygnięcie nawet całkowicie na korzyść jednej ze stron mieści się w zakresie ich prywatnoprawnej autonomii, a rozstrzygnięcie takie może być zakwestionowane tylko dla ochrony porządku publicznego.

Stanowisko orzecznictwa

Zagadnienie zdatności arbitrażowej sporów o stwierdzenie nieważności uchwał nie było jak dotąd przedmiotem znanych autorowi wypowiedzi Sądu Najwyższego. Wskazać jednak należy na orzecznictwo Sądu Najwyższego zapadłe na tle spraw o uchylenie albo stwierdzenie nieważności uchwał zgromadzenia wspólników. Zdaniem Sądu Najwyższego dla oceny, czy sprawa jest sprawą o prawa majątkowe, decydujące znaczenie ma przedmiot zaskarżonej uchwały (por. postanowienie Sądu Najwyższego z 3 października 2001 r., V CZ 150/01, OSNC 2002, nr 6, poz. 78, z. 9, postanowienie z 9 stycznia 2003 r., I CK 339/02, niepubl., z 16 lipca 2004 r., I CK 268/04, Glosa 2006, nr 1, s. 8). Stanowisko to, trafnie krytykowane w literaturze, do czasu nowelizacji k.p.c. na mocy ustawy z 8 lipca 2005 r., mogło skłaniać do przyjęcia, że uchwały, zdaniem Sądu Najwyższego, o niemajątkowym charakterze nie mogły być przedmiotem rozstrzygnięcia sądów arbitrażowych.

W niepublikowanym orzeczeniu z 19 lutego 2009 r., I Acz 197/09 Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał co prawda, iż powódka skarżąca uchwałę jako członek zarządu nie jest związana treścią (zakresem podmiotowym) zapisu na sąd polubowny, ale nie wykluczył co do zasady możliwości rozstrzygania sporów tego rodzaju w drodze arbitrażu. Sprawa dotyczyła zaskarżenia uchwały w przedmiocie odmowy udzielenia absolutorium. Sąd I instancji odrzucił pozew na podstawie treści art. 1165 k.p.c. Sąd apelacyjny uznając, że sprawa ma charakter majątkowy, stwierdził, że zapis na sąd polubowny zawarty w umowie spółki nie wiąże powódki jako członka zarządu.

Ocena obowiązującej regulacji

W związku z istniejącymi wątpliwościami dotyczącymi zdatności ugodowej należy postulować, aby w przyszłości ustawodawca zrezygnował z tego kryterium jako przesłanki zdatności arbitrażowej sporów o charakterze majątkowym. Warto również zwrócić uwagę, że podobny trend występuje także w innych ustawodawstwach europejskich. Tym bardziej że istnienie korzyści płynących z poddania tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie sądów arbitrażowych nie budzi wątpliwości.

Natomiast istotnym zagadnieniem, które wyłania się przy ocenie zdatności arbitrażowej sporów o stwierdzenie nieważności uchwał, a często pomijanym w polskiej literaturze, jest wpływ zapadłego w takiej sprawie orzeczenia na prawa osób trzecich (wspólników lub akcjonariuszy, niebiorących udziału w postępowaniu), które w przeciwieństwie do postępowania sądowego zwykle, czy to z uwagi na poufność arbitrażu, czy też niekiedy brak instytucji interwencji ubocznej w regulaminach arbitrażowych, zostaną pozbawione możliwości przystąpienia do postępowania, którego wynik może kształtować ich sytuację prawną (art. 254 par. 1 oraz 427 par. 1 k.s.h.). Z uwagi na to, że ramy niniejszego opracowania nie pozwalają na szerszą analizę tego zagadnienia, ograniczę się do stwierdzenia, że ogólny zakaz poddawania tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie sądu polubownego z uwagi na ochronę praw osób trzecich byłby rozwiązaniem budzącym poważne zastrzeżenia. W innych państwach przyjmuje się bowiem rozwiązania umożliwiające poddawanie tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie arbitrażu, pod warunkiem wszakże zapewnienia możliwości udziału w tego rodzaju postępowaniach podmiotów, których praw lub obowiązków dotykać będzie zapadłe w takiej sprawie orzeczenie (por. np. orzeczenie Bundesgerichtshof z 29 marca 1996 r.).

Artykuł był publikowany w GP z 21 maja 2009 r.

na MacLawye® publikowany za zgodą autora.

TEKST Piotr Nowaczyk

Poczekaj spokojnie na załadowanie przeglądarki acrobat.com następnie pobierz dokument w formacie .pdf, lub ‘kliknij’ strzałkę w prawym rogu przeglądarki aby przeczytać artykuł w trybie pełnoekranowym.
Publikacja na stronie za zgodą Autora.

Piotr NowaczykPiotr Nowaczyk – adwokat; Partner w Kancelarii Salans. Członek Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego ICC w Paryżu. Prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie w latach  2006-2009.

Marek FurtekO tym, dlaczego arbitraż nie cieszy się powszechnym zainteresowaniem przedsiębiorców, mówi Marek Furtek, prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej.

Pamiętam, jak w 2005 r. wchodził w życie zmieniony kodeks postępowania cywilnego. Wiele sobie po nim obiecywano, jeśli chodzi o upowszechnienie arbitrażu. Po kilku latach statystyki wpływów spraw do sądów polubownych wydają się mówić jedno: arbitraż to porażka. Czy zgadza się pan z taką tezą?

Marek Furtek: Ustawodawca w 2005 r. nie chciał uczynić arbitrażu sądownictwem powszechnym. Sąd polubowny nie miał „trafić pod strzechy”. Liczba rozpatrywanych obecnie sporów nie jest porażką. Pod względem ilościowym sądownictwo polubowne zawsze będzie zjawiskiem marginalnym w stosunku do liczby spraw cywilnych czy gospodarczych rozpoznawanych przez sądy powszechne.

Dobrze, ale jak marginalnym? W KIG, w największym takim sądzie, mamy obecnie kilkaset spraw rocznie…

W najlepszych latach było ich 600 – 700, w gorszych ok. 200. W 2008 r. mieliśmy 260 spraw, w tym roku już przekroczyliśmy tę liczbę. Uważam, że to dobry wynik. Oczywiście to niewiele w porównaniu z 11 mln spraw, które trafiają do sądów powszechnych, ale też nie chodziło o to, aby zbudować konkurencyjny dla nich system. Sądownictwo polubowne jest dopełnieniem, uzupełnieniem państwowego wymiaru sprawiedliwości i spełnia swoją rolę.

Wzrostu liczby spraw w arbitrażu jednak w ostatnich latach nie było…

Widzę to inaczej. Nie sądzę, żeby zamysłem ustawodawcy było za wszelką cenę upowszechnić arbitraż w obrocie gospodarczym. Można przewrotnie powiedzieć, że w pewnych kwestiach ta nowelizacja nawet utrudnia jego rozwój.

Idea powszechności arbitrażu przyświecała raczej organizacjom przedsiębiorców. Ja się z nią nie utożsamiam. Jak powiada mec. Piotr Nowaczyk, arbitraż to sąd dla dżentelmenów, a więc zawsze w pewnym sensie instytucja elitarna.

Czyli nie zależy panu, żeby było go więcej?

Oczywiście, że zależy. Trzeba jednak pamiętać, że jeżeli liczba spraw z 400 wzrośnie do 600, to odniesiemy pełny sukces, jeżeli będzie ich 800, będzie to sukces spektakularny. Proszę pamiętać, że w Polsce już obecnie pod względem liczby spraw i wartości przedmiotu sporu sąd arbitrażowy stoi znacznie lepiej niż wszystkie pozostałe w naszym regionie.

Co jest dla niego barierą?

Informacja o zaletach arbitrażu jest słabo rozpowszechniona, zwłaszcza wśród mniejszych przedsiębiorców. Myślę, że to główny powód. Oczywiście ma też wady, które zniechęcają przedsiębiorców.

Czytaj całość wywiadu w:
Rzeczpospolita – Dobra Firma

Środowisko arbitrów chce przez spopularyzowanie problematyki sądów polubownych zwiększyć ich rolę w rozstrzyganiu sporów

arbitrażTemu była poświęcona konferencja „Współdziałanie, nie konkurencja! Arbitraż a sądy powszechne: jak budować wzajemne relacje” zorganizowana przez Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej. Lwią część uczestników stanowili sędziowie sądów cywilnych i gospodarczych.

To drugie takie spotkanie. Poświęcone było ono tzw. klauzuli porządku publicznego, na podstawie której sąd państwowy może nie uznać wyroku sądu polubownego. Ta kontrolna procedura jest krytykowana za to, że przedłuża procesy, gdyż szybki wyrok arbitrażu trafia zwykle jeszcze do sądu państwowego. Stąd postulaty, by ją skoncentrować w wybranych sądach, a może wręcz w jednym dla całej Polski. Jak jednak podkreślał prof. Karol Weitz, współautor wydanej właśnie monografii „Sąd Arbitrażowy”, nie mają one teraz szans. Alternatywną drogą udrożnienia arbitrażu są szkolenia i popularyzacja polubownej ścieżki.

Marzeniem szefów sądu, mecenasów Marka Furtka i Andrzeja Kalwasa jest upowszechnienie w polskim biznesie obyczaju z krajów Europy Zachodniej, w których skierowanie sporu do sądu państwowego zamiast polubownego jest w złym tonie.

W Polsce arbitraż jest wciąż elitarną drogą rozstrzygania sporów, a niektórzy znawcy tej branży uważają, że tak być musi. SA przy KIG, choć największy w Polsce, będzie miał w tym roku jedynie ok. 400 spraw.

Marek Domagalski 22-10-2009

Rzeczpospolita