[Wpis z 12 grudnia 2008 r.; przeniesiony z MacLawye® na Wordpress.com] [Aktualizacja 18 lutego 2010 r.]

Mateusz Majewski

I. Sprzedaż udziałów w spółce z o.o. – wyjątek od zasady

Przedmiotem tego opracowania jest problem egzekucji ze sprzedaży udziałów w spółce z o.o. Zasadą powinno być, że egzekucja z udziałów w spółce z o.o. jako egzekucja z prawa, nie powinna prowadzić do ich sprzedaży.

opinie i porady MacLawye®'a

opinie i porady MacLawye®'a

W pierwszej kolejności powinna być prowadzona egzekucja z przychodów prawa, czyli w wypadku udziałów w spółce z dywidendy. Dopiero gdy przychody z udziałów wskazują, że zaspokojenie wierzyciela w ten sposób nie będzie możliwe, dopuszczalna jest egzekucja z udziałów poprzez zarządzenie sprzedaży udziałłów. W każdym razie, dla sprzedaży udziałów w spółce z o.o. w drodze egzekucji, konieczne jest uprzednie ich zajęcie. Dla rozważań kwestii istotnych w praktyce ważne jest ustalenie:

  • trybu, w ramach, którego dokonuje się określenia wartości udziałów spółki z o.o.
  • organu właściwego do zarządzenia, w postępowaniu egzekucyjnym, sprzedaży zajętych udziałów w spółce z o.o.
  • działań, które zobligowany jest podjąć sąd rejestrowy po otrzymaniu odpisu zajęcia udziałów w spółce z o.o.
  • procedur w toku egzekucji, w wypadku gdy umowa spółki uzależnia sprzedaż udziałów od zgody spółki.
  • Należy na wstępie zaznaczyć, że określenie w/w kwestii będzie zależne od trybu, w jakim prowadzona jest egzekucja z udziałów w spółce. W przypadku, gdy umowa spółki ogranicza sprzedaż udziałów spółki zastosowanie znajdzie art. 9113 k.p.c. w zw. z art. 185 k.s.h. W przypadku, gdy umowa spółki nie uzależnia zbycia udziałów spółki od zgody spółki, ani nie ogranicza w inny sposób prawa do zbycia udziałów zastosowanie znajdą przepisy działu IVA k.p.c., w szczególności art. 9113 k.p.c.

    W myśl w/w przepisu przedmiotem egzekucji może być udział w spółce z o.o. albo prawa wspólników z tytułu udziału w takiej spółce, którymi wspólnikowi wolno rozporządzać. Różnica między dwoma wyżej wskazanym przedmiotami egzekucji polega na tym, co w wyniku zajęcia może zostać sprzedane w drodze egzekucji. Tylko w przypadku zajęcia udziału w spółce jest możliwa jego sprzedaż w celu zaspokojenia wierzyciela. W tym opracowaniu zajmujemy się jedynie zajęciem udziałów w spółce z o.o. oraz problemem zaspokojenia się wierzyciela ze sprzedaży tych udziałów, zwłaszcza w sytuacji gdy umowa spółki uzależnia sprzedaż udziałów od jej zgody.

    II. [Zajęcie udziałów w spółce z o.o.]

    Wierzyciel posiadający względem dłużnika tytuł egzekucyjny opatrzony klauzulą wykonalności może skierować do komornika wniosek o przeprowadzenie egzekucji z udziałów w sp. z o.o. To do wierzyciela należy określenie we wniosku egzekucyjnym zakresu egzekucji, które jest wiążące dla komornika. Wierzyciel we wniosku egzekucyjnym może dokonać bardziej szczegółowego określenia przedmiotu egzekucji podając dokładnie rodzaj udziałów lub liczbę udziałów, z których chce zostać zaspokojonym.

    W oparciu o wniosek wierzyciela, w którym wskazano, że zaspokojenie ma nastąpić z udziałów w spółce z o.o., komornik na podstawie art. 9113 k.p.c. zajmuje udziały w spółce z o.o., przy czym jest on zobowiązany do zawiadomienia o fakcie zajęcia udziałów spółkę, której udziały zostały zajęte oraz zgłoszenia faktu zajęcia sądowi rejestrowemu. Jednakże o zajęciu udziałów w spółce z o.o. komornik zawiadamia także dłużnika, zawiadomienie skierowane do dłużnika winno zawierać w szczególności pouczenie wskazane w art. 910 § 1 pkt 1 k.p.c., w którym dłużnik zostaje poinformowany o zakazie rozporządzania i obciążania zajętych udziałów w spółce z o.o. oraz zakazie pobierania świadczeń przysługujących dłużnikowi w związku z zajętymi udziałami. Wydaje się, że zawiadomienie skierowane do spółki na podstawie art. 9113 k.p.c. winno nastąpić z zachowaniem art. 910 § 1 pkt 2 k.p.c., tj. spółka winna być poinformowana o obowiązku uiszczania związanych z udziałami świadczeń (np. dywidendy) komornikowi lub na rachunek depozytowy sądu. Komornik wzywa także spółkę, żeby w terminie tygodnia złożyła oświadczenie, czy inne osoby roszczą sobie pretensje do zajętych udziałów, czy i w jakim sądzie lub przed jakim organem toczy się lub toczyła się sprawa o zajęte udziały, jak również czy oraz o jakie roszczenie skierowana jest egzekucja do zajętych udziałów.

    Moment zajęcia udziałów w spółce z o.o. należy określić poprzez należytą interpretację art. 9113 k.p.c. w związku z art. 910 § 2 k.p.c., która prowadzi do wniosku, że udziały w spółce z o.o. zostają zajęte z chwilą doręczenia zawiadomienia spółce (na adres ujawniony w Krajowym Rejestrze Sądowym), przy czym skutki zajęcia względem dłużnika powstają z chwilą doręczenia mu zawiadomienia o zajęciu, nawet jeżeli zawiadomienie zostało doręczone dłużnikowi przed zawiadomieniem spółki (art. 910 § 2 k.p.c. In fine).

    Czytaj dalej

    Mediacja, czyli jak uniknąć sporu przed sądem ?

    Jerzy Książek:

    Mediacja jest procesem, w którym skonfliktowane strony w obecności profesjonalnego mediatora starają się dojść do rozwiązania konfliktu. W mediacjach nie ma żadnych rozstrzygnięć. Strony starają się rozwiązać swój konflikt w sposób możliwy do zaakceptowania przez obie strony, co nie zawsze oznacza pełnię satysfakcji, ale na pewno jest dla nich do przyjęcia. Niewątpliwie, żeby mediacja mogła mieć miejsce, musi zaistnieć konflikt, muszą być strony tego konfliktu i musi być mediator jako nieodzowna osoba, która wspiera te strony w rozwiązaniu konfliktu. Rozporządzenia dotyczące mediacji i mediatorów w Polsce na dzień dzisiejszy są ułomne, gdyż dopuszczają osoby zupełnie przypadkowe do tego, żeby prowadziły mediacje. W konsekwencji może to doprowadzić do zmarginalizowania, czy wręcz zaniku mediacji w Polsce. Prawo ewoluuje i społeczeństwo się ciągle zmienia, zmienia się świadomość społeczna, w związku z czym zmieniają się wymogi co do usługi mediacyjnej. W rozporządzeniach na temat tego, kto dzisiaj w Polsce może być mediatorem, czytamy, że mediatorem może być każdy, kto nie ma papierów stwierdzających, że jest nienormalny. Wystarczy, że ma, zupełnie niczym nie popartą (poza własnym przekonaniem), zdolność rozwiązywania konfliktów. Taki mediator na pewno nie będzie spełniał standardów profesjonalnego prowadzenia mediacji.

    Joanna Hetman-Krajewska:

    Poszczególne organizacje tworzą jednak pewne standardy.

    Jerzy Książek:

    Organizacje odpowiadają za stałe listy mediatorów, czyli ludzi mediujących w sprawach cywilnych. Jeśli jednak chodzi o sprawy karne, to prezes sądu okręgowego sam wpisuje na swoje listy mediatorów. W sprawach karnych nie trzeba mieć absolutnie żadnego udokumentowanego wyszkolenia.

    Marek Tulipan

    Osoba, która chce być mediatorem, składa wniosek o wpisanie go przez prezesa sądu okręgowego na listę osób „godnych zaufania, które mogą prowadzić mediacje w sprawach karnych”.

    Jerzy Książek

    Zdarza się, że takich osób prezes sądu nie widzi na oczy w ogóle. Dużo się jednak zmieniło. Są prezesi sądów, którzy wzywają kandydatów i prowadzą z nimi rozmowy. Wciąż jednak na niektórych listach wpisani są fryzjer, rzeźnik, policjant i inne osoby, które liczyły na to, że to będzie dobry interes. Podpisane przez nich ugody były potem często niezgodne ze standardami, przepisami prawnymi, a nawet przeciwko ofierze, czyli osobie pokrzywdzonej, czy sprawcy. Takie zachowania są wymierzone przeciw mediacji.

    Joanna Hetman-Krajewska

    Ten reżim wpisywania na listę mediatorów w sprawach karnych jest przerażający, gdyż są to sprawy bardzo szczególne, gdzie mamy do czynienia z wrażliwymi kwestiami psychologicznymi. Natomiast w sprawach cywilnych to poszczególne organizacje tworzą standardy, które wpisany na ich listę mediator musi spełniać.

    Jerzy Książek

    Tak naprawdę dwie czy trzy organizacje w Polsce prowadzą nie tylko szkolenia, ale także staże mediacyjne i gwarantują wpis na prowadzone przez siebie listy stałych mediatorów. Niestety, są też stowarzyszenia i różnego rodzaju firmy, które oferują szkolenia za śmieszne pieniądze, a też śmiesznie szkolą. Ustawodawca zrzucił na stowarzyszenia mediacyjne poziom wykształcenia tychże mediatorów. To też zostawia wiele do życzenia, ponieważ brakuje standardów ogólnopolskich.

    Marcin Bachman

    Moje doświadczenia ze stowarzyszeniami, które de facto tworzone są wyłącznie celem umożliwienia wpisu swoich członków na listę mediatorów prowadzoną przez prezesa sądu okręgowego sięgają czasu, kiedy kończyłem studia podyplomowe: „Konflikty w rodzinie i mediacje rodzinne” na SWPS. Widziałem wiele osób, dla których bycie mediatorem nie było potrzebą wewnętrzną, ale projektem biznesowym. Zostanie mediatorem wiązało się dla tych osób ze zmianą zawodu, szukaniem kolejnej szansy. Osoby te poszukiwały takich stowarzyszeń. Tak wtedy jak i teraz liczba renomowanych stowarzyszeń jest niewielka w porównaniu z dosyć dużą liczbą stowarzyszeń, w których zasady dopuszczenia na listę ich mediatorów były bardzo rozluźnione, dające szansę zostania mediatorem praktycznie każdemu. Takie stowarzyszenia mogą rekomendować ludzi, którzy nie są w wystarczający sposób przygotowani do bycia profesjonalnym mediatorem. Dla mnie, jako osoby zajmującej się mediacjami rodzinnymi i środowiskowymi, istotne w zawodzie mediatora jest to, by oferować profesjonalną usługę i zapewnić osobom, które przychodzą celem przejścia procedury mediacyjnej, komfort i bezpieczeństwo uczestnictwa w mediacjach. Mediacje rodzinne są bardzo specyficzne i wymagają dużo uwagi i delikatności, szczególnie, jeśli wplecione są w nie sprawy dzieci i inne kwestie rodzicielskie. Są to sprawy na tyle ważne, że nie można ich oddać osobie, która nie ma do nich wystarczającego przygotowania.

    Magdalena Grudziecka

    Co do profesjonalizacji zawodu mediatora, jest jednak ziarenko nadziei. W mediacjach w sprawach nieletnich ustawodawca nam coś mówi na temat tego, że mediator powinien mieć specjalistyczne szkolenie i specjalistyczną wiedzę: że nie jest to ani psycholog, który odczuł wenę bycia mediatorem, ani prawnik, czy ktokolwiek inny, tylko że jest do tego potrzebna specyficzna wiedza, łącząca różne zakresy – wiedzę prawną, psychologiczną, socjologiczną itd. Moja osobista definicja jest mediacji jest taka: mediacja jest to rozmowa. Nie należy się bawić w „rozstrzygacza”, a jedynie w osobę wspierającą rozmowę stron. Stronom należy dać wolność do podejmowania decyzji i tworzyć atmosferę do poszukiwania rozwiązań.

    Krzysztof Boszko

    Mówimy o mediacji sformalizowanej, oddanej w ręce profesjonalnych specjalistów. W tym momencie kształtuje nam się nowy zawód mediatora. Na razie kształtowanie tego zawodu polega raczej na eliminowaniu pewnych osób. To dotyczy chociażby apriorycznego wyłączenia z zawodu mediatora prawników profesjonalnych. Moim zdaniem jest to wylewanie dziecka z kąpielą, bo doświadczenia w alternatywnych formach rozwiązywania sporów wszelkich, zarówno pomiędzy klientami, jak i pomiędzy prawnikami, mamy dosyć dużo. Udział prawników profesjonalnych w mediacji jest potrzebny, nawet jeżeli nie będą oni mediatorami. Istnieje nawet tendencja do eliminowania pełnomocnika profesjonalnego. Jest jeden przepis, który dopuszcza możliwość posługiwania się pełnomocnikiem i to też kulawy, bo to mediator decyduje o tym, czy tego prawnika profesjonalnego nie wyłączyć w imię źle rozumianej równowagi stron. Zawarcie ugody nieprofesjonalnej, zwłaszcza w sprawach gospodarczych, czy rodzinnych, może być katastrofą.

    Jerzy Książek

    Mediator uczy się wiedzy niezbędnej mu do prowadzenia mediacji, czyli m.in. psychologii konfliktu, jego genezy, eskalacji i rozwiązywania. Dodatkowo, potrzebna jest wiedza dotycząca specjalizacji mediatora. W mediacji rodzinnej np. mediator musi wiedzieć wszystko o rodzinie. Najlepiej jest posiadać też wiedzę lokalną. W mediacjach karnych to musi być ktoś obeznany z prawem, ale z drugiej strony ktoś, kto ma wiedzę psychologiczną, dotyczącą podstawowej sprawy – fazy ofiary, która determinuje to, czy i kiedy jest możliwa mediacja. Kiedy dostajemy takie sprawy z sądu, dobrze jest, żeby sędziowie wiedzieli, że w pewnych momentach, przez jakiś okres czasu podchodzenie do mediacji byłoby bezsensowne. Ważne jest także wyczucie specyfiki art. 207, kontrowersyjnego, jeżeli chodzi o mediacje. Art. 207 w gruncie rzeczy dotyczący przemocy w rodzinie. A więc mediator w sprawach karnych, do którego nie ma żadnych wymogów i dostaje 207, najbardziej delikatny problem przemocy w rodzinie, nie mając doświadczenia, nie mając wiedzy, może tylko zaszkodzić.

    Marcin Bachman

    Tak jak już mówiłem wcześniej, mediacje rodzinne są specyficzne, a sprawy poruszane w trakcie takich mediacji są bardzo delikatne. Są pewne zalecenia organizacji, zajmujących się mediacjami rodzinnymi, które wyłączają pewne przypadki z zastosowania mediacji, jako metody rozwiązywania konfliktów. W sytuacji przemocy w rodzinie z zasady nie powinno się prowadzić takich mediacji, ponieważ dysproporcja w zasobach stron w trakcie sesji mediacyjnej będzie na tyle duża, że mediacje te nie zakończą się prawdziwym porozumieniem, gdyż będzie ono wymuszone. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadkach, gdy któraś ze stron konfliktu jest w trakcie leczenia psychiatrycznego lub w trakcie terapii psychologicznej. Wtedy stan emocjonalny tych osób nie pozwala na to, żeby mogły one uczestniczyć w sesjach mediacyjnych. W takich przypadkach zazwyczaj nie będzie bowiem możliwe zapewnienie tym osobom bezpieczeństwa, komfortu i równowagi w mediacjach. Jest to o tyle istotne, że w mediacjach rodzinnych te elementy, które wyłączają możliwość przeprowadzenia mediacji, wychwytywane są na ogół w trakcie sesji premediacyjnych. Takie sesje zalecane są w mediacjach rodzinnych. Są to indywidualne spotkania z każdą ze stron osobno, kiedy mediator ma szansę poznać szczegółowo istotę konfliktu, a także poznać tę osobę i dowiedzieć się, co tak naprawdę w niej jest. Sesje premediacyjne dają mediatorowi i stronie możliwość zaspokojenia jej potrzeby bycia wysłuchanym i udzielenia przez mediatora empatii, które pomogą tej osobie w przygotowaniu się do właściwych sesji mediacyjnych.

    Joanna Hetman-Krajewska

    Chciałabym poruszyć kwestię szkolenia sędziów, którzy kierują sprawę do mediacji i często kierują je w sposób nieprzemyślany właśnie w sytuacjach, kiedy spór nie nadaje się z różnych względów do mediacji. Sędziowie są często nieprzygotowani i to jest bardzo istotny problem. To środowisko również powinno być pod tym względem sprofesjonalizowane, żeby sędziowie mieli świadomość, jaka sprawa pod jakimi warunkami nadaje się do mediacji. Kierowanie do mediacji w sposób nieprzemyślany sprawy, która na etapie premediacyjnym zostanie zdyskwalifikowana przed profesjonalnego mediatora, jest tylko przedłużaniem postępowania przed sądem.

    Monika Kolbus

    W kwietniu 2009 roku uczestniczyłam w szkoleniu z zakresu Mediacji organizowanym w ramach doskonalenia zawodowego pracowników wymiaru sprawiedliwości i finansowanym z Europejskiego Funduszu Społecznego. Sędziowie zwracali tam uwagę na fakt, że listy mediatorów nie zawierają dokładnych danych odnośnie specjalizacji mediatorów. Poza tym listy te nie są aktualizowane. Mediatorzy podkreślali, że przesyłana im dokumentacja, dotycząca stron mediacji, zawiera jedynie dane adresowe. O wiele sprawniej przebiegałoby ustalanie terminu spotkań ze stronami, gdyby posiadali dane kontaktowe, takie jak numer telefonu. Z kolei mediatorzy, którzy nie mają wykształcenia prawniczego, pragnęliby otrzymać od sędziego wskazówki, jakie przede wszystkim zapisy powinny znaleźć się w danej ugodzie, aby bez zwłoki została ona zatwierdzona przez sędziego. Uważam, że rozwiązaniem tych problemów mogłyby być regularne spotkania mediatorów z sędziami, nawet trzy razy w roku.

    Jerzy Książek

    Chciałbym wrócić do list mediatorów. Dziwnym trafem na listach mediatorów w sprawach cywilnych są osoby nie przynależne do żadnego stowarzyszenia, nie wiadomo przez kogo i kiedy przeszkolone i na dzień dzisiejszy jest to też problem. Uważam, że ci ludzie działają na niekorzyść mediacji. Kto, kiedy, gdzie i dlaczego wpisał je na listy mediatorów stałych, za które odpowiadają stowarzyszenia?

    Marcin Bachman

    Sprawdźmy to. Może to będzie jedna z konkluzji, jaka będzie wieńczyła nasze spotkanie. W mojej praktyce nie mam do czynienia z mediacjami skierowanymi przez sąd. Nie jestem bowiem wpisany na żadną listę prowadzoną przez Prezesa Sądu Okręgowego. Jeżeli jednak istnieje taki problem, to należałoby coś z tym zrobić. Bardzo chętnie włączę się w jakąś akcję.

    Marek Tulipan

    Problem z listami stałych mediatorów wynika z samej ułomnej konstrukcji tej instytucji, ponieważ listę stałych mediatorów w sprawach cywilnych po prostu się zgłasza. Przesyła się ją do sądu i w tym momencie ta lista nabiera bytu sądowego. Problem polega na tym, że taką listę może przesłać jakiekolwiek stowarzyszenie. W obecnym stanie sąd nie ma możliwości formalnej weryfikacji tej listy.

    Krzysztof Boszko

    Największy problem to problem profesjonalizacji zawodu mediatora i braku jednolitych kryteriów dopuszczenia do tego zawodu. Nie bałbym się tutaj ingerencji państwa w tym zakresie standardu minimalnego wymaganego od mediatora. Mamy jeszcze inne czynniki, które blokują już na wejściu mediację. Pierwsza rzecz to niewydolność systemu sądowego w Polsce. Nadmiar spraw i przewlekłość postępowania powoduje, że sędziowie, prokuratorzy i policjanci mają tendencje do pozbywania się spraw. Inna sprawa to brak wiedzy społecznej o mediacji. To jest zadanie, które powinno wziąć na siebie Ministerstwo Sprawiedliwości. Trzeba też pamiętać, że bezkrytyczne przenoszenie wzorców, które się dobrze sprawdzają w innych społeczeństwach na grunt polski rokuje katastrofą. Trzeba pamiętać o temperamencie narodowym Polaków. Czasami lepsze jest rozstrzygnięcie narzucone z zewnątrz. Kolejnym problemem są fasadowe mediacje, czyli takie, poprzez które strony próbują osiągnąć inny efekt i bez rzeczywistego pojednania się próbują coś utargować. Problemem jest także zapewnienie balansu stron. To jest właśnie kwestia dostępności do profesjonalnego prawnika, czyli albo pośrednika przyznawanego z urzędu, albo prawnika-eksperta występującego przy mediatorze, w obu wypadkach finansowanego ze skarbu państwa. I włączenie systemu finansowania mediacji w system pomocy finansowej państwa dla osób, których nie stać na korzystanie z profesjonalnej pomocy prawnej, również musi być elementem systemu.

    Piotr Nowaczyk

    Mam wrażenie, że mediacja w Polsce jest stosunkowo młodą instytucją. Możemy mówić, że od pięciu lat zaczęła się moda na mediacje. Wytwarza się rynek studiów podyplomowych, różnych kursów, specjalizacji. Zaczyna się robić z tego interes, żeby wykorzystać tę modę, której ulegli młodzi ludzie. Nie chcę tych młodych ludzi zniechęcać, wręcz przeciwnie, ale osobiście zawsze im tłumaczę, że muszą jeszcze zaczekać, że karierę arbitra, czy karierę mediatora robi się zwykle jako karierę drugą w życiu. Najpierw trzeba być dobrym prawnikiem, adwokatem, radcą prawnym, w innych zawodach pedagogiem, czy psychologiem. Ja bym nie przesadzał z tymi programami. Do tego wszystkiego jeszcze potrzebny jest talent, a jego nie można się nauczyć. W Polsce nie ma też motywacji do tego, by mediator chciał się doskonalić w swoim zawodzie. Zwłaszcza że mediator jest u nas wynagradzany słabo. Wynagrodzenie jego wynosi nie mniej niż 30 zł, a nie więcej niż 1000 zł. Widać stąd, że nikt tak naprawdę nie robi tego dla pieniędzy. Kuszenie zyskiem i korzyściami jest złudne. Gdy mówimy o projekcie ustawy o mediatorach i mediacji, który nas tutaj zebrał, warto powiedzieć chyba wprost, czym ten dokument jest. Rozmawiałem z kilkoma członkami Społecznej Rady ds. Alternatywnego Rozwiązywania Sporów i Konfliktów przy Ministerstwie Sprawiedliwości, którzy nie znali tego projektu, nie przeczytali go dokładnie i zaprzeczali, że taki projekt był uchwalony przez ową Radę. Jak więc taki projekt mógł się znaleźć na stronach internetowych Ministerstwa Sprawiedliwości? Są dwie możliwości – albo członkowie Rady nie wiedzą, co uchwalają, albo na strony internetowe Ministerstwa Sprawiedliwości trafiają prywatne dokumenty, nie będące dokumentami Ministerstwa Sprawiedliwości.

    Jerzy Książek

    Ja jestem rzecznikiem prasowym Społecznej Rady, a jakoś ze mną Pan nie rozmawiał. Rozmawiał Pan z kilkoma członkami Rady, ja rozmawiałem ze wszystkimi. Część nie czytała tego projektu, Rada nad nim nie głosowała. Żeby była jasna sytuacja, projekt ten nie był brany pod uwagę jako projekt Rady i nie został nigdy powieszony na stronie Rady.

    Piotr Nowaczyk

    A jak do niego dotarła „Rzeczpospolita”, ogłaszając całej Polsce, że prawnicy są wyłączeni z zawodu mediatora?

    Jerzy Książek

    Powtarzam Panu, że Rada nie ma z tym nic wspólnego.

    Marcin Bachman

    Wydaje mi się, że ten projekt jest autorskim projektem dwóch członków tej Rady, nie zaś całej Rady.

    Jerzy Książek

    Bo to jest projekt autorski. Mieszanie w to Rady jako autora jest wielką pomyłką. Jak on się znalazł na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, to jest sprawa Ministerstwa Sprawiedliwości. Możliwe że jednym z założeń projektu było „włożenie kija w mrowisko”. Ja myślę, że zaletą tego projektu jest to, że on nagle pokazał, że istnieje mediacja i nagle włączył do dyskusji szerokie rzesze prawników uśpionych do tej pory w sprawach mediacji.

    Piotr Nowaczyk

    Włączył, wyłączając ich.

    Jerzy Książek

    Niczego i nikogo nie wyłączył, bo to jest tylko próba, poza tym dotyczy to tylko i wyłącznie spraw karnych, którymi się w ogóle do tej pory prawnicy nie interesowali. W sprawach cywilnych prawnicy mogą dalej mediować.

    Piotr Nowaczyk

    Przepraszam bardzo, paragraf 4 mówi o mediatorach zawodowych, a nie o mediatorach w sprawach karnych.

    Jerzy Książek

    Nie, nie. Proszę przeczytać tytuł projektu. Chodzi o sprawy kierowane przez organy procesowe, czyli o sprawy sądowe. W innych sprawach, które dalej są umowne dzisiaj, prawnicy dalej prowadzić mogą mediacje w swoich kancelariach. Tyle że projekt zrobił jedną rzecz – rozpoczął dyskusję na ten temat. To, że projekt jest w pewnych aspektach ułomny, to wszyscy przecież wiemy, ale przynajmniej mamy nad czym dyskutować.

    Joanna Hetman-Krajewska

    Chciałabym zwrócić uwagę na próby ograniczania udziału pełnomocnika zawodowego w procesie mediacji. Nie powinno być takich ograniczeń. Są takie spory, gdzie pełnomocnik zawodowy jest konieczny, np. w sporach z dużymi korporacyjnymi podmiotami, chociażby ubezpieczycielami.

    Magdalena Grudziecka

    Zawodowy pełnomocnik powinien być stale obecny. On nie musi i nie zawsze powinien uczestniczyć w posiedzeniach mediacyjnych, natomiast to, że czuwa nad klientem sprawia, że strona ma większą pewność, że warunki ugody nie naruszają jej dobra i są dla strony korzystne. Współpraca mediatora z pełnomocnikiem jest dla nich dwojga korzystna. Pełnomocnik ma zadowolonego klienta i szybko zakończoną sprawę, a mediator ma pewność, że zapis ugody spełnia wszystkie wymogi formalno-prawne.

    Marcin Bachman

    Spotkałem się z sytuacją, gdy sąd wzywał do obowiązkowego stawiennictwa na mediacjach. Podstawowa zasada, która rządzi mediacjami, czyli dobrowolność udziału, w przypadku wyznaczania przez sąd mediatora jest od razu wypaczona. Sąd wskazuje bowiem mediatora, a przecież to strony, zgodnie z treścią artykułu 183 KPC, mają prawo wyboru mediatora. Uczestnicy nie są przy tym informowani przez sąd o tym prawie. Tak więc, już na wstępie mediacji, zasada dobrowolności oraz możności wyboru mediatora przez uczestników zostają wypaczone.
    Jeszcze jedna uwaga a propos standardu wykonywania zawodu. Zgadzam się, że doświadczenie życiowe jest bardzo istotne w pracy mediatora. Moje doświadczenia z mediacjami, gdy studiowałem w California Western School of Law na programie LLM były takie, że wiedza teoretyczna, którą zdobywaliśmy w pierwszym semestrze, była od razu wykorzystywana w praktyce już w semestrze drugim. Mam na myśli praktyki, które odbywały się w sądzie, odpowiedniku polskiego sądu grodzkiego, lub w ośrodku dla nieletnich. Wydaje mi się, że jest to dobra myśl, żeby edukację mediatorów w Polsce połączyć z praktykami, które mogłyby być organizowane w porozumieniu z sądami.

    Monika Kolbus

    Mając status Visting Researcher na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Houston, mogłam bezpośrednio obserwować szereg mediacji prowadzonych m.in. przez mediatorów, którzy byli adwokatami. W Stanach Zjednoczonych prawnik nie jest postrzegany jako wróg mediacji, lecz raczej jako jej bezcenny sojusznik. Mediatorzy powinni mieć odpowiednie przygotowanie z zakresu prawa, aby mogli pouczyć stronę, wskazać podstawy prawne sporu i konsekwencje prawne, gdyby nie doszło do porozumienia, podać szacunkowo koszty procesu sądowego.

    Krzysztof Boszko

    Potrzeba uczestnictwa prawników na wielu sprawach, zwłaszcza cywilnych, czy gospodarczych, wydaje się ewidentna. W Polsce daje się mediatorowi możliwość wyłączenia profesjonalnego reprezentanta strony, co moim zdaniem jest niekonstytucyjne, bo pozbawianie strony możliwości korzystania z instrumentów, które są powszechnie prawnie akceptowane, daleko wykracza poza zagwarantowane prawa obywatelskie. Choć jest w tym zdrowa myśl – to jest kwestia zapewnienia balansu stron. Ale ten balans stron ma być zapewniony przez państwo. Powstaje pytanie, jak państwo ma zapewnić ten balans przy mediacji profesjonalnej? Otóż, jeżeli strony nie stać na zatrudnienie prawnika również w postępowaniu mediacyjnym, to jest cały system prawników reprezentujących strony z urzędu. To jest to, nad czym teraz pracujemy jako samorządy, nad czym próbuje pracować Ministerstwo i nic z tego na razie nie wychodzi. Rozbija się wszystko oczywiście o pieniądze, bo wynagrodzenia za pełnienie funkcji pełnomocnika czy obrońcy z urzędu są rażąco niskie. Druga rzecz, to zapewnienie bezpieczeństwa prawnego nie tylko stronom, ale też mediatorowi, który nie jest prawnikiem. Powinno to być zapewnione przez system finansowany skarbu państwa. Stwórzmy więc system tak, żeby te sprawy, które się w mediacji zakończą, nie trafiały w trakcie lub po zakończeniu z powrotem do sądu. Zatem przypiszmy mediatorom prawo do korzystania z prawników na koszt państwa.

    Piotr Nowaczyk

    Wracając do projektu – czy musimy wszystko regulować ustawą? Autorki mówią, że tak. Dlatego że mediator w rozporządzeniu Ministra Gospodarki i Pracy z 8 grudnia 2004 r. w Sprawie Klasyfikacji Zawodów i Specjalności dla Potrzeb Rynku Pracy oraz Zakresu jej Zastosowania został zaliczony do jakiejś kategorii. Dlaczego jakieś rozporządzenie o klasyfikacji zawodów dla potrzeb rynku pracy ma być inspiracją do rewolucji ustawodawczej, która na dobrą sprawę podzieliła środowisko prawnicze? Czy Społeczna Rada ds. Alternatywnego Rozwiązywania Sporów i Konfliktów nie mogła wymyśleć lepszego sposobu na promocję mediacji niż zakomunikowanie w Międzynarodowym Dniu Mediacji, że radcy prawni, adwokaci nie nadają się do wykonywania tego zawodu.

    Jerzy Książek

    Delikatnie Panu powiem jeszcze raz – proszę nie łączyć Rady Społecznej z tym projektem. Nie został on zamieszczony na stronie Rady. Na posiedzeniu Rada postanowiła w żaden sposób nie autoryzować tego projektu.

    Piotr Nowaczyk

    Proszę to ogłosić publicznie.

    Jerzy Książek

    Ktoś wprowadza w błąd opinię publiczną. Nie wiem, po co. Ja jestem odpowiedzialny za stronę Rady i gwarantuję Panu, że na stronie Rady nigdy czegoś takiego nie było, nie ma i nie będzie. To było na zakładce w Ministerstwie Sprawiedliwości, za co Rada nie odpowiada.

    Marcin Bachman

    Miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z panią prokurator Lidią Mazowiecką, współautorką projektu ustawy. Na szereg pytań dotyczących przyczyn wyłączenia z zawodu mediatora profesjonalnych prawników, nie podała żadnej konkretnej odpowiedzi i rzeczowego uzasadnienia. Jedyną odpowiedź jaką pamiętam brzmiała: „bo tak jest lepiej, … , bo tak zapisane jest w projekcie”. Chciałbym wrócić do kwestii udziału profesjonalnych pełnomocników w mediacjach. Jest istotne, by strony uczestniczące w mediacji miały dostęp do wiedzy profesjonalnej, która może okazać się niezbędna celem kontynuowania mediacji lub przełamania impasu. Czasami jest to wiedza z zakresu ekonomii, czasami jest to wiedza z zakresu prawa. Dla mnie w sprawach mediacji rodzinnych istotne jest, by strony od swoich pełnomocników mogły uzyskać wiedzę i informacje z zakresu zasad podziału majątku czy zasad ustanawiania kontaktów z dziećmi, etc. W standardzie, z którym miałem do czynienia w przypadku mediacji w Kalifornii, w czasie mediacji mediator udostępnia każdej ze stron numer telefonu do prawnika, który świadczy usługi prawne za darmo. W takim wypadku, uczestnicy mediacji mogą w trakcie sesji mediacyjnych skonsultować się na gorąco z prawnikiem odnośnie kwestii, które w danym momencie są dla nich istotne.

    Jerzy Książek

    Jeżeli w sprawach rodzinnych jest sesja, a więc strony chcą sobie coś wyjaśnić, prawnik nie jest mile widziany. Strony same wiedzą, że przy prawniku nie będą do końca szczere. Mnie się bardzo dobrze z prawnikami współpracuje, ale to ja ustalam, czy będą oni w danej sytuacji potrzebni, czy nie. Ja uważam, że dobry mediator czasami jest lepszy od księdza na spowiedzi, bo nie osądza ludzi i nie zadaje pokuty. Czasami wiedza prawnicza przeszkadza, bo podaje gotowe rozwiązania.

    Magdalena Grudziecka

    Ważne jest to, żeby były stworzone standardy wykształcenia mediatorów. Być może dobrym pomysłem są spotkania mediatorów, którzy nie są prawnikami, z prawnikami zajmującymi się mediacją, na których można by było wspólnie coś wypracować. Dobrze by było, gdyby nie tylko prawnicy mogli o tym stanowić.

    Krzysztof Boszko

    Prawnicy nie aspirują do wyłączności w zawodzie mediatora, bo chociażby z przyczyn finansowych nie jest to obszar atrakcyjny dla dobrze prosperujących prawników na świecie. Natomiast pojawia się kwestia błędnego założenia, że ktoś, kto ma wykształcenie prawnicze, będzie złym mediatorem. Nie ma żadnego powodu, żeby w zakresie udziału w mediacji ograniczać tę grupę zawodową. To że prawnicy mogą być mediatorami, nie znaczy, że wszyscy mediatorzy muszą nimi być. Wiedza prawnicza jest mediatorowi niezbędna. Ale odpowiedź na pytanie, czy mediatorzy powinni być przede wszystkim prawnikami, czy nie, będzie mogła być udzielona dopiero wtedy, gdy zagwarantowany będzie standard minimum, w tym także w zakresie wiedzy prawniczej wymaganej od mediatora.

    Jerzy Książek – mediator, prezes Polskiego Centrum Mediacji, rzecznik prasowy Społecznej Rady ds. Alternatywnego Rozwiązywania Konfliktów i Sporów
    Magdalena Grudziecka – mediator, wiceprezes Polskiego Centrum Mediacji
    Joanna Hetman-Krajewska – adwokat, radca prawny Kancelarii Prawniczej Patrimonium
    Marek Tulipan – aplikant radcowski, mediator Kancelarii Prawniczej Patrimonium
    Krzysztof Boszko – adwokat, arbiter i mediator, partner Firmy Adwokackiej – Łepkowski, Boszko i Wspólnicy – Spółki Partnerskiej, Sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej
    Marcin Bachman – mediator, radca prawny z Kancelarii Radcy Prawnego Marcina Bachmana.
    Piotr Nowaczyk – adwokat, mediator, partner kancelarii Salans
    Monika Kolbus – doktorantka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej

    Share

    71 spośród 108 czyli 76% nominowanych w dniu 5 lutego 2010 r. sędziów to kobiety (poprzedni wskaźnik z lipca 2009 r. 67%). Feminizacja zawodu sędziego utrwala się i postępuje. To bardzo źle. Nalezy podjąć społeczną akcję nakazującą Prezydentowi nominowanie sędziów według parytetu płci (może Partia Kobiet by taką akcję zainicjowała ? ).

    Sfeminizowanie zawodu sędziego zaprzecza tezom środowisk feministycznych, że większy udział kobiet w polityce jest uzasadniony i przyczyni się do poprawienia jej jakości. Skoro w obszarze “trzeciej władzy” wskaźnik udziału kobiet przekracza już rozsądne granice i zbliża się do 70% (w ostatnich nominacjach, bo w poprzednich było więcej) – to czas najwyższy zastanowić się, czy feminizacja zawodu sędziego nie jest przypadkiem jedną z przyczyn bardzo złej oceny sądów i sędziów przez opinię publiczną i obniżającego się poziomu orzecznictwa sądowego powodującego przegrywanie przez Polskę kolejnych procesów w Starsburgu ?

    Teza niepoprawna politycznie – ale powinna zostać socjologicznie zbadana.

    Srodowisk feministycznych i tak się nie zadowoli, feminoteka – portal poświęcony prawom kobiet narzeka, że za mało jest kobiet w Sądzie Najwyższym i Trybunale Konstytucyjnym:

    Z danych zebranych przez Feminotekę na potrzeby Kongresu Kobiet możemy się dowiedzieć, iż w sądownictwie kobiety przeważają wśród sędziów, prezesów i wiceprezesów sądów, zwłaszcza w sądach niższego szczebla. Potwierdza się jednak zasada, że im wyższe stanowisko, tym kobietom trudniej je zajmować; kobiety stanowią bowiem zdecydowaną mniejszość wśród sędziów Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Najbardziej sfeminizowany jest okręg włocławski, gdzie na 91 sędziów aż 63 to kobiety.

    To nieco napawa optymizmem, skoro sędziowie sami decydują o sobie a mimo to ponad 70% kobiet w sądownictwie nie zapewnia kobietom awansów, to znaczy, że panie zachowały resztki rozsądku.

    Sąd Ostateczny

    Joanna Podgórska

    Polacy wnieśli przed Trybunał w Strasburgu ponad 34 tys. skarg. W tych sprawach widać, gdzie najmocniej iskrzy między państwem a obywatelem; w sądach, więzieniach, w kwestii wolności słowa i nadmiernej presji ideologicznej.

    Czy wolno obrażać Jana Pawła II – na to pytanie odpowiedź przyniesie sprawa Urban przeciwko Polsce, którą w ostatnich dniach Trybunał zakomunikował polskiemu rządowi. Oznacza to, że skarga została przyjęta i będzie rozpatrywana. Chodzi o felieton Jerzego Urbana „Obwoźne sado-maso” z 2002 r. o papieskich pielgrzymkach. Sprawa wydawałoby się zapomniana, ale żeby złożyć skargę do Trybunału, trzeba najpierw wyczerpać ścieżkę krajową. Dlatego wiele głośnych spraw, wokół których toczyły się spory, dopiero po latach zyskuje puentę w postaci strasburskiego wyroku. Podobnie będzie ze sprawą Andrzeja Leppera, skazanego przez polskie sądy za zniesławienie polityków w 2001 r., sprawą dr. Mirosława Garlickiego czy Anny Gąsior, skazanej za zniesławienie Zbigniewa Wassermanna.

    Klony przeciwko Polsce

    Absolutny numer jeden na liście spraw polskich w Strasburgu to jednak prawo do rzetelnego procesu. Polskę skarżono w kwestiach dostępu do obrońcy z urzędu, zbyt wysokich opłat sądowych, ale przede wszystkim – o przewlekłość postępowania. Do Strasburga trafiały sprawy, które przed polskimi sądami ciągnęły się ponad 20 lat. Przegrywaliśmy je hurtowo, płacąc wysokie odszkodowania. Dlatego w 2004 r. przyjęto ustawę pozwalającą skarżyć się na przewlekłość postępowania w kraju. Ten środek był początkowo średnio skuteczny, bo sądy co prawda przyznawały rację skarżącym, ale nie zasądzały odszkodowań. Dopiero po kolejnych wyrokach w Strasburgu to się zmieniło.

    – Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem tak zwanej sprawy klonowej, czyli takiej, w której Trybunał stwierdza, że nie jest to pojedynczy przypadek naruszenia Konwencji, ale problem systemowy, który należy rozwiązać poprzez zmiany prawne – tłumaczy Adam Bodnar, sekretarz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Tak było na przykład w przypadku spraw o odzyskanie mienia zabużańskiego.

    Ostatnia sprawa klonowa Kauczor przeciwko Polsce, zakończona w lutym ubiegłego roku, dotyczy nadużywania tymczasowego aresztu. W 2007 r. Trybunał stwierdził naruszenie Konwencji w 32 tego typu sprawach, w 2008 r. – w 33, a kolejnych 90 zostało zakomunikowanych rządowi. Sprawa Adama Kauczora była rekordowa: podejrzany o morderstwo i nielegalne posiadanie broni przesiedział w tymczasowym areszcie prawie 8 lat. Trybunał przyznał mu 10 tys. euro odszkodowania, a w wyroku stwierdził, że problem ma charakter strukturalny.

    Kolejnym klonem może stać się lustracja. 6 spraw Polska już przegrała, a kolejnych 5 zostało zakomunikowanych rządowi. Do Strasburga skarżyli się m.in. usunięta z zawodu sędzia, sędzia pozbawiona przywilejów emerytalnych, kandydat do Parlamentu Europejskiego. Za każdym razem Trybunał uznał, że w procesach lustracyjnych złamana została zasada równości broni. Brak pełnego dostępu do tajnych akt nie gwarantuje oskarżonym wystarczającego prawa do obrony. – Lista tych spraw będzie coraz dłuższa, a rząd polski na razie wyroki strasburskie ignoruje. Zasady postępowania w procesach lustracyjnych nie zmieniły się, a to oznacza, że każdy, kto po zakończeniu postępowania w kraju wniesie skargę do Strasburga, ma sprawę wygraną – twierdzi Paweł Osik z zespołu Prawa Człowieka a Rozliczenia z Przeszłością w Fundacji Helsińskiej.

    Więźniowie przeciwko Polsce

    Niedawno głośno było o sprawie Pawła J., więźnia, któremu odmówiono prawa do ślubu. „Związek zaczął się i rozwijał w sposób nielegalny, poprzez przesyłanie grypsów i z punktu widzenia społecznej rehabilitacji skazanych nie jest godzien ochrony prawnej” – stwierdziły władze więzienne. Wszelkie odwołania okazały się nieskuteczne, więc Paweł J. poskarżył się do Strasburga i wygrał. Trybunał upomniał Polskę, że więzienie nie oznacza pozbawienia człowieka podstawowych praw i wolności, a powodem odmowy zgody na ślub mogą być jedynie przeszkody wymienione w kodeksie rodzinnym.

    W Strasburgu wygrywali już więźniowie skarżący się na warunki, przeludnienie, dostęp do świadczeń medycznych, poniżające traktowanie. Wygrał więzień, któremu odmówiono przepustki na pogrzeb ojca, a także inny, któremu klawisze pozwolili głosować w wyborach, pod warunkiem, że rozbierze się do naga. Najcięższy kaliber miała sprawa Dzieciak przeciwko Polsce, bo złamany został artykuł 2 Konwencji, czyli prawo do życia. Gdy Zbigniew Dzieciak przebywał w areszcie, szpital trzykrotnie wyznaczał termin operacji ratującej mu życie. Więzień zamiast trafić do szpitala, brał udział w rozprawach. Za trzecim razem prokurator przetrzymał w aktach list z planowaną datą zabiegu i korespondencja dotarła do aresztu po terminie. Człowiek zmarł. Trybunał nie tylko przyznał żonie odszkodowanie, ale też stwierdził, że Polska nie była w stanie efektywnie przeprowadzić śledztwa w tej sprawie.

    – Oczywiście więzienie to nie sanatorium, ale jest granica między karą pozbawienia wolności a traktowaniem więźniów jak podludzi pozbawionych wszelkich praw. I u nas jest ona zbyt często przekraczana – mówi Monika Gąsiorowska, adwokatka, która brała udział w kilkudziesięciu procesach przed Trybunałem strasburskim.

    Polacy skarżą się do Trybunału także na brutalność policji. W 2007 r. uznał on, że Polska złamała zakaz tortur. W czerwcową noc, w podwarszawskich Markach, Dariusz Dzwonkowski pił z kolegami pod sklepem. Zachowywali się głośno, ktoś wezwał policję. Funkcjonariusze zakuli mężczyzn w kajdanki i kazali położyć się na ziemi. Dzwonkowski się stawiał. Twierdzi, że policjanci go pobili. Policjanci twierdzą, że pobił się sam, specjalnie waląc głową o krawężnik. Prokurator uwierzył, że Dzwonkowski sam złamał sobie rękę, żuchwę i doprowadził do pęknięcia oczodołu. Ten poskarżył się do Strasburga i wygrał 10 tys. euro.

    Przed Trybunałem wygrali także wrocławscy squatersi, do których o trzeciej nad ranem wpadła policja, by wyjaśnić, dlaczego przed squatem stoi niezamknięty samochód (sprawa Rachwalski i Ferenc przeciwko Polsce). Policjanci kazali wszystkim ustawić się pod ścianą, wyzywali od hołoty, brudasów i pedałów, dwie osoby pobili, przeszukali budynek bez nakazu. Polska prokuratura uznała, że postępowanie policjantów było uzasadnione. Według Trybunału, Polska złamała zakaz nieludzkiego i poniżającego traktowania oraz prawo do poszanowania życia prywatnego. Squat to też dom, cokolwiek policja myśli na ten temat.

    Słowo przeciwko Polsce

    Ostatni wyrok z artykułu 10 Konwencji, o swobodzie wypowiedzi i wolności prasy, dotyczy pieska Reksia. Skargę złożono przed 10 laty. Wówczas firma Star Foods prowadziła agresywną kampanię reklamową chipsów, zamieszczając na paczkach nalepki z kontrowersyjnymi hasłami. Jedno z nich głosiło, że Reksio jest mordercą. „Angorka”, dodatek dziecięcy do tygodnika „Angora”, zamieścił wówczas rysunek, na którym chłopiec zwraca się do Reksia: „Nie martw się, też byłbym mordercą, gdybym jadł to świństwo”. Firmie Star Foods „świństwo” się nie spodobało, a polskie sądy przyznały, że tygodnik naruszył dobre imię spółki. Trybunał jednak uznał, że skoro kampania skierowana do dzieci zawierała treści dla nich nieodpowiednie, to sprawa jest ważna społecznie, a wówczas media mają prawo do przesady i prowokacji.

    To już drugi proces wygrany przez „Angorę” w Strasburgu. Poprzedni dotyczył sprawy porwania córki marszałka Sejmu Macieja Kerna. Tygodnik napisał, że nadużył on w tej sprawie stanowiska i dostarczał mediom kłamliwych informacji. Polski wymiar sprawiedliwości uznał to za zniesławienie, Strasburg za głos dopuszczalny w publicznej debacie.

    Precedensowe znaczenie miał także ubiegłoroczny wyrok w sprawie Wojtas-Kaleta przeciwko Polsce. Dziennikarka wrocławskiego oddziału TVP Helena Wojtas-Kaleta skrytykowała na łamach „Gazety Wyborczej” decyzję o zdjęciu z anteny dwóch programów poświęconych muzyce klasycznej i podpisała list otwarty przeciwko zastępowaniu kultury „pseudomuzycznym kiczem”. Od władz telewizji dostała naganę za naruszenie dobrego imienia pracodawcy, a sądy obu instancji zgodziły się z tą opinią, twierdząc, że zachowała się nielojalnie. W ocenie Trybunału, obowiązek lojalności wobec pracodawcy nie ma mocy wiążącej wobec dziennikarzy, bo istotą tego zawodu jest przekazywanie informacji i opinii. Mają zatem nie tylko prawo, ale i obowiązek komentowania spraw o znaczeniu publicznym. Stwierdził także, że skoro kraj zdecydował się na stworzenie systemu mediów publicznych, to musi zagwarantować w nim pluralizm poglądów.

    – Polska zazwyczaj przegrywa w Strasburgu sprawy związane ze swobodą wypowiedzi. Problemem jest obowiązujące u nas prawo, a konkretnie artykuł 212 kodeksu karnego, zgodnie z którym za pomówienie osoby czy instytucji grozi kara więzienia – mówi Dominika Bychawska z Obserwatorium Wolności Mediów. Podejrzanego w takich sprawach traktuje się jak najgroźniejszego przestępcę. Policja pobiera odciski palców, robi zdjęcie do kartoteki, może przeszukać dom (niedawno drukowaliśmy na ten temat Raport Bianki Mikołajewskiej – POLITYKA 41/09). – W jednym z wyroków Trybunał nie powiedział co prawda wprost, że artykuł 212 jest sprzeczny z Konwencją, ale uznał, że jest nieproporcjonalnie dolegliwy, a zawód dziennikarza wymaga ochrony. Niestety, polskie sądy nie biorą tego orzeczenia pod uwagę – dodaje Bychawska.

    W Polsce przyjęło się przekonanie, że politycy wymagają szczególnej ochrony przed zniesławieniem, podczas gdy w praktyce europejskiej jest wręcz przeciwnie. Wobec polityków wolno więcej. Dlatego wyrok w sprawie Andrzeja Leppera, który z trybuny sejmowej zniesławił kilku znanych polityków, może być zaskoczeniem. W Strasburgu dochodzi także sprawiedliwości Wanda Gąsior, którą polski sąd uznał za winną zniesławienia Zbigniewa Wassermanna, gdy nazwała go oszustem, bo nie zapłacił jej zięciowi za wykonaną pracę (montował m.in. słynną wannę z hydromasażem).

    Aborcja, geje, etyka

    Sprawa Alicji Tysiąc, której odmówiono legalnej aborcji, bez możliwości odwołania się od tej decyzji, była bodaj najgłośniejszym w Polsce strasburskim wyrokiem. Pierwszym, ale nie ostatnim, bo lada moment może zapaść wyrok w podobnej sprawie R.R. przeciwko Polsce. W tym przypadku kobietę zmuszono do urodzenia dziecka z wadą genetyczną. Strasburg zakomunikował polskiemu rządowi także sprawę Agaty Lamczak. Może być jeszcze głośniejsza niż sprawa Alicji Tysiąc, bo tu wchodzi w grę złamanie artykułu o prawie do życia. U 25-letniej Agaty zdiagnozowano wrzodziejące zapalenie jelita grubego, gdy była w ciąży. Choć stan jej zdrowia drastycznie się pogarszał, a kobieta skarżyła się na silne bóle, lekarze koncentrowali się głównie na ciąży. Nie przeprowadzili pełnych badań, bo nie pozwalało im na to sumienie. Byli głusi na żądania matki i narzeczonego, by leczyć Agatę bez względu na konsekwencje dla płodu, a wijącej się z bólu kobiecie zalecali, żeby bardziej przejmowała się dzieckiem niż „własnym tyłkiem”. Po czterech miesiącach męczarni Agata zmarła. Wcześniej obumarł płód.

    Wyrok w sprawie Tysiąc przeciwko Polsce wszedł do międzynarodowego orzecznictwa. Niedawno został przywołany w sprawie ABC przeciwko Irlandii. Trybunał zalecił Polsce stworzenie ścieżki prawnej, która pozwoli odwołać się od decyzji lekarza i faktycznie takie rozporządzenie weszło w życie. Według Wandy Nowickiej, szefowej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, jest ono jednak niejasne, niespójne i dopiero przyszłość pokaże, jak działa w praktyce.

    Wyrok w sprawie Bączkowski i inni przeciwko Polsce, dotykający innego obszaru ideologicznego sporu, faktycznie zmienił polską praktykę. Poszło o zakazanie Parady Równości w 2005 r. przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. Decyzję tłumaczył względami bezpieczeństwa, aprobując w tym samym dniu sześć innych zgromadzeń, m.in. pod hasłami: „Przeciwko propagowaniu związków partnerskich” czy „Chrześcijanie respektujący prawa Boże to obywatele pierwszej kategorii”. Trybunał jednomyślnie stwierdził naruszenie Konwencji i nie pozostawił wątpliwości co do tego, że mniejszości seksualne mogą korzystać z wolności zgromadzeń. – Od tego czasu nie zakazano ani jednej parady czy marszu, choć jest ich coraz więcej – przyznaje Yga Kostrzewa z fundacji Lambda, jedna ze skarżących. – Nie chcieliśmy odszkodowania, tylko jasnego komunikatu, że Polska ma przestrzegać praw człowieka. Dla nas ten wyrok ma nie tylko znaczenie praktyczne, ale i symboliczne.

    Na rozpatrzenie w Strasburgu czeka inna sprawa dotycząca osób homoseksualnych: Kozak przeciwko Polsce. Trybunał ma rozstrzygnąć, czy skarżący ma prawo odziedziczyć lokal socjalny po zmarłym partnerze.

    Spór o etykę w szkołach ciągnie się od lat. Od lat też czeka w Strasburgu na rozstrzygnięcie sprawa Grzelak przeciwko Polsce. Wyrok prawdopodobnie zapadnie w tym roku. Syn państwa Grzelaków, zgodnie z wolą rodziców, nie brał udziału w zajęciach z religii. Jednocześnie okazało się, że w mieście, gdzie mieszkają, nie ma ani jednej szkoły, która organizowałaby alternatywne zajęcia z etyki. Chłopiec spędzał czas na korytarzu lub w bibliotece. Ze względu na dyskryminację fizyczną i psychiczną dwukrotnie zmieniał szkołę. Rodzice skarżyli się do wszystkich możliwych instytucji w Polsce, ale bezskutecznie. Gdyby wyrok Trybunału był dla nich pozytywny, byłoby to dobitne stwierdzenie, że prawo do nauczania etyki w polskich szkołach jest iluzoryczne. Inna rzecz, że dla Grzelaków nie będzie to już miało praktycznego znaczenia. Ich syn niedługo kończy szkołę średnią.

    – My już swoje przeszliśmy, ale mimo wszystko ta sprawa dalej ma dla mnie sens – deklaruje Czesław Grzelak. – Inne dzieci są w tej samej sytuacji, może moje wnuki też będą. Poza tym chodzi mi o to, żeby konstytucja nie była traktowana jak śmieć.

    Co mamy za paznokciami

    Zdaniem Adama Bodnara, poprzez strasburskie sprawy widać, co który kraj ma za paznokciami. We Francji i Włoszech są to głównie kwestie związane z emigrantami, w Czechach i na Słowacji problem romski, w Bułgarii – przemoc stosowana przez policję. – U nas to nadmierny wpływ Kościoła katolickiego na sferę publiczną, a dokładnie rzecz biorąc, postawy polityków, którzy mu ulegają, by nie stracić części elektoratu.

    Od momentu ratyfikowania Konwencji Polacy zgłosili do Trybunału w Strasburgu ponad 34 tys. spraw. To nam daje drugie miejsce po Rosji. Jeśli brać pod uwagę liczbę rozpatrywanych obecnie spraw, jesteśmy na szóstym miejscu, wyprzedzani m.in. przez Rosję, Turcję i Ukrainę. Większość skarg jest odrzucana, bo nie spełnia podstawowych warunków formalnych (minęły terminy lub ścieżka krajowa nie została wyczerpana). Tylko 7 proc. Polaków korzysta z pomocy prawnej przy składaniu wniosków. Tak czy inaczej, Trybunał jest u nas traktowany jako coś w rodzaju czwartej instancji.

    – Z jednej strony jest postrzegany przez obywateli jako ostatnia deska ratunku, a z drugiej jako straszak – mówi Monika Gąsiorowska. – Znam przypadki, że sędzia nie skończy jeszcze czytać uzasadnienia wyroku, a człowiek wybiega z sali grożąc Strasburgiem.

    Według Bodnara, mit strasburski w Polsce bierze się także z nieufności obywateli wobec państwa. Wygrać z Polską w Strasburgu to prawdziwa satysfakcja. Inna rzecz, że polski wymiar sprawiedliwości temu sprzyja. To złe przepisy i niechlujstwo prawne napędzają liczbę skarg. – Strasburg nie jest od rozwiązywania wielkich problemów – mówi. – Jego wyroki pokazują, gdzie system prawny zgrzyta, co należy naprawić, podregulować. Można powiedzieć, że tuninguje system. Tworzy pojęcia i standardy prawne, do których można się odwoływać.

    Dzięki wyrokom Trybunału zmieniono choćby przepisy o izbach wytrzeźwień, wprowadzono skargę na przewlekłość postępowania, rozwiązano kwestię mienia zabużańskiego. Ale kolejna pula spraw czeka w kolejce do naprawy. Nie tylko lustracja, ale choćby kwestia praw rozwiedzionych rodziców, którzy nie mogą wyegzekwować przyznanych przez sądy kontaktów z dziećmi. Precedensowa może stać się sprawa Moskal przeciwko Polsce. Skarżyła się kobieta, której ZUS błędnie przyznał świadczenia i z dnia na dzień je odebrał. Wyrok strasburski przyznał, że państwo naruszyło jej zaufanie, zachowało się nieprzewidywalnie, a obywatel ma prawo do dobrej administracji. Podobnych spraw jest około 150. Przełomowy będzie także wyrok w zakomunikowanej już sprawie Kędzior przeciwko Polsce, w której chodzi o ubezwłasnowolnienie. Takich przypadków jest coraz więcej i wygląda na to, że ubezwłasnowolnienie stało się u nas poręcznym narzędziem, pozwalającym rodzinie pozbyć się niechcianego członka. Wyrok może podważyć obowiązujące procedury.

    – Przypuszczam, że niedługo mogą trafić do Strasburga sprawy związane z przemocą wobec kobiet. Jest już precedens Opuz przeciwko Turcji, w którym ofiara przemocy domowej nie dostała od państwa opieki i nadal była maltretowana. Podobnych przypadków jest w Polsce sporo. Prędzej czy później będzie też skarga na obecność krzyży w instytucjach państwowych – przewiduje Adam Bodnar.

    Przegrane strasburskie wpływają fatalnie na wizerunek kraju, dlatego polski rząd coraz częściej idzie ze skarżącymi na ugodę; w sprawach oczywistych, gdzie przegrana jest pewna, ale też w takich, których nie chce nagłaśniać medialnie. Inna rzecz, że z nagłaśnianiem bywa różnie. Do opinii publicznej przebijają się nieliczne sprawy. Czasem urzędnik, który faktycznie zawinił, nawet nie wie, że zapadł wyrok. To państwo jest oskarżone i ono płaci za błąd. A media nie piszą, że Polska znów przegrała. Przecież ciągle przegrywa, co to za news.

    Źródło: Polityka.pl

    sędzia śledczy 150Swego czasu, w artykule reforma prokuratury, pisałem o konieczności wprowadzenia do polskiego systemu procedury karnej instytucji sędziego śledczego, zarzucając ówczesnemu kierownictwu ministerstwa sprawiedliwości, że proponowana reforma prokuratury nie uwzględnia konieczności zreformowania całości systemu.

    Opublikowanie tekstu o potrzebie poruszenia kwestii systemowej reformy wymiaru sprawiedliwości podczas prezydenckiej kampanii wyborczej 2010 r. skłoniła mnie do jego ponownej publikacji.

    W środowisku prawniczym, dyskusja o konieczności przywrócenia polskiemu systemowi prawnemu, znanej w okresie międzywojennym instytucji sędziego śledczego, toczy się od dawna. Zdania w tej sprawie są podzielone (jak to zazwyczaj wśród prawników bywa). Dlatego też bardzo mnie ucieszył artykuł Prof. Zbigniewa Safjana, (który jest niekwestionowanym autorytetem dla prawników), opublikowany w Newsweek’u. Profesor Zbigniew Safjan pisze:

    Zapowiedź zmian w odniesieniu do prokuratury to ważny krok do przodu. Za znacznie ważniejszą od oddzielenia funkcji prokuratora i ministra sprawiedliwości uważam jednak ideę przywrócenia sędziego śledczego jako rzeczywistego gwaranta praw podejrzanych w postępowaniu przygotowawczym – czasem powrót do dobrych i sprawdzonych rozwiązań międzywojennych jest doprawdy lepszy niż wymyślanie zupełnie nowych konstrukcji. [Newsweek Nr 01/08, str. 52]

    Instytucja sędziego śledczego znana była polskiej procedurze karnej od 1928 r. do 1949 r. oraz znana jest bodaj większości europejskich systemów prawnych. W Polsce począwszy od 1928 r.

    Śledztwo (…) prowadzone było przez sędziego śledczego i sąd grodzki. Stronami w tym postępowaniu byli prokurator oraz oskarżony. Prokurator składał do sędziego śledczego wniosek o przeprowadzenie śledztwa. W przypadku, gdy sędzia śledczy nie zgadzał się z wnioskiem prokuratora, przedstawiał sprawę do rozstrzygnięcia sądowi okręgowemu. Prokurator miał prawo składania wniosków, które sędzia śledczy miał obowiązek rozpoznać. Wniosek prokuratora o uchylenie lub złagodzenie środka zapobiegawczego był dla sędziego śledczego wiążący. Prokurator miał prawo być przy wszystkich czynnościach śledczych. Sędzia śledczy, jeżeli prokurator tego zażądał lub na to się godził, miał prawo umorzyć śledztwo. Jeżeli prowadzone śledztwo dostarczyło podstaw do wniesienia aktu oskarżenia sędzia śledczy, po przesłuchaniu podejrzanego i zaznajomieniu go z materiałami sprawy, zamykał śledztwo i przesyłał sprawę prokuratorowi, który sporządzał akt oskarżenia.Nowela do kodeksu postępowania karnego z 1938 r. upoważniła prokuratora i policję do dokonywania czynności śledczych w przypadkach, gdy uznają to za niezbędne dla ratowania śladów i dowodów przestępstwa.Ustawa z dnia 27 kwietnia 1949 r. o zmianie przepisów postępowania karnegoa zniosła instytucję sędziego śledczego [cyt. za Zarys historii prokuratury w Polsce].

    W toczącej się dyskusji, pośród publicystów i praktyków, większość zdaje się opowiadać za przywróceniem instytucji sędziego śledczego.

    Zmianą fundamentalną byłoby jedynie postulowane ostatnio w niektórych środowiskach przywrócenie instytucji sędziego śledczego, którą zlikwidowała w 1949 r. tzw. władza ludowa. Prawdziwie niezawisły, bo pozbawiony zwierzchnictwa, które wpływa tak zabójczo na funkcjonowanie prokuratury, byłby on odporny na niedozwoloną presję czy zakulisowe wpływy.

    Jak powiedział mi kiedyś jeden z prokuratorów, do tak umocowanego funkcjonariusza państwowego przedstawiciel prokuratury nie odważyłby się przyjść z kiepsko uzasadnionym wnioskiem podsuniętym przez policję czy służby specjalne, bo zostałby wyrzucony za drzwi lub wydrwiony. Przez swoje bliższe usytuowanie wobec stron postępowania karnego niż sąd powszechny sędzia śledczy mógłby trafniej rozpoznać wniosek o tymczasowe aresztowanie.

    Tajemnicą poliszynela jest, że sądy na posiedzeniach aresztanckich wyjątkowo rzadko odrzucają wnioski prokuratury o aresztowanie podejrzanych. Tak dzieje się praktycznie tylko wtedy, gdy śledztwo towarzyszy medialna wrzawa. Tym sposobem areszt stosowany bywa niejednokrotnie w nieuzasadnionych przypadkach. [Cyt. za: Jarosław Jakimczyk - Sędzia śledczy odpolityczni prokuraturę ?].

    Jednakże nie brak jest także głosów przeciwnych, zwłaszcza ze strony prokuratorów

    Wprowadzenie instytucji sędziego śledczego prowadziłoby do konieczności rewolucyjnej zmiany modelu postępowania karnego, na którą nasz wymiar sprawiedliwości i aparat ścigania nie jest w żaden sposób przygotowany. Propozycja implementacji sędziego śledczego jest protezą tego, co powinno być rzeczywiście przeprowadzone, tzn. zapewnienia realnej niezależności i samodzielności prokuratorów.(…)
    Zdecydowanie korzystniejszy jest dzisiejszy system samodzielności prokuratora jako gospodarza postępowania przygotowawczego, poddanego jednak w najistotniejszych kwestiach kontroli niezawisłego sądu. System ten należy tylko wzmocnić przez faktyczne ustawowe, a najlepiej konstytucyjne, gwarancje niezależności prokuratorskiej.
    Reasumując: wymiar sprawiedliwości to w gruncie rzeczy nie pole na radykalne reformy, lecz miejsce na stanowcze, ale bardzo przemyślane zmiany mające służyć minimalizacji wpływu negatywnych czynników politycznych lub innych (np. korupcyjnych) na funkcjonowanie aparatu ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Zamiast przeprowadzać systemowe trzęsienie ziemi, np. przywracając sędziego śledczego, zamiast nakładać na nieprzygotowane do tego sądy kolejne obowiązki, należy tak zreformować prokuraturę, by mogła się stać niekwestionowanym przez nikogo strażnikiem praworządności. [Michał W. Węglowski - Sędzia śledczy, czyli temat zastępczy; Rzeczpospolita].

    Należę do tych prawników, którzy są zdecydowanymi zwolennikami przywrócenia instytucji sędziego śledczego, dlatego tak pozytywnie przyjąłem cytowaną na wstępie wypowiedź Prof. Zbigniewa Safjana. Jednakże temat jest istotnie trudny i dyskusyjny. Dlatego właśnie zapraszam do publicznej debaty w tej sprawie wszystkich prawników odwiedzających bloga MacLawye®.

    Przywrócenie instytucji sędziego śledczego przewidują też założenia reformy polskiego systemu wymiaru sprawiedliwości, jakie MacLawye® zaprezentował u progu debaty publicznej kandydatów na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w kampanii wyborczej 2010 r. [Czytaj Tutaj]

    jmm

    Share

    Vagla u Tuska 150Donald Tusk spotkał się z Internautami. (W zasadzie, spotkanie jeszcze tra). Po wystąpieniu Piotra Waglowskiego można było spokojnie wyłączyć komputer i przestać się całym tem medialnym show interesować. Vagla zwrócił uwagę, że Pan Premier przyznał, iż uzasadnienie projektu ustawy, o której Pan Premier z Internautami dyskutuje jest dopiero pisane (a to by oznaczało, że treść projektu rząd przyjął bez uzasadnienia); oraz zwrócił uwagę, że w Internecie, rząd nie opublikował treści projektu ustawy.

    No to jeśli Vagla ma rację – a zazwyczaj ma – znaczyłoby, że rząd Donalda Tuska projekt ustawy przyjął bezmyślnie, Internautom nie dał możliwości zapoznania się z jego treścią; a całe spotkanie nagłośnione i na żywo transmitowane w Internecie jest po to tylko, żeby Panu Premierowi parę punktów w sondażach podskoczyło (jak zwykle zresztą).

    Zobacz, co powiedział Vagla:

    A tak wyglądał czat z Premierem:

    W relacji na stronach KPRM napisano:

    Donald Tusk zaznaczył, że konieczna jest walka z przestępczością, występującą zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. – W interesie wszystkich jest, żeby to, co jest przestępczością w świecie realnym, nie pleniło się w świecie wirtualnym, bo nie znajdziemy skutecznych sposobów ścigania – podkreślił. – Dla przestępczości w Internecie nie może być większej swobody i tolerancji tylko dlatego, że to Internet – wyjaśnił Donald Tusk.

    Tyle tylko, że Tusk nie wyjaśnił dlaczego przestępstw internetowych nie można ścigać przy użyciu instytucji procedur karnych a regulacje Internetu mają być pomieszczone w ustawie hazardowej ???

    A może przystąpić do pracy nad kompleksowym “Prawem Internetu” – teoretycznie pomysł dobry, ale rządowi legislatorzy pewnie zafundowaliby Internautom takie prawo, że komputery same by się spaliły (ze wstydu).

    W czasach gdy kodyfikacje były wprowadzane do systemu prawnego w drodze rozporządzeń z mocą ustawy, wydawanych przez prezydenta, były opracowywane przez wąskie grono specjalistów; rządowy proces legislacyjny, uzgodnienia międzyresortowe oraz późniejsze poprawki, które może zgłosić każdy poseł, raczej wykluczają stworzenie “Prawa Internetu” w jednej ustawie – chyba, że z inicjatywą wystąpiłby przyszły prezydent…

    Share

    Jerzy Marcin Majewskipobierz w formacie pdf

    Reformować czy150Ten artykuł nie jest tekstem referującym program Andrzeja Olechowskiego jako kandydata na prezydenta w wyborach 2010 r. Jest to raczej tekst postulatywny, uzasadniający potrzebę wprowadzenia do kampanii prezydenckiej debaty publicznej w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości i nadania tej problematyce wysokiego priorytetu w debacie oraz wyjaśniający, dlaczego pośród wszystkich kandydatów w wyborach 2010 r. właśnie Andrzej Olechowski powinien to uczynić.

    Dlaczego debatę o reformie wymiaru sprawiedliwości należy zainicjować w toku prezydenckiej kampanii wyborczej ?

    Odpowiedź wydaje się być prosta. Bo to temat ważny, bo badania opinii publicznej pokazują zatrważający brak społecznego zaufania do sądów. Wymiar sprawiedliwości jest elementem ustrojowej zasady trójpodziału władzy. Jeśli zatem źle funkcjonuje, to niesie to zagrożenie dla całego państwa i jego demokratycznego porządku a to są właśnie sprawy do rozwiązania dla przyszłego prezydenta.

    Rządowe próby zreformowania sądownictwa kończą się zazwyczaj fiaskiem. Ich wprowadzeniu nie sprzyja ani rządowy system legislacji i żmudnych uzgodnień międzyresortowych każdego projektu ustawy ani bieżący spór parlamentarny w trakcie którego zgłaszane przez posłów poprawki do projektów ustaw są w stanie zepsuć każdy spójny system.

    Kiedy rząd Hanny Suchockiej postulował wprowadzenie sądów grodzkich, skończyło się na wyodrębnieniu w sądach wydziałów grodzkich – czyli w praktyce na zmianie mosiężnych tabliczek na drzwiach sądowych wydziałów – reforma padła, zanim się zaczęła.

    Gdy rząd Donalda Tuska walczył o rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, postulował zniesienie prokuratur apelacyjnych – rząd sam się z tego projektu wycofał wobec oporu środowiska prokuratorskiego, zapominając, że prokuratorzy apelacyjni mogliby przejściowo z mocy ustawy zostać sędziami śledczymi – ale postulat przywrócenia w polskim systemie prawa karnego instytucji sędziego śledczego, mimo że popierają go wszystkie środowiska prawnicze, został odłożony ad calendas grecas, podobnie jak postulat wprowadzenia zasady, że zawód sędziego powinien być koroną zawodów prawniczych.

    Żaden rząd nie wprowadzi reformy wymiaru sprawiedliwości. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że urzędnikami ministerstwa sprawiedliwości są w dominującej części sędziowie, oddelegowani do pracy w ministerstwie; a sędziowie (podobnie zresztą jak adwokaci i prokuratorzy) żadną reformą zainteresowani nie są.

    Dlaczego sędziowie nie doprowadzą do systemowej reformy sądownictwa ? Ponieważ musieliby zgodzić się i wyeliminować z prawa o ustroju sądów powszechnych te przepisy, które stwarzają i sankcjonują w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości zasadę sędziowskiego korporacjonizmu. Zasada sędziowskiego korporacjonizmu sprowadza się do tego, że wszelkie decyzje o administrowaniu sądami, o awansach sędziów, przydziałach do wydziałów, ocenie ich pracy – oddane są w ręce samych sędziów. Innymi słowy: o ile konstytucyjna zasada dwuinstancyjności jest jakimś tam gwarantem praworządności rozstrzygnięć sądowych, to sama praca sędziów, jej jakość, poziom wydawanych orzeczeń, kultura (lub jej brak) jaką sędzia wprowadza na sali sądowej, żadnej kontroli nie podlegają i są oceniane przez samych sędziów. Jakakolwiek próba kontroli administracyjnych czynności sędziów bądź jakości ich pracy odbierana jest przez środowisko sędziowskie jako zamach na konstytucyjna zasadę sędziowskiej niezawisłości.

    Środowiska prawnicze są ze swej natury konserwatywne i nie akceptują zbyt lekko proponowanych zmian systemowych w wymiarze sprawiedliwości, co więcej, wzajemne skłócenie środowisk prawniczych – sędziów, prokuratorów, adwokatów i radców prawnych – powoduje, że postulowane przez te środowiska zmiany systemowe uwzględniają jedynie ochronę własnych partykularnych interesów bieżących, bez dalekosiężnej wizji zreformowania całości systemu.

    Mimo, że usprawnienie działania sądów i całego systemu organów ochrony prawnej, jest zazwyczaj hasłem programowym wszystkich partii politycznych, to jednak zarówno w programach wyborczych jak i później, w wypadku objęcia władzy, politycy ograniczają się do zmian cząstkowych, nie mających istotnego znaczenia dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości jako całości. Częstokroć, dla realizacji swoich celów politycznych, bądź dla czystej propagandy, partie prezentują różne skrajnie przeciwne koncepcje (PO i PiS przy rozdzielaniu funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości), zmieniając te koncepcje w zależności od bieżącej sytuacji politycznej. Właśnie dlatego systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości powinna być w pewnym sensie wyłączona spod bieżącego sporu parlamentarnego. Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. powinien zapowiedzieć, że w wypadku ich wygrania, jako Prezydent RP, w tym obszarze legislacji podejmie inicjatywę ustawodawczą, zapowiadając podjęcie kompleksowych prac nad projektem zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości, obejmującym więcej niż jedną kadencję parlamentu a nawet więcej niż jedną kadencję prezydencką. Po prostu reformy systemowej wymiaru sprawiedliwości z dnia na dzień wprowadzić się nie da; nie da się także wprowadzić takiej reformy jednym cząstkowym rozwiązaniem. Reforma systemowa powinna bowiem objąć nie tylko prawo o ustroju sądów powszechnych ale także procedury (zarówno cywilną jak i karną), prawo o adwokaturze i wykonywaniu zawodu radcy prawnego (zmierzające do unifikacji tych zawodów i wprowadzenia spójnego systemu kształcenia prawników, w którym zawód sędziego staje się koroną zawodów prawniczych), itp.

    Czy wprowadzenie do programu politycznego w wyborach prezydenckich sprawy reformy wymiaru sprawiedliwości jest „opłacalne” z punktu widzenia efektu wyborczego ? Otóż nie jest prawdą, że kwestie związane z działaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości nie interesują polskiego wyborcy. Chociaż można się zgodzić z tezą, że z punktu widzenia wyborcy, z punktu widzenia obywatela jest wiele kwestii ważniejszych, to z punktu widzenia demokratycznego systemu władzy państwowej w Polsce jako państwa prawa, nie ma ważniejszej sprawy niż reforma wymiaru sprawiedliwości. Polski wyborca jest na tyle świadomy, że doskonale wie, iż władza prezydenta w Polsce nie zapewni mu wyższych zarobków i doskonale wie, że reformy systemowe mogą być wprowadzone jedynie przy konsensusie wszystkich sił politycznych, a taki konsensus zapewnić może tylko ponadpartyjny prezydent.

    Z drugiej zaś strony problematyka wymiaru sprawiedliwości jest dla polskiego społeczeństwa doniosła. Dowodzi tego choćby historia politycznego sukcesu Prawa i Sprawiedliwości, które już w swojej nazwie się do niej odwołuje. I chociaż partia braci Kaczyńskich ma tyle wspólnego z prawem i sprawiedliwością, co demokracja z demokracją socjalistyczną, należy pamiętać, że sukces PiS’u jak i samego Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, był w dużym stopniu wynikiem programu politycznego skupionego na zapowiedzi manipulowania w obszarze wymiaru sprawiedliwości. PiS powstała wokół powtarzanego jak mantra przez Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości sloganu, że jest zwolennikiem kary śmierci i jej przywrócenia w polskim systemie prawa karnego (mimo pełnej świadomości, że nie jest to możliwe), a największą społeczną popularność osiągnął polityk PiS’u, który prezentował siebie jako „szeryf” twardą ręką kierujący resortem sprawiedliwości.

    Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. nie musi (a nawet nie powinien) oceniać pracy sądów. Nie może jednak (i nie powinien) nie dostrzegać, że polskie społeczeństwo nie ma zaufania do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Według badań przeprowadzonych przez ministerstwo sprawiedliwości zaledwie 37% Polaków pozytywnie ocenia polski wymiar sprawiedliwości, 44% wystawia opinię negatywną w odpowiedzi na pytanie: jaka jest Pani/Pana ogólna ocena działania wymiaru sprawiedliwości. Głównym determinantem złej opinii Polaków o instytucjach systemu organów ochrony prawnej są: niesprawiedliwe orzecznictwo 70,9%, nierzetelne wykonywanie obowiązków przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w tym sędziów 69%, ich stronniczość 65% i niska efektywność działań 63%. Praktyka wykonywania zawodu dowodzi, że niemal powszechna jest – nie do końca a na pewno nie w takim stopniu prawdziwa – opinia o skorumpowaniu polskich sądów (9 na 10 klientów kancelarii prawniczych rozpoczyna konferencję z prawnikiem nie od pytania o ocenę prawną procesu a od pytania „czy Pan to może załatwić ?”). Skoro zatem opinia o polskim wymiarze sprawiedliwości jest tak zła, kandydat na urząd prezydenta nie może się do tego społecznego zjawiska nie odnieść.

    Diagnozując problem niskiej oceny wymiaru sprawiedliwości i obniżenia się społecznego autorytetu sędziów w relacji do praktyki działania wymiaru sprawiedliwości, można stwierdzić, że społeczny wizerunek sądów determinowany jest przez niski poziom orzecznictwa sądowego, pojmowanie przez sędziów zasady niezawisłości sędziowskiej jako zasady uniemożliwiającej ocenę (i krytykę) ich pracy, obniżenie się poziomu kultury sali sądowej. Praprzyczyną tych wszystkich zjawisk jest sędziowski korporacjonizm. W rezultacie to właśnie ów korporacjonizm sędziowski – paradoksalnie – jest przyczyną upadku autorytetu samych sędziów a w konsekwencji negatywnego obrazu całego wymiaru sprawiedliwości. Tak więc postulatem i hasłem reformy wymiaru sprawiedliwości w programie politycznym kandydata na prezydenta, powinna być odbudowa autorytetu sędziów, poprzez likwidację sędziowskiego korporacjonizmu w zarządzaniu kadrami i administrowaniu sądami. Tak ogólne stwierdzenie w programie politycznym kandydata na prezydenta byłoby jednak niewystarczające. Konieczne jest pokazanie, że są metody naprawy sytuacji.

    W ustawie o ustroju sądów powszechnych, rozdział 4 zatytułowany jest „samorząd sędziowski”. Samorządność sędziowska realizowana jest poprzez powierzenie najistotniejszych decyzji (w tym zwłaszcza decyzji kadrowych), zgromadzeniom ogólnym sędziów sądów apelacyjnych i sądów okręgowych. Kompetencje zgromadzeń ogólnych sądów sprawiają, że sądy i sędziowie pozostają poza jakakolwiek kontrolą zewnętrzną a wynikający z tych przepisów sędziowski korporacjonizm powoduje, że w środowisku sędziowskim realizowana jest zasada nihil de nobis sine nobis, co daje samym sędziom władzę w zarządzaniu i organizacji sądów niemal absolutną. Wiadomo jest teoretykom państwa i politykom, że wszelka władza deprawuje a władza absolutna deprawuje absolutnie. Udzielona zgromadzeniom ogólnym sędziów władza, wykonywana jest przez tzw. kolegia; odpowiednio: kolegia sądów apelacyjnych i kolegia sądów okręgowych. W ich skład wchodzą wyłącznie sędziowie określonego sadu, wybierani przez zgromadzenia ogólne sędziów. Tym samym organ samorządu sędziowskiego (zgromadzenie) posiada swoisty „organ wykonawczy” który ustawowo sytuowany jest jako organ sądu. Nie ma chyba drugiej takiej instytucji, w której organ samorządu zawodowego wybierałby organ instytucji państwowej (a odległym porównaniem byłaby analogia do sytuacji, w której związek zawodowy w przedsiębiorstwie, nie tylko miał wpływ na wybór dyrektora ale powoływałby radę nadzorczą przedsiębiorstwa) – i ta konstrukcja ustawowa w prawie o ustroju sądów powszechnych jest po prostu chora, prowadzi do „deprawacji” środowiska sędziowskiego a w konsekwencji do obniżenia się autorytetu sędziów w opinii publicznej.

    Planując reformę polskiego wymiaru sprawiedliwości należałoby dążyć do wyeliminowania z prawa o ustroju sądów powszechnych zasady sędziowskiego korporacjonizmu i zastąpienie jej zasadą służebności sądów wobec obywateli; natomiast w zakresie wewnętrznego nadzoru nad pracą sądów wprowadzić rozwiązania, które w dalekiej paraleli byłyby transpozycją na grunt wymiaru sprawiedliwości zasady trójpodziału władz. Zmiana taka polegałaby na ograniczeniu kompetencji zgromadzeń ogólnych sędziów do roli czysto samorządowej reprezentacji interesów środowiska sędziowskiego z nader ograniczonym wpływem na bieżącą pracę sądów i nadzór nad działalnością sędziów oraz na radykalnym wzmocnieniu kompetencji kolegiów sądów. Jednak wzmocnienie kompetencji kolegiów sądów i wyposażenie ich w głos decydujący w sprawach związanych z działalnością wewnętrzną sądów musiałoby być powiązane ze zmianą składu osobowego kolegiów. Istotą proponowanej reformy powinno być bowiem ustawowe dopuszczenie do składu kolegiów prokuratorów i adwokatów, przy czym liczba sędziów w kolegiach sądów powinna być ograniczona do reprezentacji środowiska sędziowskiego i pozostawać w mniejszości do liczby przedstawicieli pozostałych zawodów prawniczych. W skład kolegium poszczególnych sądów apelacyjnych powinni z urzędu wchodzić nie tylko prezesi tych sądów ale także dziekani okręgowych rad adwokackich i szefowie prokuratur odpowiednich szczebli. W jakimś sensie byłby to odpowiednik zasad obowiązujących w arbitrażu, w którym strony same wybierają arbitrów. A ocena pracy sędziów dokonywana byłaby przez tych, którzy dokonują tej oceny w swojej codziennej pracy – prokuratorów i adwokatów.

    Ta stosunkowo prosta zmiana spowodowałaby po prostu rewolucję w wymiarze sprawiedliwości i pozwoliła zrealizować postulaty, które obecnie – mimo powszechnego uznawania ich za słuszne – są odkładane. Przede wszystkim – w powiązaniu ze zreformowaniem przepisów o dochodzeniu do wykonywania zawodu sędziego – pozwoliłaby na przepływ kadr między zawodami prawniczymi (sądownictwem i adwokaturą, a przy założeniu, że równolegle wprowadzono by do systemu polskiego prawa karnego instytucję sędziego śledczego, także prokuraturą).

    Proponowana zmiana, zakłada ściślejsze powiązanie zawodów prawniczych między sobą. Konsekwencją takiej zmiany musiałyby być zmiany w procedurze dyscyplinarnej wszystkich zawodów prawniczych. O ile dyscyplinarne postępowanie pierwszoinstancyjne powinno pozostać w gestii samorządów; to wraz z proponowanymi zmianami w składzie kolegiów sądów, należałoby postulować powołanie w sądach apelacyjnych specjalnych wydziałów etyki zawodów prawniczych (ponownie z udziałem sędziów, adwokatów i prokuratorów), które spełniałyby funkcję dyscyplinarnych sądów drugiej instancji w stosunku do wszystkich samorządów (sędziowskiego, prokuratorskiego i adwokackiego) o kompetencjach kasacyjnych.

    Proponowana zmiana w zakresie składu i kompetencji kolegiów sądów mogłaby być wprowadzona do prawa o ustroju sądów powszechnych bez konieczności zmiany Konstytucji Rzeczypospolitej. Co więcej taka zmiana nie mogłaby być uznana przez środowisko sędziowskie jako zamach na sędziowską niezawisłość. Mimo to należy się spodziewać, że przedstawiona propozycja spotkałaby się z krytyką ze strony sędziów. Faktem jest, że proponowana zmiana zmienia całą filozofię sprawowania wymiaru sprawiedliwości i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Jej wprowadzenie musiałoby być powiązane z kompleksową i rozłożoną w czasie konieczną zmianą procedur sądowych, zakresu kognicji sądów, absolutnie radykalnemu – w dalszej ale określonej perspektywie – uposażenia sędziów.

    Wprowadzenie do prawa o ustroju sądów powszechnych zasady służebności sądów zawierającej się zasadniczo w postulowanej wyżej zmianie i dopuszczeniu do zarządzania sądami przedstawicieli innych zawodów prawniczych musiałoby być wprowadzone do systemu wymiaru sprawiedliwości wraz z innymi oczekiwanymi społecznie zmianami: likwidacji instytucji ławników i wprowadzeniu w to miejsce procesu przed ławą przysięgłych w sprawach o zbrodnie (co byłoby realizacją zasady państwa obywatelskiego), wyjęcie spod kognicji sądów drobnych spraw cywilnych i spraw o drobne (nie zagrożone karą aresztu) wykroczenia i poddanie ich rozstrzyganiu przez sędziów pokoju wybieranych przez społeczności lokalne w wyborach powszechnych wraz z przekazaniem obsługi tych sądów jako zadań samorządów lokalnych, itd. (samo skatalogowanie zakresu koniecznych zmian reformujących system wymiaru sprawiedliwości, wykracza poza ramy tego tekstu).

    Dopuszczenie do zarządzania sadami przedstawicieli innych zawodów prawniczych spowodowałoby przepływ kadr między tymi zawodami. Dzisiaj, każdy sędzia, który chce przejść do adwokatury ma gwarancję wpisu z ustawy na listę adwokatów. Kierunek odwrotny, przejście z adwokatury do sądownictwa, mimo że prawnie możliwy, w praktyce jest niespotykany. Wbrew rozpowszechnionym opiniom nie są temu winne różnice w zarobkach sędziów i adwokatów; istnieje całkiem spora grupa adwokatów, która bez wątpienia chciałaby przejść do sądownictwa, uniemożliwia to procedura poddania się ocenie kolegiów sądów, w których przedstawicieli adwokatury obecnie nie ma, w związku z czym panuje w praktyce powszechna opinia, że przejście adwokata do zawodu sędziego jest niemożliwe.

    Nietrudno jest wyobrazić sobie jak udział adwokatów i prokuratorów w składzie kolegiów sadów wpłynąłby na poprawę pracy sądów. Sama świadomość sędziów, że są oni poddani nieustannej ocenie nie tylko swoich kolegów-sędziów ale także reprezentantów stron procesu podniosłaby kulturę sali sądowej a uzależnienie awansu sędziego od pozytywnej opinii kolegium sądu, w którym zasiadaliby prokuratorzy i adwokaci, podniosłaby zarówno poziom orzecznictwa jak i dyscyplinę pracy sędziów i efektywność prowadzenia procesów.

    Czy którykolwiek z kandydatów w wyborach prezydenckich 2010 r. zdecyduje się podjąć debatę na temat zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości ? Należy sądzić, że każdy. Tyle tylko, że w większości będą to postulaty o niskim priorytecie w programie kandydata i nie wykraczające poza ogólniki w rodzaju: należy usprawnić sądownictwo, wzmocnić autorytet sądów itp. Tymczasem od kandydatów na prezydenta należy oczekiwać pójścia krok dalej, należy oczekiwać pokazania w jaki sposób zamierzają oni zreformować wymiar sprawiedliwości.

    Trzeba jasno powiedzieć, że cokolwiek by w swojej kampanii wyborczej mówił na temat wymiaru sprawiedliwości obecnie urzędujący Prezydent, jego słowa nie będą wiarygodne. Lech Kaczyński wsławił się w toku swojej kadencji odmową nominowania sędziów zawnioskowanych do nominacji prezydenckiej przez Krajową Radę Sądownictwa. Była to decyzja, która w mojej opinii kwalifikowała się do postawienia Lecha Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu; wątpliwości – może mniej radykalne – zgłaszał zarówno Rzecznik Praw Obywatelskich jak i Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, który skierował w tej sprawie skargę kompetencyjną do Trybunału Konstytucyjnego. Niestety, żałosny poziom tej skargi spowodował, że Trybunał Konstytucyjny sprawą się nie zajął odrzucając skargę (Zob.: I po sprawie – Prezydent może powoływać sędziów jak chce a jak nie chce to nie musi.).

    Po podjęciu przez Donalda Tuska decyzji o nie kandydowaniu w wyborach prezydenckich program kandydata Platformy Obywatelskiej na urząd prezydenta będzie programem samej Platformy, siłą rzeczy skoncentrowanym na postulacie uporządkowania stosunków między prezydentem a rządem.

    W zakresie programowym kandydat Platformy nie wyzwoli się od oceny zarządzania resortem wymiaru sprawiedliwości przez obecny rząd zapewniając, że nie będzie – w odróżnieniu od Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – stosował prezydenckiego veta wobec prób zreformowania wymiaru sprawiedliwości. Tyle tylko, że projekty nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, prawa o wykonywaniu zawodu doradcy i innych ustaw związanych z systemem ochrony organów prawnych, zmierzają akurat w odwrotnym kierunku niż systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości i zamiast walki z sędziowskim korporacjonizmem, pod presją środowisk prawniczych konserwują obecny stan rzeczy. (Jedynym wyjątkiem jest rozdzielenie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, które jednak wobec wycofania się z projektu likwidacji prokuratur apelacyjnych i wprowadzenia do systemu prawa karnego instytucji sędziego śledczego stało się rozwiązaniem niepełnym – chociaż uczynionym w dobrym kierunku).

    Wydaje się, że kandydatem na urząd prezydenta, który mógłby uczynić z programu reformy wymiaru sprawiedliwości program wiarygodny dla wyborcy jest Andrzej Olechowski. Przede wszystkim dlatego, że zarówno PO jak i PiS czy SLD bądź PSL w momencie gdy były u władzy próbowały dokonywać reformy sądownictwa i nigdy nic z tego nie wyszło. Bo reforma wymiaru sprawiedliwości inicjowana przez jakikolwiek rząd do żadnej systemowej reformy nie doprowadzi; a najczęściej już w samych swoich założeniach jest zazwyczaj cząstkowa i nigdy się do końca nie udaje; skoro zatem nie udało się to rządom tych partii, to trudno będzie uwierzyć aby udało się partyjnemu prezydentowi, choćby nie wiem jak zapewniał, że stanie się prezydentem ponadpartyjnym.

    Co więcej zaproponowane wyżej założenia zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości wpisują się w obywatelski charakter kandydatury Andrzeja Olechowskiego, który już w wyborach prezydenckich 2000 r. niektóre z przedstawionych wyżej postulatów – z odmiennym rozłożeniem akcentów w ówczesnej sytuacji społecznej – prezentował w kampanii prezydenckiej. Tak więc można założyć, że proponowana reforma byłaby zgodna zarówno z całościowym programem wyborczym Andrzeja Olechowskiego jak i z jego wizerunkiem jako polityka a w wypadku wygrania wyborów prezydenckich przez Andrzeja Olechowskiego, konsekwentna realizacja przez Prezydenta Rzeczypospolitej tej reformy, z wykorzystaniem prezydenckiej inicjatywy ustawodawczej mogłaby by się stać historycznym osiągnięciem jego prezydentury.

    Reforma wymiaru sprawiedliwości na pewno stanie się elementem prezydenckiej kampanii Andrzeja Olechowskiego; powinna jednak stać się elementem wiodącym. Jest tak dlatego, że dotychczas ogłoszony przez Olechowskiego program jest w pewnym sensie statyczny (można też powiedzieć, że nie tylko statyczny ale i stateczny jak sam Olechowski), to program dobry, spójny ale nie porywający.

    Z wystąpień programowych Andrzeja Olechowskiego jawi się obraz prezydentury niezależnej, spokojnej, kompetentnej. W zasadzie jedynym elementem budzącym emocje, była zapowiedź wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji przybrania osoby bliskiej.

    Politycznie, ogłoszenie tej koncepcji w pierwszej odsłonie programowej, było sygnałem wysłanym do środowisk lewicowych, że oto Olechowski, postrzegany dotychczas jako polityk liberalno konserwatywny, jest otwarty na postulaty lewicy. I w tym sensie ten element programowy swoją rolę spełnił. Medialnie był to niewypał. W sposób mniej lub bardziej poprawny politycznie media donosiły, że w swojej kampanii Olechowski opierał się będzie na pedałach (Piskorski nieudolnie tłumaczył, że chodzi przecież o dwie babcie, które wspólnie hodują kota); w istocie proponowana przez Olechowskiego konstrukcja przybrania osoby bliskiej służy ochronie rodziny. Jest tak dlatego, że jej wprowadzenie wytrąci środowiskom homoseksualnym argumenty na rzecz wprowadzenia do polskiego prawa instytucji małżeństw homoseksualnych. Wydaje się, że Andrzej Olechowski próbował to kiedyś wytłumaczyć w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i…” ale ta go jak zwykle zagadała.

    Wprowadzając do swego programu wizję zreformowania wymiaru sprawiedliwości Andrzej Olechowski pokazałby wizje prezydentury aktywnej a w kampanii wyborczej otworzyłby debatę, w której wobec swoich kontrkandydatów byłby górą. Nie ma lepszej broni wyborczej niż narzucenie konkurentom tematu, który muszą podjąć.

    Proponowana powyżej koncepcja założeń reformy wymiaru sprawiedliwości jest koncepcją nowatorską; jako taka jest to koncepcja kontrowersyjna, która wzbudzi ostrą dyskusję i sprzeciw wielu środowisk prawniczych. Na pewno ożywi jałową dotychczas debatę programową w kampanii prezydenckiej. Czy stanie się elementem programu Andrzeja Olechowskiego ? Trudno powiedzieć. Zważywszy na aktywność Olechowskiego w Internecie na pewno zostanie zauważona. Reszta zależy od opinii jego doradców a ostateczna decyzja do niego samego.

    jmm

    Krwawy płacz temidyNa zlecenie ministerstwa sprawiedliwości, w ubiegły roku przeprowadzono badania opinii społecznej o polskim wymiarze sprawiedliwości. Wyniki tych badań są nie tyle niepokojące co zatrważające. Polacy nie mają zaufania do sądów. Zwraca uwagę fakt, że o ile poprzednie badania, wykazywały, że negatywna opinia o wymiarze sprawiedliwości jest wynikiem przewlekłości postępowania, odległych terminów rozpatrywania sprawy na kolejnych rozprawach, wysokich kosztów postępowania ograniczających prawo do sądu; o tyle w najnowszych badaniach jako główną przyczynę złej opinii o sądach Polacy podają niski poziom orzecznictwa sądowego i nierzetelność przedstawicieli zawodów prawniczych.

    Niesprawiedliwa i nieefektywna – takie opinie o polskiej Temidzie przyniosło badanie opinii publicznej przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości. Polacy, skarżąc się na przewlekłość postępowań czy niesprawiedliwe orzecznictwo, przyznają jednocześnie, że nie interesują się funkcjonowaniem sądownictwa, a swoją skąpą wiedzę na ten temat czerpią głównie z telewizji. Jak zatem interpretować uzyskane w badaniu oceny?

    Badanie opinii publicznej przeprowadzone zostało w ramach projektu „Ułatwianie dostępu do wymiaru sprawiedliwości” współfinansowanego przez Unię Europejską w ramach środków Europejskiego Funduszu Społecznego. Zrealizowane zostało na przełomie 2008 i 2009 r. przez konsorcjum IBC Group Homo Homini, w oparciu o technikę ankieterskich wywiadów osobistych na reprezentatywnej próbie 1542 osób. Raport z badania opublikowano na stornie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości pod koniec marca 2009 r.

    Niesprawiedliwy, ale dostępny ?

    Pozytywną ocenę polskiej Temidzie wystawiło 37 proc. badanych, negatywną – 44 proc. (odpowiedź na pytanie “Jaka jest Pani/Pana ogólna ocena działania wymiaru sprawiedliwości”). Głównym determinantem złej opinii respondentów o instytucjach resortu są przekonania o niesprawiedliwym orzecznictwie (70,9 proc. wskazań), nierzetelnym wykonywaniu obowiązków przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości (69,3 proc.), przekonanie o ich stronniczości (65 proc.), niskiej efektywności ich działań (63,7 proc.) czy wreszcie wysokich kosztach funkcjonowania organów wymiaru sprawiedliwości (63,5 proc. wskazań). Zatrważającą informacją jest również przekonanie większości badanych o istniejącej w wymiarze sprawiedliwości korupcji (62,3 proc. pytanych), która, zdaniem ankietowanych, dotyczy przede wszystkim prokuratorów, adwokatów, ale i sędziów.

    W kwestii oceny dostępności instytucji wymiaru sprawiedliwości opinia publiczna jest podzielona. Za względnie dostępne uważa je 52 proc. respondentów, z kolei 48 proc. twierdzi, że są raczej trudno bądź zdecydowanie trudno dostępne. Za najczęstszy powód utrudnionego kontaktu obywatela z sądem badani wskazali brak należytej informacji ogólnej, a także wysokie koszty, które trzeba ponieść w związku z prowadzeniem postępowania. Zdaniem respondentów problemem są też niezrozumiałe procedury i przepisy, brak bezpłatnych porad prawnych, a także brak informacji o prawach obywatela.

    O ile można zastanawiać się, czy ocena dostępności instytucji sądownictwa jest zadowalająca czy też nie, o tyle zdecydowanie niekorzystna, całościowa ocena działań polskiej Temidy wystawiona przez respondentów, powinna niepokoić. Przekłada się ona na brak społecznego zaufania do wymiaru sprawiedliwości.

    [http://nawokandzie.ms.gov.pl]

    Poniżej WideoFelieton MacLawye®’a, mimo że z 2007 r., to nader aktualny jako komentarz do omawianych wyżej badań.

    Dokładnie !
    Właśnie walce z tymi patologiami służy cały cykl wpisów MacLawye®’a Zapraszam na strony http://maclawyer.pl i http://maclawyer.wordpress.com
    Polskiemu wymiarowi sprawiedliwości konieczne jest zaaplikowanie głębokiej systemowej reformy, która wyeliminuje z sądownictwa tzw. ‘korporacjonizm sędziowski’.
    Reformy takiej nie zaproponuje rząd, bo w ministerstwie sprawiedliwości pracują… sędziowie – oddelegowani do pracy w administracji rządowej (swoją drogą, co na to Trybunał Konstytucyjny, czy nie jest to naruszenie zasady trójpodziału władz ?).
    Inicjatorem reformy wymiaru sprawiedliwości powinien byc Prezydent Rzeczypospolitej, który powinien skorzystać z inicjatywy ustawodawczej i zaproponować kompleksową, obliczoną na lata ale systemową i całościową reforme wymiaru sprawiedliwości.
    Ciekawe co na to kandydaci do urzędu Prezydenta RP w wyborach 2010 r.

    Zwróceniu uwagi na patologie w polskim wymiarze sprawiedliwości (ale z obiektywnym zwróceniem uwagi na cały trud pracy sędziów) służy cały cykl wpisów i wideo-felietonów MacLawye®’a Zapraszam na strony http://maclawyer.pl i http://maclawyer.wordpress.com
    Polskiemu wymiarowi sprawiedliwości konieczne jest zaaplikowanie głębokiej systemowej reformy, która wyeliminuje z sądownictwa tzw. ‘korporacjonizm sędziowski’.
    Reformy takiej nie zaproponuje rząd, bo w ministerstwie sprawiedliwości pracują… sędziowie – oddelegowani do pracy w administracji rządowej (swoją drogą, co na to Trybunał Konstytucyjny, czy nie jest to naruszenie zasady trójpodziału władz ?).
    Inicjatorem reformy wymiaru sprawiedliwości powinien byc Prezydent Rzeczypospolitej, który powinien skorzystać z inicjatywy ustawodawczej i zaproponować kompleksową, obliczoną na lata ale systemową i całościową reforme wymiaru sprawiedliwości.
    Ciekawe co na to kandydaci do urzędu Prezydenta RP w wyborach 2010 r.

    Piotr NowaczykPiotr Nowaczyk

    Niedawno obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Mediacji. Miało być szumnie i głośno. I było – za sprawą nieszczęsnego projektu ustawy o mediacji i mediatorach. „Mecenasi nie będą mogli być mediatorami” doniosła „Rzeczpospolita” akurat w dniu święta mediacji. Entuzjaści mediacji przecierali oczy ze zdumienia. 28 tys. radców prawnych i 9 tys. adwokatów miałoby zostać pozbawionych możliwości reprezentowania stron w mediacji sądowej? Taki prezent dla dwu korporacji z okazji święta? Komu zależało na dezintegracji środowiska mediatorów?

    Jak czytamy w uzasadnieniu projektu, priorytetem jest fachowość osób prowadzących mediacje, w związku z czym wyeliminowano podmioty, które nie są wyspecjalizowane w prowadzeniu mediacji. Któż więc jest tym fachowcem? Mecenasi zastanawiają się, czy taki projekt aby na pewno zrodził się w gronie Społecznej Rady ds. Alternatywnych Metod Rozwiązywania Konfliktów i Sporów, którą założył min. Andrzej Kalwas, były Prezes Krajowej Rady Radców Prawnych. Warto tę sprawę wyjaśnić. Większość członków Rady o projekcie dowiedziała się z gazet. Któż więc go stworzył, kto przegłosował, kto zatwierdził? Dlaczego „prywatny” pomysł dwóch członkiń Rady znalazł się na stronach internetowych Ministerstwa? Nie pytam już, dlaczego został z nich zdjęty.

    Kim będą mediatorzy?
    Mamy teraz zamieszanie. Instytucje zajmujące się krzewieniem mediacji, zamiast je krzewić, piszą opinie na temat fatalnego projektu. Radcy prawni, dla których prezes Maciej Bobrowicz zorganizował unijne środki na szkolenie, nie szkolą się, bo nie wiedzą, czy będą do mediacji dopuszczeni.
    W Polsce, gdzie brakuje wykwalifikowanych mediatorów, a na szkolenia nie było pieniędzy, najwięcej mediatorów wywodzi się właśnie ze środowiska adwokatów i radców prawnych. Nigdzie na świecie adwokaci i radcy prawni nie są ograniczani w sprawowaniu funkcji mediatora – Polska ma szansę stać się ewenementem na skalę międzynarodową.
    Mediacja jest tematem nowym i modnym. Wprowadziliśmy ją w prawie pracy, w sporach zbiorowych, w prawie konsumenckim, karnym, administracyjnym, nawet podatkowym, w prawie dla nieletnich, a na koniec, w kodeksie postępowania cywilnego. Mamy wyspecjalizowanych adwokatów i radców prawnych. Czy nie są już potrzebni? Kto wyszkoli nowych mediatorów?

    Amerykańskie mediacje w Dobrzykowicach?
    Przyjeżdżają do Polski różni instruktorzy mediacji z USA. Próbują uczyć amerykańskich metod. Udaje się to częściowo. Dlaczego? Inna jest mentalność biznesmenów amerykańskich, inna polskich. Na Zachodzie ważne jest utrzymanie business relationship, czyli stosunku biznesowego, kooperacji. Jeżeli pojawia się spór, to trzeba wyeliminować spór, aby kontynuować współpracę. Tymczasem w polskiej rzeczywistości, gdy pojawia się spór, to chce się zerwać z kooperantem i znaleźć sobie innego partnera. Szukamy innego, żeby temu, który nas zawiódł, dokuczyć jeszcze bardziej.
    Pewien amerykański profesor opowiadał w Warszawie, że w stanie Floryda aż 80 proc. spraw kończy się ugodą. Zapewniał, że gdyby przeszkolił polskich mediatorów, wynik w Polsce byłby podobny. Zapytałem go, czy przeczytał jakąś polską książkę albo obejrzał jakiś polski film. Zaprzeczył. Poleciłem mu film „Sami swoi” i słynną scenę, kiedy skłóceni Kargul i Pawlak wybierają się do sądu na rozprawę. Matka jednego z nich wręcza mu granat ze słowami: „Sądy sądami, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

    Specyfika polskiej mediacji
    Specyfika polska jest taka, że mediacja rozpoczęła swoją karierę jako lekarstwo na niedobory wymiaru sprawiedliwości. Nie dlatego wymyślono mediację i wprowadzono ją do kodeksów, bo ktoś nagle spostrzegł, że to jest bardzo moralnie i bardzo elegancko, żeby ludzie się szanowali, godzili, przebaczali sobie itd. Zamiast tego zauważono, że nasze sądy są przeciążone. Obywatele są rozżaleni, że na rozstrzygnięcie sprawy czekają zbyt długo, a sędziowie nie dają sobie rady z zaległościami. Nagle więc zapalono zielone światło dla tzw. alternatywnych sposobów rozwiązywania sporów. Tak więc mediacja, w naszych warunkach, miała być przede wszystkim kołem ratunkowym rzuconym sędziom. To koło ratunkowe zostało skwapliwie pochwycone. Sędziowie tę szansę traktują bardzo dosłownie i bardzo chętnie – prawie każdą sprawę chcieliby skierować do mediatora.
    Przedsiębiorcy myślą podobnie jak większość obywateli. W pewnym momencie ich spór może sprawić, że wygrywający przestaje być wygranym, jeżeli przeciwnik zbankrutował. Względy praktyczne biorą górę nad względami prawnymi, a nawet moralnymi. Przestaje być ważne, kto naprawdę ma rację. Czasami strony tkwią jeszcze we wspólnym biznesie, a mają ileś spraw nierozwiązanych. Czekanie na poszczególne wyroki w poszczególnych instancjach nie ma najmniejszego sensu. Sprawdza się tu prawidłowość typowo „amerykańska”: tym, którzy chcą ze sobą współpracować, jest znacznie łatwiej pogodzić się. Natomiast trudno jest pogodzić tych, którzy współpracę zerwali.

    Pojednanie, czy mniejsze zło?
    Motywacje moralne ustępują wówczas miejsca względom pragmatycznym. „Lepiej zawrzeć ugodę, niż włóczyć się po sądach” – to desperackie stwierdzenie stało się podstawowym hasłem marketingowym mediacji. Zawieramy ugodę nie dlatego, że przebaczyliśmy przeciwnikowi, albo zrozumieliśmy własny błąd, lecz dlatego, że nie wierzymy w sprawny wymiar sprawiedliwości. Godzimy się „dla świętego spokoju”, uciekając od kłopotliwego procesu. Odchodząc od stołu mediacyjnego, podajemy rękę do zgody, ale odwracamy się już plecami od adwersarza. „Skuteczna mediacja” doprowadziła do podpisania ugody, cofnięcia pozwu, a może nawet do zrzeczenia się roszczenia, lecz czy doprowadziła do prawdziwego pojednania?
    Czy będziemy mieli nowych mediatorów, którzy pojednają nas lepiej? Zapytajmy autorki projektu ustawy, o ile nie warto o nim zapomnieć.

    Piotr Nowaczyk, partner w kancelarii Salans, członek Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego w Paryżu, były prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie

    brinerOdszedł Robert Briner. Wiadomość o śmierci wieloletniego prezesa Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego Międzynarodowej Izby Handlowej (ICC) poruszyła społeczność arbitrażową w pierwszych dniach grudnia.

    Odszedł jeden z gigantów międzynarodowego arbitrażu, człowiek trochę starej daty, gentelman trzymający się zasad. Trzy pełne kadencje, dziewięć pełnych lat prezesury największego sądu arbitrażowego na świecie odcisnęły znak na tej instytucji. Mówi się o sądzie “po Brinerze”. Wspomina się “czasy Brinera”. Mało kto mówi o czasach “przed Brinerem”.

    Szwajcar, urodzony w 1930 r. w niemieckojęzycznym kantonie, nienajlepiej czuł się w Paryżu. “Wytykają mi akcent, wiedzą że jestem cudzoziemcem”. W 1985 r. pracował w Hadze w Iran – United States Claims Tribunal, którego to Sądu został prezesem w latach 1989-1991. Został następnie Prezesem United Nations Compensation Commission. Był członkiem Trybunału ds. Rozwiązywania Sporu Martwych Kont w Szwajcarii. Był arbitrem niemal wszystkich największych instytucji arbitrażowych na świecie. Osiągnął wszystko, co arbiter może w życiu osiągnąć. Zachował to co dla arbitra jest najważniejsze: szacunek ludzi.

    Był człowiekiem eleganckim, dystyngowanym, oszczędnym w słowach i gestach. Udzielał rad każdemu, kto go poprosił. Najprostszym językiem. Dyskretnie i krótko, czasami jednym zdaniem. Kiedy przed laty Andrzej Kąkolecki zakończył misję członka Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego ICC, a Polski Komitet Narodowy ICC wysunął moją kandydaturę zapytałem Roberta Brinera, co o tym sądzi. Spojrzał na mnie i zapytał “Dlaczego się wahasz?” Trudno zapomnieć tę rozmowę, odbytą przed wielu laty w niezwykłej dość scenerii. Obserwowaliśmy bowiem razem, gdzieś w australijskim eukaliptusowym gaju, parę misiów koala, w przerwie kongresu Union Internationale des Avocats.

    Robert Briner był wszędzie tam, gdzie należało być promując arbitraż. Był gorącym orędownikiem arbitrażu instytucjonalnego, zwłaszcza ICC. Ukuł powiedzenie : “Ad hoc” należy tłumaczyć jako – “Będzie drożej”.

    Był oszczędny w słowach, ale zawsze wiedział to co trzeba. Zachęcał nas, skutecznie zresztą, do usunięcia z kpc fatalnego przepisu art 1105 § 2 ograniczającego dostęp Polaków do zagranicznych instytucji arbitrażowych. Przez dziewięć lat swoich trzech kadencji przewodniczył niemal wszystkim sesjom plenarnym sądu. Znał każdą omawianą sprawę, a łatwo policzyć że było ich przeszło tysiąc. Miał duży dar doprowadzania do konsensusu i przez lata naszej współpracy, zaledwie kilka razy musiał poddać jakieś zagadnienie pod glosowanie.

    Miał poczucie humoru, ale bardzo oszczędnie z niego korzystał. Kiedyś w trakcie posiedzenia komitetu ICC powstał problem ustalenia miejsca arbitrażu. Strony: polska i turecka nie mogły go uzgodnić. Polacy zaproponowali “Wiedeń i tylko Wiedeń, nigdzie indziej”. Turcy napisali “Wszędzie, tylko nie w Wiedniu”. Robert Briner lekko zdziwiony zapytał mnie o co tu chodzi. Wytłumaczyłem losy Odsieczy Wiedeńskiej z 1683 roku i jej skutki dla dalszych losów Europy i polsko-tureckich stosunków. Komitet ICC zdecydował w końcu ustalić miejsce arbitrażu we Frankfurcie nad Menem. Robert Briner, już dyktując podjętą decyzję, przerwał na chwilę i zapytał przez całą salę: “Piotr, czy jesteś pewny, że nie było żadnej polsko-tureckiej bitwy pod Frankfurtem nad Menem?”

    Robert Briner stworzył European Arbitration Group. Zaprosił i zebrał razem prezesów i byłych prezesów największych sądów arbitrażowych Europy Środkowej i Wschodniej, a także indywidualnych ekspertów od praktyki arbitrażowej, zwanej wówczas East-West Practice. Po rozpadzie RWPG, Moskwa i moskiewski ICAC przestały być ośrodkiem skupiającym te osoby. Potrzeba dyskusji i wymiany doświadczeń istniała wówczas bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Arbitraż East-West wkroczył w nową erę przejściową, na której skorzystać miały centra arbitrażowe takie jak Warszawa, Praga czy Budapeszt. Zasługi Brinera dla tej grupy opisał kolega Buguslav Klein w „Liber Amicorum in honour of Robert Briner”.

    Uroczystość wydania tej księgi i pożegnania Roberta po zakończeniu trzeciej kadencji była tak niezwykła, jak sama księga. Do dziś dzieło to, spisane przez 64 autorów, uznane jest za jedną z najlepszych Liber Amicorum na świecie. John Beechey, prezes sądu ICC bieżącej kadencji twierdzi, że tak często do niej zagląda, że nabył aż dwa egzemplarze, jeden do biura, drugi do domu.

    Uroczystość wręczenia księgi w Pavillion Gabriel przy Polach Elizejskich w Paryżu zgromadziła elitę międzynarodowego arbitrażu. Rzadko w naszych czasach żegna się kogoś tak godnie. Wygłoszone przemówienia były perełkami elokwencji, dowcipu i bon tonu. Wszystkie, poza może jednym. Anne-Marie Whitesell, wieloletni sekretarz generalny sądu ICC, doświadczony prawnik z najwyższej półki, w połowie swojego wystąpienia rozpłakała się, z żalu, że Robert Briner odchodzi.

    Dziś żałujemy wszyscy jego ostatecznego odejścia. Nie ma już Roberta, nie ma jego ery. Lecz wiemy już, albo możemy wierzyć w to, że tam gdzie teraz jest Robert, panuje pełny consensus, a spory, o ile jakieś istnieją, rozwiązane będą bardzo polubownie.

    Piotr Nowaczyk

    Michał Jochemczak

    radca prawny w Kancelarii Salans

    O tym, jakie znaczenie praktyczne ma zagadnienie, czy spory o stwierdzenie nieważności uchwał mają tzw. zdatność arbitrażową, przekonali się wszyscy ci, którzy złożyli pozwy o stwierdzenie nieważności uchwał do sądu arbitrażowego, po czym sąd ten uznawał, iż spór nie posiada zdatności arbitrażowej.

    W pewnych sytuacjach, wobec upływu terminów do zaskarżenia uchwał (art. 251, 252 par. 3, 424, 425 par. 2 i 3 k.s.h), mogło to prowadzić nawet do zamknięcia drogi sądowej dla podmiotów skarżących nieważną ich zdaniem uchwałę.

    Co to jest zdatność arbitrażowa ?

    Na wstępie należy wszakże wyjaśnić, że pojęcie zdatności arbitrażowej (ang. arbitrability, niem. Schiedsfähigkeit) oznacza właściwość sporu, która powoduje, że może on być poddany przez strony pod rozstrzygnięcie sądu polubownego. Brak zdatności arbitrażowej jest braną z urzędu przez sąd przesłanką uchylenia (art. 1206 par. 2 pkt 1 k.p.c.) czy odmowy uznania/stwierdzenia wykonalności orzeczenia arbitrażowego (art. V ust. 2 lit. a) Konwencji o uznawaniu i wykonywaniu zagranicznych orzeczeń arbitrażowych z 10 czerwca 1958 r., oraz art. 1214 par. 3 pkt 1 k.p.c.).
    W prawie polskim zdatność arbitrażowa unormowana jest w artykule 1157 k.p.c. Stanowi on, że jeżeli przepis szczególny nie przewiduje inaczej, strony mogą poddać pod rozstrzygnięcie sądu polubownego spory o prawa majątkowe lub spory o prawa niemajątkowe – mogące być przedmiotem ugody sądowej, z wyjątkiem spraw o alimenty.
    Tym samym polski ustawodawca wymaga, aby spór poddany pod arbitraż posiadał zdatność ugodową w sprawach niemajątkowych oraz według przeważającego stanowiska w sprawach majątkowych.

    Stanowisko doktryny

    To właśnie na tle zagadnienia, czy spory o nieważność uchwał posiadają zdatność ugodową, wykształciły się w literaturze przeciwstawne stanowiska, czy spory te mogą być poddane pod rozstrzygnięcie sądu arbitrażowego
    Dominujący w doktrynie wydaje się być pogląd, iż zawarcie ugody jest niedopuszczalne w sprawach o stwierdzenie nieważności uchwał zgromadzenia wspólników albo walnego zgromadzenia akcjonariuszy (por. m.in. T. Ereciński, K. Weitz, Sąd Arbitrażowy, Lexis Nexis, Warszawa 2008, s. 122; R. Uliasz, Zdolność arbitrażowa sporów wynikłych z zaskarżenia uchwał zgromadzeń spółek kapitałowych, w: Arbitraż i mediacja jako instrumenty wspierania przedsiębiorczości, Rzeszów 2006, s. 204-205; E. Marszałkowska-Krześ, Uchwały zgromadzeń w spółkach kapitałowych, Warszawa 2000, s. 135; G. Suliński, Dopuszczalność kognicji sądu polubownego w sporze o rozwiązanie spółki z o.o., Kwartalnik ADR, nr 3/2008, s. 31).
    Obszerną krytykę tego stanowiska przeprowadził A.W. Wiśniewski (por. A.W. Wiśniewski, Rozstrzyganie sporów korporacyjnych przez sądy polubowne w świetle nowej regulacji zdatności arbitrażowej sporów, w: Międzynarodowy i krajowy arbitraż handlowy u progu XXI wieku. Księga pamiątkowa dedykowana doktorowi habilitowanemu Tadeuszowi Szurskiemu, red. P. Nowaczyk, S. Pieckowski, J. Poczobut, A. Szumański, A. Tynel, Warszawa 2008, s. 276-282). Autor ten wskazuje, że dopuszczalność zawarcia ugody o określonej treści należy kategorycznie odróżniać od zdatności ugodowej sporu, i dalej: w obszarze arbitrażu, jeśli tylko między stronami zachodzi rzeczywisty spór, zgoda na jego rozstrzygnięcie nawet całkowicie na korzyść jednej ze stron mieści się w zakresie ich prywatnoprawnej autonomii, a rozstrzygnięcie takie może być zakwestionowane tylko dla ochrony porządku publicznego.

    Stanowisko orzecznictwa

    Zagadnienie zdatności arbitrażowej sporów o stwierdzenie nieważności uchwał nie było jak dotąd przedmiotem znanych autorowi wypowiedzi Sądu Najwyższego. Wskazać jednak należy na orzecznictwo Sądu Najwyższego zapadłe na tle spraw o uchylenie albo stwierdzenie nieważności uchwał zgromadzenia wspólników. Zdaniem Sądu Najwyższego dla oceny, czy sprawa jest sprawą o prawa majątkowe, decydujące znaczenie ma przedmiot zaskarżonej uchwały (por. postanowienie Sądu Najwyższego z 3 października 2001 r., V CZ 150/01, OSNC 2002, nr 6, poz. 78, z. 9, postanowienie z 9 stycznia 2003 r., I CK 339/02, niepubl., z 16 lipca 2004 r., I CK 268/04, Glosa 2006, nr 1, s. 8). Stanowisko to, trafnie krytykowane w literaturze, do czasu nowelizacji k.p.c. na mocy ustawy z 8 lipca 2005 r., mogło skłaniać do przyjęcia, że uchwały, zdaniem Sądu Najwyższego, o niemajątkowym charakterze nie mogły być przedmiotem rozstrzygnięcia sądów arbitrażowych.

    W niepublikowanym orzeczeniu z 19 lutego 2009 r., I Acz 197/09 Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał co prawda, iż powódka skarżąca uchwałę jako członek zarządu nie jest związana treścią (zakresem podmiotowym) zapisu na sąd polubowny, ale nie wykluczył co do zasady możliwości rozstrzygania sporów tego rodzaju w drodze arbitrażu. Sprawa dotyczyła zaskarżenia uchwały w przedmiocie odmowy udzielenia absolutorium. Sąd I instancji odrzucił pozew na podstawie treści art. 1165 k.p.c. Sąd apelacyjny uznając, że sprawa ma charakter majątkowy, stwierdził, że zapis na sąd polubowny zawarty w umowie spółki nie wiąże powódki jako członka zarządu.

    Ocena obowiązującej regulacji

    W związku z istniejącymi wątpliwościami dotyczącymi zdatności ugodowej należy postulować, aby w przyszłości ustawodawca zrezygnował z tego kryterium jako przesłanki zdatności arbitrażowej sporów o charakterze majątkowym. Warto również zwrócić uwagę, że podobny trend występuje także w innych ustawodawstwach europejskich. Tym bardziej że istnienie korzyści płynących z poddania tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie sądów arbitrażowych nie budzi wątpliwości.

    Natomiast istotnym zagadnieniem, które wyłania się przy ocenie zdatności arbitrażowej sporów o stwierdzenie nieważności uchwał, a często pomijanym w polskiej literaturze, jest wpływ zapadłego w takiej sprawie orzeczenia na prawa osób trzecich (wspólników lub akcjonariuszy, niebiorących udziału w postępowaniu), które w przeciwieństwie do postępowania sądowego zwykle, czy to z uwagi na poufność arbitrażu, czy też niekiedy brak instytucji interwencji ubocznej w regulaminach arbitrażowych, zostaną pozbawione możliwości przystąpienia do postępowania, którego wynik może kształtować ich sytuację prawną (art. 254 par. 1 oraz 427 par. 1 k.s.h.). Z uwagi na to, że ramy niniejszego opracowania nie pozwalają na szerszą analizę tego zagadnienia, ograniczę się do stwierdzenia, że ogólny zakaz poddawania tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie sądu polubownego z uwagi na ochronę praw osób trzecich byłby rozwiązaniem budzącym poważne zastrzeżenia. W innych państwach przyjmuje się bowiem rozwiązania umożliwiające poddawanie tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie arbitrażu, pod warunkiem wszakże zapewnienia możliwości udziału w tego rodzaju postępowaniach podmiotów, których praw lub obowiązków dotykać będzie zapadłe w takiej sprawie orzeczenie (por. np. orzeczenie Bundesgerichtshof z 29 marca 1996 r.).

    Artykuł był publikowany w GP z 21 maja 2009 r.

    na MacLawye® publikowany za zgodą autora.

    TEKST Piotr Nowaczyk

    Poczekaj spokojnie na załadowanie przeglądarki acrobat.com następnie pobierz dokument w formacie .pdf, lub ‘kliknij’ strzałkę w prawym rogu przeglądarki aby przeczytać artykuł w trybie pełnoekranowym.
    Publikacja na stronie za zgodą Autora.

    Piotr NowaczykPiotr Nowaczyk – adwokat; Partner w Kancelarii Salans. Członek Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego ICC w Paryżu. Prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie w latach  2006-2009.

    Liberalizm w więzieniach ?

    Paweł MoczydłowskiDo pracy w Centralnym Zarządzie Służby Więziennej wraca dr Paweł Moczydłowski – socjolog, ekspert ds. więziennictwa i były dyrektor SW w latach 1990-1994 – dowiedział się nieoficjalnie portal WPROST24. Sam Moczydłowski w rozmowie z Wprost24 potwierdził, że zaproponowano mu rolę cywilnego doradcy nowego szefa Służby Więziennej, płk Kajetana Dubiela. Przeciwko takiej decyzji protestuje część pracowników Centralnego Zarządu Służby Więziennej, którzy oskarżają Moczydłowskiego m.in. o zbyt liberalną politykę penitencjarną. – Krytykują mnie ludzie, którzy doprowadzili do rozpadu wymiaru sprawiedliwości i systemu więziennictwa w Polsce – replikuje Moczydłowski.
    Dr Paweł Moczydłowski był na początku lat 90. autorem reformy, która poważnie zliberalizowała stosunki panujące w więzieniach. Strażników zobowiązano wówczas do zwracania się do więźniów per pan; więźniom wydłużono spacery, zwiększono ich dostęp do rozrywek, zaczęto stosować przepustki w odbywaniu kary, umożliwiono częstsze spotkania z rodzinami, powstały “pokoje intymne”, w których więźniowie mogli spotykać się z żonami. Ci, którzy pracowali na rzecz zakładu karnego, zaczęli dostawać za to wynagrodzenie. Moczydłowski stawiał silny akcent na resocjalizację więźniów. – Jeśli więzień nie ma żadnej nadziei na odmianę losu, to rośnie jego desperacja i dochodzi do ekstremalnych zachowań – tłumaczył. O zwolennikach zaostrzenia rygoru więziennego – m.in. Lechu Kaczyńskim, ministrze sprawiedliwości w rządzie AWS – mówił, że są to osoby myślące o karze w sposób „klozetowy”. – Otóż przychodzi się do toalety, załatwia się swoje potrzeby fizjologiczne, spuszcza wodę i myśli, że to leci w jakiś inny układ kosmiczny. To wylatuje w rzece obok, z której my pijemy wodę – wyjaśniał.

    „Krytycy powinni siedzieć cicho”
    Część funkcjonariuszy Centralnego Zarządu Służby Więziennej jest jednak innego zdania. Wypowiadają się anonimowo, bo obawiają się o swoje stanowiska pracy. Przypominają, że liberalna polityka penitencjarna doprowadziła do popełnienia szeregu zabójstw przez więźniów przebywających na przepustkach. Wypominają również Moczydłowskiemu zwolnienia ze Służby Więziennej kilkudziesięciu funkcjonariuszy SW, którzy w procesach sądowych zostali przywróceni do pracy.
    - Teraz na miejsce w więzieniach oczekuje 70 tysięcy ludzi, a 40 tysięcy więźniów nie zgłosiło się do odbycia kary. To o czym my ku..a mówimy – zaklął były szef SW. – Za moich czasów więźniowie, mimo że otrzymywali liczne przepustki, po ich zakończeniu wracali do więzień. Teraz więzienia są przepełnione, panują w nich nieludzkie warunki, dochodzi do łamania praw człowieka – a wszystko to jest winą ludzi, którzy teraz krytykują moje metody. Powinni siedzieć cicho – mówi Moczydłowski.
    Były szef SW zwraca również uwagę, że problem z tłokiem w polskich więzieniach będzie narastał. – Przestępcy, którzy nie zgłosili się do odbycia kary, często uciekają z Polski i buszują po Europie. Doprowadziliśmy do sytuacji, w której UE przyjęła rezolucję nakazującą krajom członkowskim przyjmowanie do swoich zakładów karnych więźniów z danego kraju odbywających karę pozbawienia wolności poza jego granicami. To oznacza, że kolejka oczekujących na odbycie kary wydłuży się o kolejne 4 do 8 tysięcy osób – ostrzega Moczydłowski.

    Nadal nie ma procedur
    Część funkcjonariuszy CZSW ma również zastrzeżenia do mianowanego ostatnio na stanowisko szefa SW płk. Kajetana Dubiela. Twierdzą, że jest protegowanym Moczydłowskiego, a jako dyrektor Biura Penitencjarnego SW spowodował, że spadł poziom pracy penitencjarnej w zakładach karnych i aresztach śledczych. Szczególny niepokój funkcjonariuszy CZSW budzi brak procedur postępowania wychowawców i psychologów w razie podejrzenia popełnienia przez więźnia samobójstwa.
    - Mimo tylu negatywnych doświadczeń – samobójstwa w celi trzech zabójców Olewnika, a ostatnio samobójstwa w areszcie śledczym w Krasnymstawie – płk Dubiel nie podjął właściwych działań – nie kryją goryczy pracownicy CZSW. O tę ostatnią sprawę zapytaliśmy byłego szefa Służby Więziennej, do niedawna przełożonego płk. Dubiela – gen. Pawła Nasiłowskiego. – Jestem dżentelmenem i na takie pytanie nie mogę odpowiedzieć. Mam pewne zasady, którymi się kieruję, a jedną z nich jest lojalność wobec moich współpracowników – uciął gen. Nasiłowski.

    Artur Bartkiewicz
    Wprost

    zakowski150MacLawye® publikuje znakomity i ważny artykuł Jacka Żakowskiego ‘przedrukowując’ go za Studiem Opinii; w nadziei, że dotrze on do szerszego kręgu środowisk prawniczych i przerwie milczenie prawników-praktyków o patologii w postępowaniach przygotowawczych w sprawach karnych (nie tylko tych z aspektem politycznym).

    Skończmy z niedomówieniami

    „Czy przypadkiem na naszych oczach – zapytał Robert Walenciak w »Przeglądzie« – (…) nie rodzi się afera dotycząca prokuratorów, którzy szantażowali podejrzanych i nakłaniali ich do fałszywych zeznań?”.
    Czytam tekst Walenciaka… Przypominam sobie podsumowane przez niego kolejne relacje ze spraw posłanki Małgorzaty Ostrowskiej, posłanki Barbary Blidy, posła Jana Widackiego i widzę oczywistą odpowiedź.
    Chciałbym ją zadedykować koalicji PO-SL, rządowi, premierowi i zwłaszcza świeżemu jeszcze ministrowi sprawiedliwości na drugą rocznicę ich rządu. A właściwie chciałbym ją zadedykować wszystkim uczciwym politykom z okazji drugiej rocznicy definitywnego upadku rządów Jarosława Kaczynskiego, Zbigniewa Ziobry i spółki.. Zwłaszcza zaś powinienem ją zadedykować prezydentowi oraz tym uczciwym politykom PiS, którzy wciąż jeszcze spokojnie obserwują i tolerują wyczyny swoich kolegów w tzw. komisji naciskowej. Bo myślę, że w świetle tego, co już teraz wiemy o działaniach prokuratury wobec Ostrowskiej, Blidy i Widackiego, nie da się dalej udawać, że zmiana władzy, jaka się dokonała z grubsza dwa lata temu , była tylko rutynowym przekazaniem pałeczki w demokratycznej sztafecie konkurujących ze sobą partii, ideologii, tradycji i wizji politycznych.
    „Za obietnicę wyjścia z aresztu na święta zgodziłem się ześwinić i obciążyłem panią Ostrowską. Celowo i świadomie zeznałem w prokuraturze nieprawdę” – mówi byty policjant, który przez pół roku „walczył o życie”, osadzony w celi z zabójcami. Fałszywe zeznania wymusiła na nim prokuratura.
    „Ja bym z diabłem pakt zawarł” – mówi fałszywie oskarżający Widackiego – skazany m.in. za gwałt na 11-latce – Sławomir R., którego przeżycie w więzieniu zależało od tego, jak skutecznie będzie chroniony przed współwięźniami. Teraz R.. wycofał zeznania obciążające Widackiego, bo prokuratura nie dotrzymała obietnic danych w zamian za fałszywe zeznania. Za podobne fałszywe oskarżenie Widackiego przeprosił też Łukasz Z., tzw. mały świadek koronny. Złożył je, gdy prokuratura obiecała mu przeniesienie z więzienia, gdzie siedział razem z przestępcami, których sypał.
    Przypadek Blidy był bardzo podobny. Po dojściu PiS do władzy wcześniej aresztowana Alexis oskarżyła ją w zamian za nadzwyczajne złagodzenie kary.
    Gdy czas płynie, poznajemy kolejne pikantne szczegóły. Historię pani prokurator, która wypłakiwała się kolegom, że nie chce fałszywie oskarżać Widackiego, ale pękła i przestała płakać, gdy otrzymała awans. Albo zeznania prokuratora, który w sprawie Blidy „zmienił zdanie” po rozmowie z szefem.
    Od zmiany rządu minęły dwa lata. Pracuje „komisja naciskowa”, mamy trzeciego prokuratora generalnego. O bezprawiu i nadużyciach w wymiarze sprawiedliwości wiemy już bardzo dużo. Ale żaden z prokuratorów, wymuszających fałszywe zeznania, nie trafił do więzienia ani do aresztu. Żaden nie siedzi na ławie oskarżonych. Żadnemu nawet nie postawiono zarzutów. Ich dawni przełożeni – minister Ziobro i wiceminister Kempa – bez najmniejszych kompleksów brylują wystrojeni w piórka jedynych sprawiedliwych pogromców układu i obrońców sprawiedliwości
    Zdrowie demokracji wymaga powstrzymania się od politycznego rewanżu, zemsty, represji wobec poprzedników. Domniemanie niewinności musi w szczególnym stopniu obejmować tych, którzy przegrali wybory i stracili władzę. Wymiar sprawiedliwości musi być wobec nich szczególnie ostrożny. Ale ostrożność to jedno, a bezkarność to całkiem co innego. Domniemanie niewinności to jedno, uniewinnienie to drugie. Mam wrażenie, że nam się to trochę przez te dwa lata zlało. Jeśli zleje się definitywnie, będzie to jedna z największych i najbardziej złowróżbnych porażek naszej demokracji i praworządności. Nie tylko dlatego, że winni nie zostaną ukarani i sprawiedliwości nie stanie się zadość.
    Świat z natury nie jest sprawiedliwy, a mimo to nie najgorzej się kręci. Sęk w tym, że bezkarność wymiaru sprawiedliwości nieuchronnie prowadzi do trwałej i radykalizującej się niesprawiedliwości. Jeśli teraz nie uda się wymierzyć sprawiedliwości zdeprawowanemu wymiarowi sprawiedliwości z czasów Ziobry, następnym razem nieprawość będzie jeszcze bardziej harda i bezwstydna. Nie chciałbym wtedy być w skórze tych, którzy teraz, świętując rocznicę normalności, stoicko przymykają oczy na to, co działo się wcześniej.

    Mateusz i KonstytucjaKażdy student prawa już na trzecim roku dostrzega pewną prawidłowość w polskim systemie prawnym. Ucząc się bowiem do egzaminu, czy to prawa konstytucyjnego, karnego, czy cywilnego, najpierw czyta o regulacjach danej instytucji prawnej bądź też rozwiązaniach ustrojowych przyjętych w Niemczech i Francji. W 90% przypadków po rozbudowanym wstępie i podsumowaniu legislacji naszych zachodnich sąsiadów, autor niemal każdego podręcznika dochodzi do wniosku, że w Polsce przyjęto system mieszany. Dla wykpienia tej tendencji, ktoś kiedyś wymyślił i rozpropagował przed laty mówienie o takiej typowo polskiej konstrukcji prawnej “system mięszany” i to się wśród studentów przyjęło. Zatem, jak to w swoich felietonach pisze Stanisław Tym: uwaga korekta mięszany to nie błąd ortograficzny, nie poprawiać, to polski wynalazek.

    Polski system prawny jest wypadkową innych kontynentalnych systemów prawnych. Nie ma się czemu dziwić, pamiętajmy, że w 1918 roku w Polsce obowiązywały trzy różne systemy prawne. Dopiero późniejsze reformy w dwudziestoleciu międzywojennym doprowadziły do unifikacji prawa, rozpoczynając wielką, wspaniałą, i trwającą do dzisiaj tradycję polskiego mięszania rozwiązań prawnych. Dorzucenie do naszego kociołka legislacyjnego rozwiązań jedynego słusznego systemu panowania klasy robotniczej ową tendencję jedynie wzmocniło. Dodajmy do tego zmiany ustrojowe początku lat dziewięćdziesiątych, małą, potem dużą konstytucję i równolegle implementowane prawo Unii Europejskiej, a otrzymujemy jedyny w swoim rodzaju węzeł gordyjski tradycji prawnej i rozwiązań prawnych, jak ów węzeł, po ich uchwaleniu nie do rozwiązania.

    Owe mięszanie ujawniło się niestety także na płaszczyźnie dla każdego obywatela najważniejszej: ustroju politycznego Polski określonego w konstytucji RP. I tak każdy premier spogląda zazdrosnym okiem na rozwiązania naszych niemieckich sąsiadów i dostrzegając zalety systemu kanclerskiego, gdzie szef rządu nie musi w sprawie każdej kontrowersyjnej ustawy przekonywać głowy państwa, aby łaskawie zrezygnowała z prawa weta. Z kolei każdy prezydent RP chciałby, tak jak prezydent USA po otrzymaniu legitymacji w wyborach powszechnych po prostu rządzić, a nie siedzieć w Pałacu Namiestnikowskim, przyjmować ambasadorów, wręczać ordery i od czasu do czasu powiedzieć parlamentowi „nie” wiedząc że zazwyczaj spotka się to z powszechną krytyką.

    Nasz mięszany ustrój nazywany jest przez bardziej oczytanych systemem parlamentarno-gabinetowym. Tu jednak należy zaznaczyć, że taki system obowiązuje nie w Polsce, a w Wielkiej Brytanii, tam bowiem królowa jest głową państwa i teoretycznie ma tak szerokie kompetencje, że może odmówić mianowania premiera. Teoretycznie. Bo praktycznie, manarcha przestał używać swoich uprawnień na początku XVIII wieku. I proszę,… system brytyjski działa, a nawet spisanej konstytucji nie mają.

    I tu właśnie rozbijamy się o pojęcie, które w Polsce nie istnieje: „tradycja konstytucyjna”. Najlepszym prawem są normy nigdzie nie spisane, prawo i tradycja, które się wykształciło w miarę budowania ustroju politycznego. W Polsce nie ma tradycji konstytucyjnej, bo konstytucja obowiązuje dopiero od dwunastu lat. Wszelkie ostatnie spory premiera z prezydentem, o miejsce w samolocie, o swoje prerogatywy, uprawnienia etc. są żenujące i wynikają z przyjęcia mięszanego ustroju władzy wykonawczej, ale te spory są jednak zdarzeniami, są w pewien sposób faktami prawnym w budowaniu polskiej tradycji konstytucyjnej. Odwołując się raz jeszcze do ‘tymowskiej “nowej tradycji”, pamiętajmy, że sami sobie stworzyliśmy system, któremu daliśmy legitymację poprzez referendum, system w którym premier może, ale nie wszystko i prezydent też może, ale nie za dużo, i na tyle wystarczająco, żeby temu pierwszemu życie uprzykrzyć.

    W naszym swojskim mięszanym systemie nie wiadomo, bo konstytucja tego nie reguluje, jak prezydent ma współdziałać z rządem w kształtowaniu polityki zagranicznej; i tu właśnie przydałaby się nam tradycja konstytucyjna, która na owe kłopotliwe kwestie odpowiedzieć by pozwoliła. I coś tam zaczęło nawet mieć już kształt tej przysłowiowej nowej tradycji ale już konstytucyjnej, że premier to bardziej od spraw gospodarczych jest i Unii Europejskiej, a prezydent, jako zwierzchnik sił zbrojnych od reprezentacji Polski w strukturach NATO.

    Ale… Premier Donald Tusk znudzony już „użeraniem” się z naszym Prezydentem wreszcie stwierdził, że ustrój należy zmienić. I bardzo dobrze ! Tylko na jaki ? Prezydencki ? Kanclerski ? Zaczynają się lepić początki tradycji konstytucyjnej, a tu zmiana…

    Czy zmiana ma polegać jedynie na odebraniu prezydentowi prawa weta i wprowadzeniu wyboru poprzez Zgromadzenie Narodowe ? Czy może na czymś innym ? I tak nasz system mięszany przejdzie przez młynek legislacyjny, będą projekty, będą propozycje, poprawki, będą dysputy polityczne, skończy się kadencja jednego parlamentu, rozpocznie kolejnego, nowi dorzucą coś od siebie, starzy dodadzą trzy grosze i finalnie otrzymamy zmięszany system mięszany, a tradycji konstytucyjnej, jak nie było tak nie będzie…

    Mateusz Majewski

    Marek FurtekO tym, dlaczego arbitraż nie cieszy się powszechnym zainteresowaniem przedsiębiorców, mówi Marek Furtek, prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej.

    Pamiętam, jak w 2005 r. wchodził w życie zmieniony kodeks postępowania cywilnego. Wiele sobie po nim obiecywano, jeśli chodzi o upowszechnienie arbitrażu. Po kilku latach statystyki wpływów spraw do sądów polubownych wydają się mówić jedno: arbitraż to porażka. Czy zgadza się pan z taką tezą?

    Marek Furtek: Ustawodawca w 2005 r. nie chciał uczynić arbitrażu sądownictwem powszechnym. Sąd polubowny nie miał „trafić pod strzechy”. Liczba rozpatrywanych obecnie sporów nie jest porażką. Pod względem ilościowym sądownictwo polubowne zawsze będzie zjawiskiem marginalnym w stosunku do liczby spraw cywilnych czy gospodarczych rozpoznawanych przez sądy powszechne.

    Dobrze, ale jak marginalnym? W KIG, w największym takim sądzie, mamy obecnie kilkaset spraw rocznie…

    W najlepszych latach było ich 600 – 700, w gorszych ok. 200. W 2008 r. mieliśmy 260 spraw, w tym roku już przekroczyliśmy tę liczbę. Uważam, że to dobry wynik. Oczywiście to niewiele w porównaniu z 11 mln spraw, które trafiają do sądów powszechnych, ale też nie chodziło o to, aby zbudować konkurencyjny dla nich system. Sądownictwo polubowne jest dopełnieniem, uzupełnieniem państwowego wymiaru sprawiedliwości i spełnia swoją rolę.

    Wzrostu liczby spraw w arbitrażu jednak w ostatnich latach nie było…

    Widzę to inaczej. Nie sądzę, żeby zamysłem ustawodawcy było za wszelką cenę upowszechnić arbitraż w obrocie gospodarczym. Można przewrotnie powiedzieć, że w pewnych kwestiach ta nowelizacja nawet utrudnia jego rozwój.

    Idea powszechności arbitrażu przyświecała raczej organizacjom przedsiębiorców. Ja się z nią nie utożsamiam. Jak powiada mec. Piotr Nowaczyk, arbitraż to sąd dla dżentelmenów, a więc zawsze w pewnym sensie instytucja elitarna.

    Czyli nie zależy panu, żeby było go więcej?

    Oczywiście, że zależy. Trzeba jednak pamiętać, że jeżeli liczba spraw z 400 wzrośnie do 600, to odniesiemy pełny sukces, jeżeli będzie ich 800, będzie to sukces spektakularny. Proszę pamiętać, że w Polsce już obecnie pod względem liczby spraw i wartości przedmiotu sporu sąd arbitrażowy stoi znacznie lepiej niż wszystkie pozostałe w naszym regionie.

    Co jest dla niego barierą?

    Informacja o zaletach arbitrażu jest słabo rozpowszechniona, zwłaszcza wśród mniejszych przedsiębiorców. Myślę, że to główny powód. Oczywiście ma też wady, które zniechęcają przedsiębiorców.

    Czytaj całość wywiadu w:
    Rzeczpospolita – Dobra Firma

    Kwestie skandalicznie niskich odszkodowań za oczywiście niesłuszne tymczasowe aresztowanie, MacLawye® poruszał wielokrotnie. (Z najbardziej kuriozalnym przypadkiem, kiedy to sąd odwoławczy umniejszył przyznane odszkodowanie o koszty wyżywienia w areszcie).
    Sprawa jest bulwersująca, zwłaszcza, że sądy przyznające odszkodowanie są “sędziami we własnej sprawie”. Wydaje się, że sprawą powinien zająć się Rzecznik Praw Obywatelskich.

    Łatwo jest aresztować; trudniej zasądzić za niesłuszny areszt odszkodowanie

    Łatwo jest aresztować; trudniej zasądzić za niesłuszny areszt odszkodowanie

    adwokatwkonfesjonaleArt. 178 kodeksu postępowania karnego zakazuje przesłuchiwania w charakterze świadka obrońcy co do faktów, o których dowiedział się udzielając porady prawnej oraz duchownego co do faktów, o których dowiedział się przy spowiedzi.

    Nieprzypadkowo te dwie tajemnice, tajemnica adwokacka i tajemnica spowiedzi, wymienione są (a zarazem chronione) w tym samym przepisie prawnym; wskazuje się w teorii prawa, że tym sposbem ustawodawca chciał wskazać, jaką wagę przypisuje tajemnicy adwokackiej, w pewien sposób prawnie zrównując ją z tajemnicą spowiedzi. O ile bowiem tajemnica spowiedzi jest powszechnie zrozumiała i akceptowana o tyle tajemnica adwokacka może wzbudzać społeczne wątpliwości.

    W teorii prawa wskazuje się, że przepis art. 178 kodeksu karnego zawiera w sobie normy prawne skierowane nie tyle do adwokatów i duchownych pozwalające im odmówić składania zeznań w charakterze świadków, co do faktów o których dowiedzieli się – odpowiednio – przy wykonywaniu obrony albo w trakcie spowiedzi; ale przede wszystkim do organów państwa, zakazujących w ogóle przesłuchiwania w charakterze świadka obrońcy i duchownego, co do tych faktów.

    Więcej nawet, zawarte w art. 178 k.p.k. normy prawne nie tylko nie pozwalają organom państwa przsłuchiwać w charakterze świadka adwokata bądź duchownego ale zakazują organom ścigania słuchać takich zeznań, gdyby – załóżmy teoretycznie – jakikolwiek adwokat bądź duchony sam z siebie zgłosił się do tych organów i oświadczył, że oto chce się podzielić informacjami, jakie pozyskał przy sprawowaniu funkcji obrońcy bądź, w wypadku duchownego, w trakcie spowiedzi, bo oto organy ścigania prowadzą skomplikowane śledztwo a on wszystko wie i zaraz powie. Nie wolno ! Nie wolno adwokatowi i duchownemu mówić o tych faktach; i nie wono organom ścigania wysłuchiwać takich informacji. To są standardy rozwiniętych i cywilizowanych społeczeństw; te standardy obowiązywały w Polsce także za czasów budowy jedynego słusznego ustroju – i nikt ich nie kwestionował.

    Tymczasem dowiadujemy się, że w demokratycznej Polsce służby specjalne podsłuchują adwokatów.

    Rozmowy dwóch adwokatów: Romana Giertycha i Stanisława Rymara są w stenogramach rozmów nagranych przez ABW. I przekazanych do prokuratury. Ta jednak – wbrew przepisom – ich nie zniszczyła – pisze “Rzeczpospolita”. [Źródło: tvn24.pl]

    - Tajemnica adwokacka jest prawie równoważna z tajemnicą spowiedzi. Umieszczanie tego typu stenogramów w aktach sprawy jest zdumiewające. Jak się wydaje, mamy do czynienia nie tylko z naruszeniem szczególnie chronionej tajemnicy, ale również prawa do obrony – mówi mecenas Joanna Agacka-Indecka, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej.

    Nie wiem czy w cytowanej wypowiedzi Pani Prezes Joanny Agackiej-Indeckiej nie nastąpiło drobne “przekłamanie” redakcyjne i słówko “prawie” zastąpiło słowo “prawnie” – bo jasnym jest, jak wyżej wskazałem, że tajemnica adwokacka jest prawnie równoważna z tajemnicą spowiedzi. I jest to celowy zabieg legislacyjny ustawodawcy.

    Stenogramy z rozmów mecenasów znajdują się w aktach śledztwa warszawskiej Prokuratury Apelacyjnej, w którym dziennikarz Wojciech Sumliński jest podejrzany o płatną protekcję. Adwokaci dzwonili na numer telefonu Sumlińskiego, któremu za zgodą sądu założono podsłuch. Wiceszef Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie Robert Majewski uważa, że nic się nie stało. – Każda nagrana rozmowa musi być przedstawiona prokuratorowi, który zapoznaje się z jej treścią – stwierdza. I jednocześnie zapewnia: – Przed zakończeniem śledztwa materiały uznane m.in. za tajemnicę adwokacką zostaną zniszczone. Nie każda rozmowa z adwokatem jest objęta tajemnicą.

    Otóż z taką wykłądnią zgodzić się nie można. Prokurator nie może decydować o tym, która rozmowa adwokata-obrońcy z klientem jest objęta tajemnicą a która nie. Prokuratorowi nie wolno słuchać rozmowy obrońcy z klientem tak jak nie wolno mu słuchać rozmowy penitenta z duchownym – czy zgodzilibyśmy się z postulatem, aby prokurator zapoznawał się z tajemnicą konfesjonału i decydował, w którym momencie penitent wyznaje grzechy a w którym sobie jedynie plotkuje z duchownym ?

    W najbliższy wtorek Naczelna Rada Adwokacka zajmie się sprawą nielegalnego (bo podsłuchiwanie rozmowy obrońcy z podejrzanym jest nielegalne) podsłuchiwania adwokatów. I mam nadzieję, że nie skończy się li tylko na podjęciu przez Naczelną Radę Adwokacką stosownej uchwały wyrażającej oburzenie i protest. Skoro bowiem organa państwa nie rozumieją istoty zakazu zawartego w przepisie art. 178 kodeksu postępowania karnego, to przepis ten należy znowelizować aby stał się dla prokuratorów zrozumiały. A po nowelizacji dotychczasową treść przepisu art. 178 k.p.k. należy oznaczyć jako § 1, i dodać do tego przepisu § 2 w brzmieniu: treść rozmowy obrońcy z oskarżonym bądź podejrzanym oraz treść spowiedzi nie może być w żadnej formie środkiem dowodowym a organom ścigania zakazuje się pozyskiwania i utrwalania takich treści.

    Jeśli ktoś jest odmiennego zdania, winien sobie uświadomić, że obecna interpretacja przez prokuratorów art. 178 k.p.k. dopuszcza możliwość montowania mikrofonów w konfesjonałach.

    KPK z roku 1928-go

    KPK z roku 1928-go

    MacLawye® przypomina przepis pomieszczony w Dekrecie Naczelnika Pańśtwa z dnia 30 grudnia 1918 r. w przedmiocie statutu tymczasowego Palestry Państwa Polskiego:

    Art. 8. Adwokat winien zachować tajemnicę co do wiadomości otrzymanych z tytułu wykonywania swego zawodu, i nie może być zmuszony do ich wyjawienia przed sądem lub jakąkolwiek władzą.

    Powyższy przepis uzupełniał art. 102 kodeksu postępowania karnego z 1928 r. który stanowił, że duchowny jak i adwokat z tajemnicy zwolnieni być nie mogą – i sprawa była wówczas jasna.

    Środowisko arbitrów chce przez spopularyzowanie problematyki sądów polubownych zwiększyć ich rolę w rozstrzyganiu sporów

    arbitrażTemu była poświęcona konferencja „Współdziałanie, nie konkurencja! Arbitraż a sądy powszechne: jak budować wzajemne relacje” zorganizowana przez Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej. Lwią część uczestników stanowili sędziowie sądów cywilnych i gospodarczych.

    To drugie takie spotkanie. Poświęcone było ono tzw. klauzuli porządku publicznego, na podstawie której sąd państwowy może nie uznać wyroku sądu polubownego. Ta kontrolna procedura jest krytykowana za to, że przedłuża procesy, gdyż szybki wyrok arbitrażu trafia zwykle jeszcze do sądu państwowego. Stąd postulaty, by ją skoncentrować w wybranych sądach, a może wręcz w jednym dla całej Polski. Jak jednak podkreślał prof. Karol Weitz, współautor wydanej właśnie monografii „Sąd Arbitrażowy”, nie mają one teraz szans. Alternatywną drogą udrożnienia arbitrażu są szkolenia i popularyzacja polubownej ścieżki.

    Marzeniem szefów sądu, mecenasów Marka Furtka i Andrzeja Kalwasa jest upowszechnienie w polskim biznesie obyczaju z krajów Europy Zachodniej, w których skierowanie sporu do sądu państwowego zamiast polubownego jest w złym tonie.

    W Polsce arbitraż jest wciąż elitarną drogą rozstrzygania sporów, a niektórzy znawcy tej branży uważają, że tak być musi. SA przy KIG, choć największy w Polsce, będzie miał w tym roku jedynie ok. 400 spraw.

    Marek Domagalski 22-10-2009

    Rzeczpospolita

    obliczeMacLawye® otrzymał odpowiedź z Biura Prawa i Ustroju Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej w sprawie prawa Prezydenta RP do nie uwzględnienia wniosku Krajowej Rady Sądownictwa w przedmiocie nominowania na stanowisko sędziego sądu powszechnego (odpowiednio nominacji sędziego sądu rejonowego na sędziego sądu okręgowego). Sprawa była głośna w środowiskach prawniczych przed dwoma laty; a MacLawye®  komentował ją na bieżąco nie ukrywając swojej opinii, iż Pan Prezydent Lech Kaczyński naruszył Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej i powinien być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu.

    Sprawa nominacji ośmiu sędziów (odmowy nominacji) wzbudziała uzasadnione zainteresowanie Rzecznika Praw Obywatelskich oraz – na wniosek Krajowej rady Sądownictwa – była przedmiotem rozważań Trybunału Konstytucyjnego w pierwszym sporze kompetencyjnym, wszczętym na wniosek Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego (o czym MacLawye® także informował)

    O tym, że treść skargi kompetencyjnej Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego omija istotę sprawy i jest do kitu a Trybunał Konstytucyjny pewnie ją odrzuci, MacLawye® pisał zaraz po zapoznaniu się z jej treścią.

    W istocie problem odmowy nominowania sędziów przez Prezydenta RP nie jest konstytucyjnie jednoznaczny. MacLawye® nadal stoi na stanowisku, że Prezydent RP, jeśli nie chce nominować określonej osoby na stanowisko sędziego winien zwrócić wniosek Krajowej Radzie Sądownictwa z odpowiednią motywacją a ta powinna ewentualnie wniosek wycofać (tak postąpił Prezydent Aleksander Kwaśniewski); natomiast – zdaniem MacLawye®’a – Prezydent RP nie jest uprawniony do wydawania postanowienia o odmowie nominowania sędziego. Jest tak dlatego, że jeśli uznamy postanowienie Prezydenta RP za akt stosowania prawa, to – jak każdy akt tego typu – powinien on podlegac kontroli sądowo-administracyjnej, a takiej postanowienie Prezydenta RP nie podlega. MacLawye® uważał, że postanowienie Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego o odmowie nominowania sędziów jest w istocie precedensem konstytucyjnym i jako takie stało się Źródłem prawa, które może być kontrolowane przez Trybunał Konstytucyjny. Zadna z zainteresowanych osób nie zwróciła się w tym trybie do Trybunału Konstytucyjnego. Pismo jakie MacLawye® otrzymał z Kancelarii Prezydenta jest prezentacją stanowiska (oczywiście stwierdzającą, że decyzja odmawiająca nominacji nie była precedensem konstytucyjnym), które MacLawye®’a nie przekonuje.