Jak przystało na mac’usera – a MacLawye® zajmuje się nie tylko prawem i polityką, ale także promocją Mac’ów i produktów Apple’a w codziennej pracy i użytkowymi zastosowaniami Internetu – MacLawye® z zespołem prowadzi w sieci stronę dedykowaną iPhone’om informującą o przebiegu kampanii wyborczej Andrzeja Olechowskiego.
Strona dostarcza informacji ze strony oficjalnej Dr. Andrzeja Olechowskiego a jej prezentację na ekranie komputera, można zobaczyć tutaj; natomiast zasoby strony można przejrzeć na komputerze (chociaż na ekranie komputera strona atrakcyjna nie jest) tutaj.
Na stronie:
- aktualności i artykuły prasowe ze strony oficjalnej;
- skróty informacji z sieci, z linkami do stron źródłowych;
- terminarz spotkań wyborczych Andrzeja Olechowskiego prowadzony przez szatb wyborczy;
- wideo z onet.TV i materiały własne;
- bezpośrednie wpisy i foto ze spotkań wyborczych.
Wystarczy, że w przeglądarce Safari na swoim iPhonie wpiszesz iphone.olechowski.net.pl następnie z menu systemowego wybierzesz dodaj [+] i komendę [Dodaj jako ikonę] i już
Przed odtworzeniem wideo, wyłącz głos w monitorze .TV – live po prawej, klikając w miniaturkę głośnika.
Nie lubię PiS’u. Platformy też nie lubię. Oba te ugrupowania w swojej politycznej praktyce realizują bowiem starą socjalistyczną zasadę kierowniczej roli partii w życiu narodu. Młodzi ludzie jedynie z lekcji historii mogą dowiedzieć się czym ta zasada była. Ale ja pamiętam. Różnica w pojmowaniu kierowniczej roli partii przez PiS i PO jest mniej więcej taka jak między gomułkowszczyzną a gierkowszczyzną. Ta druga jest nieco bardziej cywilizowana. Ale w sumie na jedno wychodzi. Wyborca może sobie wybrać: kierowniczą rolę PiS’u albo PO. Czy istotnie jest to jakiś wybór ? I czy na tym miała polegać demokracja ?
Nie lubię jak Polską kieruje partia. Zwłaszcza wodzowska. A obie – tak PiS jak i PO – są partiami wodzowskimi. Dyskusji wewnątrzpartyjnej się nie przewiduje. W PiS’ie jak za Gomułki o dyskusji w ogóle mowy nie ma i nikt nawet o niej nie śmie pomyśleć. Wódz decyduje. W PO jak za Gierka. Krytyka, prawda, może być, ale – z punktu mając na uwadze, że ona tak naprawdę nikomu nie podoba się – PO robi wszystko aby jej nie było. Przykładem ogłoszone zasady tzw. prawyborów.
Dlatego od lat bliskie mi są inicjatywy obywatelskie. Tyle tylko, że inicjatywy obywatelskie powyżej poziomu gminy nie maja w polityce szans. Przekonał się o tym Andrzej Olechowski. Pierwszy raz gdy po wyborach 2000 r. założył stowarzyszenie. Nazywało się Obywatele dla Rzeczypospolitej. Byłem tej inicjatywie przeciwny. Ale lojalnie wobec Olechowskiego poprowadziłem kongres założycielski OdR’u. Na kongres stowarzyszenie to rozwiązujący nie pojechałem; na zaproszeniu stało bowiem napisane, że uchwała o likwidacji podjęta zostanie bez dyskusji. Drugi raz Olechowski o nikłych szansach inicjatyw obywatelskich przekonał się tworząc Platformę Obywatelską. Długo to trwało zanim z niej wystąpił.
Po dziesięciu latach Andrzej Olechowski powraca. W jego obywatelskie spojrzenie na prezydenturę nie wątpię. Prezydentem Rzeczypospolitej byłby idealnym. W zasadzie, mógłby być w Sevres pod Paryżem przechowywany jako wzorzec prezydenta. Tylko, że z Sevres do Pałacu Namiestnikowskiego droga daleka; a niemrawa kampania Olechowskiego i stateczny program zbyt dobrze nie wróżą. Szkoda.
Że PO jako ruch obywatelski nie ma szans, przekonany byłem od początku. Ale, znowu lojalnie wobec Olechowskiego, włączyłem się w jej tworzenie. Krótko to trwało. Zarówno ludzie jak i metody tworzenia Platformy na najniższym szczeblu spowodowały, że poczułem się jak Sasza, który wstupił w kamsamoł. Smrodek był wyczuwalny już na początku. Dzisiaj stosunki na najniższych szczeblach PO są takie, że na jedno zawołanie Piskorskiego z Platformy nastąpił prawdziwy exodus młodzieży. A starzy działacze tak się lubią, że siedząc w gabinetach obok siebie, porozumiewają się korespondencyjnie (serdeczne pozdrowienia Waldy i Darku).
To inaczej miało być przyjaciele. I dlatego nie wygracie wyborów prezydenckich w 2010 r. – chyba, że Wam PiS pomoże.
A PiS może pomóc Platformie w jeden jedyny sposób. Walcząc o reelekcję Lecha Kaczyńskiego. Czy rzeczywiście Lech Kaczyński będzie kandydatem PiS w wyborach prezydenckich ? Pytanie wydaje się być retoryczne. Podobnie jak stawiane miesiąc temu, czy kandydatem PO będzie Donald Tusk. Zatem całkiem bezzasadne nie jest.
Właściwie za kandydaturą Lecha Kaczyńskiego przemawia jedynie miłość braterska, powszechny w PiS strach przed Prezesem i brak alternatywnego kandydata, którego działacze PiS’u mogliby Prezesowi zaproponować i wokół którego się skupić.
Wydaje się, że nie bez kozery Jarosław Kaczyński zapewniając, że jedynym kandydatem PiS’u do urzędu Prezydenta jest jego brat, dodaje, że jednak ostateczna decyzja należy do Pana Prezydenta. A pan Prezydent zdaje się ma już serdecznie dość swojego urzędu. I zostawia sobie furteczkę. Od listopada tak dalece spadła odporność fizyczna Lecha Kaczyńskiego, że co wciąż jest chory. Może się okazać, że z uwagi na stan zdrowia Lech Kaczyński oświadczy, że nie wystartuje w wyborach. I uratuje PiS przed niechybnym unicestwieniem politycznym, do którego – zgodnie z wieloletnią tradycją – prowadzi PiS Jarosław Kaczyński. Ale kto zamiast Lecha Kaczyńskiego ? Szanowni członkowie PiS’u: Zyta Gilowska !
Po pierwsze Zyta jest byłą „siostrą Tuska” i może w kampanii śmiało twierdzić, że dobrze poznała jego wodzowski charakter i bez bicza w postaci silnego prezydenckiego weta, PO tak zdominuje scenę polityczną, że… (i tu mogą znowu wylatywać z lodówki różne produkty). Po drugie Zyta jest babą. I to nie byle jaką. To baba z jajami. Wobec jej kandydatury uczestnictwo Olechowskiego w kongresie Partii Kobiet i poparcie Komorowskiego dla parytetów nic nie znaczą. Po trzecie: Pani Prezydent Zyta Gilowska ratuje PiS przed niebytem politycznym nie naruszając dominującej pozycji Jarsława Kaczyńskiego w partii. Wyrazista Zyta wygrywa zarówno z miałkim Komorowskim jak i dostojnym Olechowskim.
A zatem PiS’ie: Zyta na Prezydenta !!!
Honorarium za tę radę proszę przekazać na dowolny cel charytatywny.
Mediacja, czyli jak uniknąć sporu przed sądem ?
Jerzy Książek:
Mediacja jest procesem, w którym skonfliktowane strony w obecności profesjonalnego mediatora starają się dojść do rozwiązania konfliktu. W mediacjach nie ma żadnych rozstrzygnięć. Strony starają się rozwiązać swój konflikt w sposób możliwy do zaakceptowania przez obie strony, co nie zawsze oznacza pełnię satysfakcji, ale na pewno jest dla nich do przyjęcia. Niewątpliwie, żeby mediacja mogła mieć miejsce, musi zaistnieć konflikt, muszą być strony tego konfliktu i musi być mediator jako nieodzowna osoba, która wspiera te strony w rozwiązaniu konfliktu. Rozporządzenia dotyczące mediacji i mediatorów w Polsce na dzień dzisiejszy są ułomne, gdyż dopuszczają osoby zupełnie przypadkowe do tego, żeby prowadziły mediacje. W konsekwencji może to doprowadzić do zmarginalizowania, czy wręcz zaniku mediacji w Polsce. Prawo ewoluuje i społeczeństwo się ciągle zmienia, zmienia się świadomość społeczna, w związku z czym zmieniają się wymogi co do usługi mediacyjnej. W rozporządzeniach na temat tego, kto dzisiaj w Polsce może być mediatorem, czytamy, że mediatorem może być każdy, kto nie ma papierów stwierdzających, że jest nienormalny. Wystarczy, że ma, zupełnie niczym nie popartą (poza własnym przekonaniem), zdolność rozwiązywania konfliktów. Taki mediator na pewno nie będzie spełniał standardów profesjonalnego prowadzenia mediacji.
Joanna Hetman-Krajewska:
Poszczególne organizacje tworzą jednak pewne standardy.
Jerzy Książek:
Organizacje odpowiadają za stałe listy mediatorów, czyli ludzi mediujących w sprawach cywilnych. Jeśli jednak chodzi o sprawy karne, to prezes sądu okręgowego sam wpisuje na swoje listy mediatorów. W sprawach karnych nie trzeba mieć absolutnie żadnego udokumentowanego wyszkolenia.
Marek Tulipan
Osoba, która chce być mediatorem, składa wniosek o wpisanie go przez prezesa sądu okręgowego na listę osób „godnych zaufania, które mogą prowadzić mediacje w sprawach karnych”.
Jerzy Książek
Zdarza się, że takich osób prezes sądu nie widzi na oczy w ogóle. Dużo się jednak zmieniło. Są prezesi sądów, którzy wzywają kandydatów i prowadzą z nimi rozmowy. Wciąż jednak na niektórych listach wpisani są fryzjer, rzeźnik, policjant i inne osoby, które liczyły na to, że to będzie dobry interes. Podpisane przez nich ugody były potem często niezgodne ze standardami, przepisami prawnymi, a nawet przeciwko ofierze, czyli osobie pokrzywdzonej, czy sprawcy. Takie zachowania są wymierzone przeciw mediacji.
Joanna Hetman-Krajewska
Ten reżim wpisywania na listę mediatorów w sprawach karnych jest przerażający, gdyż są to sprawy bardzo szczególne, gdzie mamy do czynienia z wrażliwymi kwestiami psychologicznymi. Natomiast w sprawach cywilnych to poszczególne organizacje tworzą standardy, które wpisany na ich listę mediator musi spełniać.
Jerzy Książek
Tak naprawdę dwie czy trzy organizacje w Polsce prowadzą nie tylko szkolenia, ale także staże mediacyjne i gwarantują wpis na prowadzone przez siebie listy stałych mediatorów. Niestety, są też stowarzyszenia i różnego rodzaju firmy, które oferują szkolenia za śmieszne pieniądze, a też śmiesznie szkolą. Ustawodawca zrzucił na stowarzyszenia mediacyjne poziom wykształcenia tychże mediatorów. To też zostawia wiele do życzenia, ponieważ brakuje standardów ogólnopolskich.
Marcin Bachman
Moje doświadczenia ze stowarzyszeniami, które de facto tworzone są wyłącznie celem umożliwienia wpisu swoich członków na listę mediatorów prowadzoną przez prezesa sądu okręgowego sięgają czasu, kiedy kończyłem studia podyplomowe: „Konflikty w rodzinie i mediacje rodzinne” na SWPS. Widziałem wiele osób, dla których bycie mediatorem nie było potrzebą wewnętrzną, ale projektem biznesowym. Zostanie mediatorem wiązało się dla tych osób ze zmianą zawodu, szukaniem kolejnej szansy. Osoby te poszukiwały takich stowarzyszeń. Tak wtedy jak i teraz liczba renomowanych stowarzyszeń jest niewielka w porównaniu z dosyć dużą liczbą stowarzyszeń, w których zasady dopuszczenia na listę ich mediatorów były bardzo rozluźnione, dające szansę zostania mediatorem praktycznie każdemu. Takie stowarzyszenia mogą rekomendować ludzi, którzy nie są w wystarczający sposób przygotowani do bycia profesjonalnym mediatorem. Dla mnie, jako osoby zajmującej się mediacjami rodzinnymi i środowiskowymi, istotne w zawodzie mediatora jest to, by oferować profesjonalną usługę i zapewnić osobom, które przychodzą celem przejścia procedury mediacyjnej, komfort i bezpieczeństwo uczestnictwa w mediacjach. Mediacje rodzinne są bardzo specyficzne i wymagają dużo uwagi i delikatności, szczególnie, jeśli wplecione są w nie sprawy dzieci i inne kwestie rodzicielskie. Są to sprawy na tyle ważne, że nie można ich oddać osobie, która nie ma do nich wystarczającego przygotowania.
Magdalena Grudziecka
Co do profesjonalizacji zawodu mediatora, jest jednak ziarenko nadziei. W mediacjach w sprawach nieletnich ustawodawca nam coś mówi na temat tego, że mediator powinien mieć specjalistyczne szkolenie i specjalistyczną wiedzę: że nie jest to ani psycholog, który odczuł wenę bycia mediatorem, ani prawnik, czy ktokolwiek inny, tylko że jest do tego potrzebna specyficzna wiedza, łącząca różne zakresy – wiedzę prawną, psychologiczną, socjologiczną itd. Moja osobista definicja jest mediacji jest taka: mediacja jest to rozmowa. Nie należy się bawić w „rozstrzygacza”, a jedynie w osobę wspierającą rozmowę stron. Stronom należy dać wolność do podejmowania decyzji i tworzyć atmosferę do poszukiwania rozwiązań.
Krzysztof Boszko
Mówimy o mediacji sformalizowanej, oddanej w ręce profesjonalnych specjalistów. W tym momencie kształtuje nam się nowy zawód mediatora. Na razie kształtowanie tego zawodu polega raczej na eliminowaniu pewnych osób. To dotyczy chociażby apriorycznego wyłączenia z zawodu mediatora prawników profesjonalnych. Moim zdaniem jest to wylewanie dziecka z kąpielą, bo doświadczenia w alternatywnych formach rozwiązywania sporów wszelkich, zarówno pomiędzy klientami, jak i pomiędzy prawnikami, mamy dosyć dużo. Udział prawników profesjonalnych w mediacji jest potrzebny, nawet jeżeli nie będą oni mediatorami. Istnieje nawet tendencja do eliminowania pełnomocnika profesjonalnego. Jest jeden przepis, który dopuszcza możliwość posługiwania się pełnomocnikiem i to też kulawy, bo to mediator decyduje o tym, czy tego prawnika profesjonalnego nie wyłączyć w imię źle rozumianej równowagi stron. Zawarcie ugody nieprofesjonalnej, zwłaszcza w sprawach gospodarczych, czy rodzinnych, może być katastrofą.
Jerzy Książek
Mediator uczy się wiedzy niezbędnej mu do prowadzenia mediacji, czyli m.in. psychologii konfliktu, jego genezy, eskalacji i rozwiązywania. Dodatkowo, potrzebna jest wiedza dotycząca specjalizacji mediatora. W mediacji rodzinnej np. mediator musi wiedzieć wszystko o rodzinie. Najlepiej jest posiadać też wiedzę lokalną. W mediacjach karnych to musi być ktoś obeznany z prawem, ale z drugiej strony ktoś, kto ma wiedzę psychologiczną, dotyczącą podstawowej sprawy – fazy ofiary, która determinuje to, czy i kiedy jest możliwa mediacja. Kiedy dostajemy takie sprawy z sądu, dobrze jest, żeby sędziowie wiedzieli, że w pewnych momentach, przez jakiś okres czasu podchodzenie do mediacji byłoby bezsensowne. Ważne jest także wyczucie specyfiki art. 207, kontrowersyjnego, jeżeli chodzi o mediacje. Art. 207 w gruncie rzeczy dotyczący przemocy w rodzinie. A więc mediator w sprawach karnych, do którego nie ma żadnych wymogów i dostaje 207, najbardziej delikatny problem przemocy w rodzinie, nie mając doświadczenia, nie mając wiedzy, może tylko zaszkodzić.
Marcin Bachman
Tak jak już mówiłem wcześniej, mediacje rodzinne są specyficzne, a sprawy poruszane w trakcie takich mediacji są bardzo delikatne. Są pewne zalecenia organizacji, zajmujących się mediacjami rodzinnymi, które wyłączają pewne przypadki z zastosowania mediacji, jako metody rozwiązywania konfliktów. W sytuacji przemocy w rodzinie z zasady nie powinno się prowadzić takich mediacji, ponieważ dysproporcja w zasobach stron w trakcie sesji mediacyjnej będzie na tyle duża, że mediacje te nie zakończą się prawdziwym porozumieniem, gdyż będzie ono wymuszone. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadkach, gdy któraś ze stron konfliktu jest w trakcie leczenia psychiatrycznego lub w trakcie terapii psychologicznej. Wtedy stan emocjonalny tych osób nie pozwala na to, żeby mogły one uczestniczyć w sesjach mediacyjnych. W takich przypadkach zazwyczaj nie będzie bowiem możliwe zapewnienie tym osobom bezpieczeństwa, komfortu i równowagi w mediacjach. Jest to o tyle istotne, że w mediacjach rodzinnych te elementy, które wyłączają możliwość przeprowadzenia mediacji, wychwytywane są na ogół w trakcie sesji premediacyjnych. Takie sesje zalecane są w mediacjach rodzinnych. Są to indywidualne spotkania z każdą ze stron osobno, kiedy mediator ma szansę poznać szczegółowo istotę konfliktu, a także poznać tę osobę i dowiedzieć się, co tak naprawdę w niej jest. Sesje premediacyjne dają mediatorowi i stronie możliwość zaspokojenia jej potrzeby bycia wysłuchanym i udzielenia przez mediatora empatii, które pomogą tej osobie w przygotowaniu się do właściwych sesji mediacyjnych.
Joanna Hetman-Krajewska
Chciałabym poruszyć kwestię szkolenia sędziów, którzy kierują sprawę do mediacji i często kierują je w sposób nieprzemyślany właśnie w sytuacjach, kiedy spór nie nadaje się z różnych względów do mediacji. Sędziowie są często nieprzygotowani i to jest bardzo istotny problem. To środowisko również powinno być pod tym względem sprofesjonalizowane, żeby sędziowie mieli świadomość, jaka sprawa pod jakimi warunkami nadaje się do mediacji. Kierowanie do mediacji w sposób nieprzemyślany sprawy, która na etapie premediacyjnym zostanie zdyskwalifikowana przed profesjonalnego mediatora, jest tylko przedłużaniem postępowania przed sądem.
Monika Kolbus
W kwietniu 2009 roku uczestniczyłam w szkoleniu z zakresu Mediacji organizowanym w ramach doskonalenia zawodowego pracowników wymiaru sprawiedliwości i finansowanym z Europejskiego Funduszu Społecznego. Sędziowie zwracali tam uwagę na fakt, że listy mediatorów nie zawierają dokładnych danych odnośnie specjalizacji mediatorów. Poza tym listy te nie są aktualizowane. Mediatorzy podkreślali, że przesyłana im dokumentacja, dotycząca stron mediacji, zawiera jedynie dane adresowe. O wiele sprawniej przebiegałoby ustalanie terminu spotkań ze stronami, gdyby posiadali dane kontaktowe, takie jak numer telefonu. Z kolei mediatorzy, którzy nie mają wykształcenia prawniczego, pragnęliby otrzymać od sędziego wskazówki, jakie przede wszystkim zapisy powinny znaleźć się w danej ugodzie, aby bez zwłoki została ona zatwierdzona przez sędziego. Uważam, że rozwiązaniem tych problemów mogłyby być regularne spotkania mediatorów z sędziami, nawet trzy razy w roku.
Jerzy Książek
Chciałbym wrócić do list mediatorów. Dziwnym trafem na listach mediatorów w sprawach cywilnych są osoby nie przynależne do żadnego stowarzyszenia, nie wiadomo przez kogo i kiedy przeszkolone i na dzień dzisiejszy jest to też problem. Uważam, że ci ludzie działają na niekorzyść mediacji. Kto, kiedy, gdzie i dlaczego wpisał je na listy mediatorów stałych, za które odpowiadają stowarzyszenia?
Marcin Bachman
Sprawdźmy to. Może to będzie jedna z konkluzji, jaka będzie wieńczyła nasze spotkanie. W mojej praktyce nie mam do czynienia z mediacjami skierowanymi przez sąd. Nie jestem bowiem wpisany na żadną listę prowadzoną przez Prezesa Sądu Okręgowego. Jeżeli jednak istnieje taki problem, to należałoby coś z tym zrobić. Bardzo chętnie włączę się w jakąś akcję.
Marek Tulipan
Problem z listami stałych mediatorów wynika z samej ułomnej konstrukcji tej instytucji, ponieważ listę stałych mediatorów w sprawach cywilnych po prostu się zgłasza. Przesyła się ją do sądu i w tym momencie ta lista nabiera bytu sądowego. Problem polega na tym, że taką listę może przesłać jakiekolwiek stowarzyszenie. W obecnym stanie sąd nie ma możliwości formalnej weryfikacji tej listy.
Krzysztof Boszko
Największy problem to problem profesjonalizacji zawodu mediatora i braku jednolitych kryteriów dopuszczenia do tego zawodu. Nie bałbym się tutaj ingerencji państwa w tym zakresie standardu minimalnego wymaganego od mediatora. Mamy jeszcze inne czynniki, które blokują już na wejściu mediację. Pierwsza rzecz to niewydolność systemu sądowego w Polsce. Nadmiar spraw i przewlekłość postępowania powoduje, że sędziowie, prokuratorzy i policjanci mają tendencje do pozbywania się spraw. Inna sprawa to brak wiedzy społecznej o mediacji. To jest zadanie, które powinno wziąć na siebie Ministerstwo Sprawiedliwości. Trzeba też pamiętać, że bezkrytyczne przenoszenie wzorców, które się dobrze sprawdzają w innych społeczeństwach na grunt polski rokuje katastrofą. Trzeba pamiętać o temperamencie narodowym Polaków. Czasami lepsze jest rozstrzygnięcie narzucone z zewnątrz. Kolejnym problemem są fasadowe mediacje, czyli takie, poprzez które strony próbują osiągnąć inny efekt i bez rzeczywistego pojednania się próbują coś utargować. Problemem jest także zapewnienie balansu stron. To jest właśnie kwestia dostępności do profesjonalnego prawnika, czyli albo pośrednika przyznawanego z urzędu, albo prawnika-eksperta występującego przy mediatorze, w obu wypadkach finansowanego ze skarbu państwa. I włączenie systemu finansowania mediacji w system pomocy finansowej państwa dla osób, których nie stać na korzystanie z profesjonalnej pomocy prawnej, również musi być elementem systemu.
Piotr Nowaczyk
Mam wrażenie, że mediacja w Polsce jest stosunkowo młodą instytucją. Możemy mówić, że od pięciu lat zaczęła się moda na mediacje. Wytwarza się rynek studiów podyplomowych, różnych kursów, specjalizacji. Zaczyna się robić z tego interes, żeby wykorzystać tę modę, której ulegli młodzi ludzie. Nie chcę tych młodych ludzi zniechęcać, wręcz przeciwnie, ale osobiście zawsze im tłumaczę, że muszą jeszcze zaczekać, że karierę arbitra, czy karierę mediatora robi się zwykle jako karierę drugą w życiu. Najpierw trzeba być dobrym prawnikiem, adwokatem, radcą prawnym, w innych zawodach pedagogiem, czy psychologiem. Ja bym nie przesadzał z tymi programami. Do tego wszystkiego jeszcze potrzebny jest talent, a jego nie można się nauczyć. W Polsce nie ma też motywacji do tego, by mediator chciał się doskonalić w swoim zawodzie. Zwłaszcza że mediator jest u nas wynagradzany słabo. Wynagrodzenie jego wynosi nie mniej niż 30 zł, a nie więcej niż 1000 zł. Widać stąd, że nikt tak naprawdę nie robi tego dla pieniędzy. Kuszenie zyskiem i korzyściami jest złudne. Gdy mówimy o projekcie ustawy o mediatorach i mediacji, który nas tutaj zebrał, warto powiedzieć chyba wprost, czym ten dokument jest. Rozmawiałem z kilkoma członkami Społecznej Rady ds. Alternatywnego Rozwiązywania Sporów i Konfliktów przy Ministerstwie Sprawiedliwości, którzy nie znali tego projektu, nie przeczytali go dokładnie i zaprzeczali, że taki projekt był uchwalony przez ową Radę. Jak więc taki projekt mógł się znaleźć na stronach internetowych Ministerstwa Sprawiedliwości? Są dwie możliwości – albo członkowie Rady nie wiedzą, co uchwalają, albo na strony internetowe Ministerstwa Sprawiedliwości trafiają prywatne dokumenty, nie będące dokumentami Ministerstwa Sprawiedliwości.
Jerzy Książek
Ja jestem rzecznikiem prasowym Społecznej Rady, a jakoś ze mną Pan nie rozmawiał. Rozmawiał Pan z kilkoma członkami Rady, ja rozmawiałem ze wszystkimi. Część nie czytała tego projektu, Rada nad nim nie głosowała. Żeby była jasna sytuacja, projekt ten nie był brany pod uwagę jako projekt Rady i nie został nigdy powieszony na stronie Rady.
Piotr Nowaczyk
A jak do niego dotarła „Rzeczpospolita”, ogłaszając całej Polsce, że prawnicy są wyłączeni z zawodu mediatora?
Jerzy Książek
Powtarzam Panu, że Rada nie ma z tym nic wspólnego.
Marcin Bachman
Wydaje mi się, że ten projekt jest autorskim projektem dwóch członków tej Rady, nie zaś całej Rady.
Jerzy Książek
Bo to jest projekt autorski. Mieszanie w to Rady jako autora jest wielką pomyłką. Jak on się znalazł na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, to jest sprawa Ministerstwa Sprawiedliwości. Możliwe że jednym z założeń projektu było „włożenie kija w mrowisko”. Ja myślę, że zaletą tego projektu jest to, że on nagle pokazał, że istnieje mediacja i nagle włączył do dyskusji szerokie rzesze prawników uśpionych do tej pory w sprawach mediacji.
Piotr Nowaczyk
Włączył, wyłączając ich.
Jerzy Książek
Niczego i nikogo nie wyłączył, bo to jest tylko próba, poza tym dotyczy to tylko i wyłącznie spraw karnych, którymi się w ogóle do tej pory prawnicy nie interesowali. W sprawach cywilnych prawnicy mogą dalej mediować.
Piotr Nowaczyk
Przepraszam bardzo, paragraf 4 mówi o mediatorach zawodowych, a nie o mediatorach w sprawach karnych.
Jerzy Książek
Nie, nie. Proszę przeczytać tytuł projektu. Chodzi o sprawy kierowane przez organy procesowe, czyli o sprawy sądowe. W innych sprawach, które dalej są umowne dzisiaj, prawnicy dalej prowadzić mogą mediacje w swoich kancelariach. Tyle że projekt zrobił jedną rzecz – rozpoczął dyskusję na ten temat. To, że projekt jest w pewnych aspektach ułomny, to wszyscy przecież wiemy, ale przynajmniej mamy nad czym dyskutować.
Joanna Hetman-Krajewska
Chciałabym zwrócić uwagę na próby ograniczania udziału pełnomocnika zawodowego w procesie mediacji. Nie powinno być takich ograniczeń. Są takie spory, gdzie pełnomocnik zawodowy jest konieczny, np. w sporach z dużymi korporacyjnymi podmiotami, chociażby ubezpieczycielami.
Magdalena Grudziecka
Zawodowy pełnomocnik powinien być stale obecny. On nie musi i nie zawsze powinien uczestniczyć w posiedzeniach mediacyjnych, natomiast to, że czuwa nad klientem sprawia, że strona ma większą pewność, że warunki ugody nie naruszają jej dobra i są dla strony korzystne. Współpraca mediatora z pełnomocnikiem jest dla nich dwojga korzystna. Pełnomocnik ma zadowolonego klienta i szybko zakończoną sprawę, a mediator ma pewność, że zapis ugody spełnia wszystkie wymogi formalno-prawne.
Marcin Bachman
Spotkałem się z sytuacją, gdy sąd wzywał do obowiązkowego stawiennictwa na mediacjach. Podstawowa zasada, która rządzi mediacjami, czyli dobrowolność udziału, w przypadku wyznaczania przez sąd mediatora jest od razu wypaczona. Sąd wskazuje bowiem mediatora, a przecież to strony, zgodnie z treścią artykułu 183 KPC, mają prawo wyboru mediatora. Uczestnicy nie są przy tym informowani przez sąd o tym prawie. Tak więc, już na wstępie mediacji, zasada dobrowolności oraz możności wyboru mediatora przez uczestników zostają wypaczone.
Jeszcze jedna uwaga a propos standardu wykonywania zawodu. Zgadzam się, że doświadczenie życiowe jest bardzo istotne w pracy mediatora. Moje doświadczenia z mediacjami, gdy studiowałem w California Western School of Law na programie LLM były takie, że wiedza teoretyczna, którą zdobywaliśmy w pierwszym semestrze, była od razu wykorzystywana w praktyce już w semestrze drugim. Mam na myśli praktyki, które odbywały się w sądzie, odpowiedniku polskiego sądu grodzkiego, lub w ośrodku dla nieletnich. Wydaje mi się, że jest to dobra myśl, żeby edukację mediatorów w Polsce połączyć z praktykami, które mogłyby być organizowane w porozumieniu z sądami.
Monika Kolbus
Mając status Visting Researcher na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Houston, mogłam bezpośrednio obserwować szereg mediacji prowadzonych m.in. przez mediatorów, którzy byli adwokatami. W Stanach Zjednoczonych prawnik nie jest postrzegany jako wróg mediacji, lecz raczej jako jej bezcenny sojusznik. Mediatorzy powinni mieć odpowiednie przygotowanie z zakresu prawa, aby mogli pouczyć stronę, wskazać podstawy prawne sporu i konsekwencje prawne, gdyby nie doszło do porozumienia, podać szacunkowo koszty procesu sądowego.
Krzysztof Boszko
Potrzeba uczestnictwa prawników na wielu sprawach, zwłaszcza cywilnych, czy gospodarczych, wydaje się ewidentna. W Polsce daje się mediatorowi możliwość wyłączenia profesjonalnego reprezentanta strony, co moim zdaniem jest niekonstytucyjne, bo pozbawianie strony możliwości korzystania z instrumentów, które są powszechnie prawnie akceptowane, daleko wykracza poza zagwarantowane prawa obywatelskie. Choć jest w tym zdrowa myśl – to jest kwestia zapewnienia balansu stron. Ale ten balans stron ma być zapewniony przez państwo. Powstaje pytanie, jak państwo ma zapewnić ten balans przy mediacji profesjonalnej? Otóż, jeżeli strony nie stać na zatrudnienie prawnika również w postępowaniu mediacyjnym, to jest cały system prawników reprezentujących strony z urzędu. To jest to, nad czym teraz pracujemy jako samorządy, nad czym próbuje pracować Ministerstwo i nic z tego na razie nie wychodzi. Rozbija się wszystko oczywiście o pieniądze, bo wynagrodzenia za pełnienie funkcji pełnomocnika czy obrońcy z urzędu są rażąco niskie. Druga rzecz, to zapewnienie bezpieczeństwa prawnego nie tylko stronom, ale też mediatorowi, który nie jest prawnikiem. Powinno to być zapewnione przez system finansowany skarbu państwa. Stwórzmy więc system tak, żeby te sprawy, które się w mediacji zakończą, nie trafiały w trakcie lub po zakończeniu z powrotem do sądu. Zatem przypiszmy mediatorom prawo do korzystania z prawników na koszt państwa.
Piotr Nowaczyk
Wracając do projektu – czy musimy wszystko regulować ustawą? Autorki mówią, że tak. Dlatego że mediator w rozporządzeniu Ministra Gospodarki i Pracy z 8 grudnia 2004 r. w Sprawie Klasyfikacji Zawodów i Specjalności dla Potrzeb Rynku Pracy oraz Zakresu jej Zastosowania został zaliczony do jakiejś kategorii. Dlaczego jakieś rozporządzenie o klasyfikacji zawodów dla potrzeb rynku pracy ma być inspiracją do rewolucji ustawodawczej, która na dobrą sprawę podzieliła środowisko prawnicze? Czy Społeczna Rada ds. Alternatywnego Rozwiązywania Sporów i Konfliktów nie mogła wymyśleć lepszego sposobu na promocję mediacji niż zakomunikowanie w Międzynarodowym Dniu Mediacji, że radcy prawni, adwokaci nie nadają się do wykonywania tego zawodu.
Jerzy Książek
Delikatnie Panu powiem jeszcze raz – proszę nie łączyć Rady Społecznej z tym projektem. Nie został on zamieszczony na stronie Rady. Na posiedzeniu Rada postanowiła w żaden sposób nie autoryzować tego projektu.
Piotr Nowaczyk
Proszę to ogłosić publicznie.
Jerzy Książek
Ktoś wprowadza w błąd opinię publiczną. Nie wiem, po co. Ja jestem odpowiedzialny za stronę Rady i gwarantuję Panu, że na stronie Rady nigdy czegoś takiego nie było, nie ma i nie będzie. To było na zakładce w Ministerstwie Sprawiedliwości, za co Rada nie odpowiada.
Marcin Bachman
Miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z panią prokurator Lidią Mazowiecką, współautorką projektu ustawy. Na szereg pytań dotyczących przyczyn wyłączenia z zawodu mediatora profesjonalnych prawników, nie podała żadnej konkretnej odpowiedzi i rzeczowego uzasadnienia. Jedyną odpowiedź jaką pamiętam brzmiała: „bo tak jest lepiej, … , bo tak zapisane jest w projekcie”. Chciałbym wrócić do kwestii udziału profesjonalnych pełnomocników w mediacjach. Jest istotne, by strony uczestniczące w mediacji miały dostęp do wiedzy profesjonalnej, która może okazać się niezbędna celem kontynuowania mediacji lub przełamania impasu. Czasami jest to wiedza z zakresu ekonomii, czasami jest to wiedza z zakresu prawa. Dla mnie w sprawach mediacji rodzinnych istotne jest, by strony od swoich pełnomocników mogły uzyskać wiedzę i informacje z zakresu zasad podziału majątku czy zasad ustanawiania kontaktów z dziećmi, etc. W standardzie, z którym miałem do czynienia w przypadku mediacji w Kalifornii, w czasie mediacji mediator udostępnia każdej ze stron numer telefonu do prawnika, który świadczy usługi prawne za darmo. W takim wypadku, uczestnicy mediacji mogą w trakcie sesji mediacyjnych skonsultować się na gorąco z prawnikiem odnośnie kwestii, które w danym momencie są dla nich istotne.
Jerzy Książek
Jeżeli w sprawach rodzinnych jest sesja, a więc strony chcą sobie coś wyjaśnić, prawnik nie jest mile widziany. Strony same wiedzą, że przy prawniku nie będą do końca szczere. Mnie się bardzo dobrze z prawnikami współpracuje, ale to ja ustalam, czy będą oni w danej sytuacji potrzebni, czy nie. Ja uważam, że dobry mediator czasami jest lepszy od księdza na spowiedzi, bo nie osądza ludzi i nie zadaje pokuty. Czasami wiedza prawnicza przeszkadza, bo podaje gotowe rozwiązania.
Magdalena Grudziecka
Ważne jest to, żeby były stworzone standardy wykształcenia mediatorów. Być może dobrym pomysłem są spotkania mediatorów, którzy nie są prawnikami, z prawnikami zajmującymi się mediacją, na których można by było wspólnie coś wypracować. Dobrze by było, gdyby nie tylko prawnicy mogli o tym stanowić.
Krzysztof Boszko
Prawnicy nie aspirują do wyłączności w zawodzie mediatora, bo chociażby z przyczyn finansowych nie jest to obszar atrakcyjny dla dobrze prosperujących prawników na świecie. Natomiast pojawia się kwestia błędnego założenia, że ktoś, kto ma wykształcenie prawnicze, będzie złym mediatorem. Nie ma żadnego powodu, żeby w zakresie udziału w mediacji ograniczać tę grupę zawodową. To że prawnicy mogą być mediatorami, nie znaczy, że wszyscy mediatorzy muszą nimi być. Wiedza prawnicza jest mediatorowi niezbędna. Ale odpowiedź na pytanie, czy mediatorzy powinni być przede wszystkim prawnikami, czy nie, będzie mogła być udzielona dopiero wtedy, gdy zagwarantowany będzie standard minimum, w tym także w zakresie wiedzy prawniczej wymaganej od mediatora.
Jerzy Książek – mediator, prezes Polskiego Centrum Mediacji, rzecznik prasowy Społecznej Rady ds. Alternatywnego Rozwiązywania Konfliktów i Sporów
Magdalena Grudziecka – mediator, wiceprezes Polskiego Centrum Mediacji
Joanna Hetman-Krajewska – adwokat, radca prawny Kancelarii Prawniczej Patrimonium
Marek Tulipan – aplikant radcowski, mediator Kancelarii Prawniczej Patrimonium
Krzysztof Boszko – adwokat, arbiter i mediator, partner Firmy Adwokackiej – Łepkowski, Boszko i Wspólnicy – Spółki Partnerskiej, Sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej
Marcin Bachman – mediator, radca prawny z Kancelarii Radcy Prawnego Marcina Bachmana.
Piotr Nowaczyk – adwokat, mediator, partner kancelarii Salans
Monika Kolbus – doktorantka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej
Zmarł Prof. Krzysztof Skubiszewski. Wybitny Poznaniak. Od zawsze związany z Poznaniem i Wielkopolską. Wybitny prawnik. Autorytet w dziedzinie prawa międzynarodowego publicznego. Wielki autorytet moralny dla pokoleń prawników.
Ur. 8 października 1926 r. w Poznaniu zm. 8 lutego 2010 r. w Warszawie.
Ukończył studia na Wydziale Prawno-Ekonomicznym Uniwersytetu Poznańskiego. Obronił doktorat i habilitację. Uzyskał tytuł naukowy profesora, specjalizował się w zakresie prawa międzynarodowego. Wykładał we Francji, USA, Wielkiej Brytanii i Szwajcarii, publikował prace naukowe i opracowania, był współautorem podręcznika do prawa międzynarodowego Prawo międzynarodowe publiczne. Zarys wykładu. Był członkiem-korespondentem PAN i pracownikiem naukowym Instytutu Nauk Prawnych PAN.
W latach 1981–1984 wchodził w skład Prymasowskiej Rady Społecznej, a w okresie 1986–1989 był członkiem Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa PRL, Wojciechu Jaruzelskim. Działał w “Solidarności” oraz w Wielkopolskim Klubie Politycznym “Ład i Wolność”.
13 września 1989 został powołany na stanowisko ministra spraw zagranicznych w gabinecie Tadeusza Mazowieckiego. Utrzymał tę tekę w kolejnych gabinetach – Jana K. Bieleckiego, Jana Olszewskiego, Waldemara Pawlaka i Hanny Suchockiej (do 25 października 1993). 14 listopada 1990 wraz z Hansem-Dietrichem Genscherem podpisał układ graniczny między Polską a Niemcami, gwarantujący uznanie przez RFN granicy na Odrze i Nysie. W okresie jego urzędowania zapoczątkowane zostały rokowania dotyczące członkostwa RP w NATO. Negocjował także zawarty 17 czerwca 1991 traktat polsko-niemiecki o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy.
Po odejściu z rządu został przewodniczącym Trybunału Rozjemczego USA-Iran oraz sędzią ad hoc Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze.
Otrzymał tytuły doktora honoris causa kilku uniwersytetów, odznaczony najwyższymi orderami polskimi i międzynarodowymi, w tym Orderem Orła Białego (7 grudnia 1999) i Krzyżem Zasługi Republiki Federalnej Niemiec.
Wspólnie z Hansem-Dietrichem Genscherem był laureatem nagrody ministrów spraw zagranicznych Polski i Niemiec, ustanowionej w 1993. W 2005 został uhonorowany polsko-niemiecką nagrodą Pomerania Nostra, przyznawaną ludziom szczególnie zasłużonym dla Pomorza Zachodniego i Przedniego w jednej z trzech dziedzin: sztuce, nauce lub polityce.
13 listopada 2009 “w uznaniu wybitnych zasług dla polskiej służby zagranicznej i dorobku naukowego na arenie międzynarodowej” minister Radosław Sikorski nadał mu Odznakę Honorową “Bene Merito”
Swego czasu, w artykule reforma prokuratury, pisałem o konieczności wprowadzenia do polskiego systemu procedury karnej instytucji sędziego śledczego, zarzucając ówczesnemu kierownictwu ministerstwa sprawiedliwości, że proponowana reforma prokuratury nie uwzględnia konieczności zreformowania całości systemu.
Opublikowanie tekstu o potrzebie poruszenia kwestii systemowej reformy wymiaru sprawiedliwości podczas prezydenckiej kampanii wyborczej 2010 r. skłoniła mnie do jego ponownej publikacji.
W środowisku prawniczym, dyskusja o konieczności przywrócenia polskiemu systemowi prawnemu, znanej w okresie międzywojennym instytucji sędziego śledczego, toczy się od dawna. Zdania w tej sprawie są podzielone (jak to zazwyczaj wśród prawników bywa). Dlatego też bardzo mnie ucieszył artykuł Prof. Zbigniewa Safjana, (który jest niekwestionowanym autorytetem dla prawników), opublikowany w Newsweek’u. Profesor Zbigniew Safjan pisze:
Zapowiedź zmian w odniesieniu do prokuratury to ważny krok do przodu. Za znacznie ważniejszą od oddzielenia funkcji prokuratora i ministra sprawiedliwości uważam jednak ideę przywrócenia sędziego śledczego jako rzeczywistego gwaranta praw podejrzanych w postępowaniu przygotowawczym – czasem powrót do dobrych i sprawdzonych rozwiązań międzywojennych jest doprawdy lepszy niż wymyślanie zupełnie nowych konstrukcji. [Newsweek Nr 01/08, str. 52]
Instytucja sędziego śledczego znana była polskiej procedurze karnej od 1928 r. do 1949 r. oraz znana jest bodaj większości europejskich systemów prawnych. W Polsce począwszy od 1928 r.
Śledztwo (…) prowadzone było przez sędziego śledczego i sąd grodzki. Stronami w tym postępowaniu byli prokurator oraz oskarżony. Prokurator składał do sędziego śledczego wniosek o przeprowadzenie śledztwa. W przypadku, gdy sędzia śledczy nie zgadzał się z wnioskiem prokuratora, przedstawiał sprawę do rozstrzygnięcia sądowi okręgowemu. Prokurator miał prawo składania wniosków, które sędzia śledczy miał obowiązek rozpoznać. Wniosek prokuratora o uchylenie lub złagodzenie środka zapobiegawczego był dla sędziego śledczego wiążący. Prokurator miał prawo być przy wszystkich czynnościach śledczych. Sędzia śledczy, jeżeli prokurator tego zażądał lub na to się godził, miał prawo umorzyć śledztwo. Jeżeli prowadzone śledztwo dostarczyło podstaw do wniesienia aktu oskarżenia sędzia śledczy, po przesłuchaniu podejrzanego i zaznajomieniu go z materiałami sprawy, zamykał śledztwo i przesyłał sprawę prokuratorowi, który sporządzał akt oskarżenia.Nowela do kodeksu postępowania karnego z 1938 r. upoważniła prokuratora i policję do dokonywania czynności śledczych w przypadkach, gdy uznają to za niezbędne dla ratowania śladów i dowodów przestępstwa.Ustawa z dnia 27 kwietnia 1949 r. o zmianie przepisów postępowania karnegoa zniosła instytucję sędziego śledczego [cyt. za Zarys historii prokuratury w Polsce].
W toczącej się dyskusji, pośród publicystów i praktyków, większość zdaje się opowiadać za przywróceniem instytucji sędziego śledczego.
Zmianą fundamentalną byłoby jedynie postulowane ostatnio w niektórych środowiskach przywrócenie instytucji sędziego śledczego, którą zlikwidowała w 1949 r. tzw. władza ludowa. Prawdziwie niezawisły, bo pozbawiony zwierzchnictwa, które wpływa tak zabójczo na funkcjonowanie prokuratury, byłby on odporny na niedozwoloną presję czy zakulisowe wpływy.
Jak powiedział mi kiedyś jeden z prokuratorów, do tak umocowanego funkcjonariusza państwowego przedstawiciel prokuratury nie odważyłby się przyjść z kiepsko uzasadnionym wnioskiem podsuniętym przez policję czy służby specjalne, bo zostałby wyrzucony za drzwi lub wydrwiony. Przez swoje bliższe usytuowanie wobec stron postępowania karnego niż sąd powszechny sędzia śledczy mógłby trafniej rozpoznać wniosek o tymczasowe aresztowanie.
Tajemnicą poliszynela jest, że sądy na posiedzeniach aresztanckich wyjątkowo rzadko odrzucają wnioski prokuratury o aresztowanie podejrzanych. Tak dzieje się praktycznie tylko wtedy, gdy śledztwo towarzyszy medialna wrzawa. Tym sposobem areszt stosowany bywa niejednokrotnie w nieuzasadnionych przypadkach. [Cyt. za: Jarosław Jakimczyk - Sędzia śledczy odpolityczni prokuraturę ?].
Jednakże nie brak jest także głosów przeciwnych, zwłaszcza ze strony prokuratorów
Wprowadzenie instytucji sędziego śledczego prowadziłoby do konieczności rewolucyjnej zmiany modelu postępowania karnego, na którą nasz wymiar sprawiedliwości i aparat ścigania nie jest w żaden sposób przygotowany. Propozycja implementacji sędziego śledczego jest protezą tego, co powinno być rzeczywiście przeprowadzone, tzn. zapewnienia realnej niezależności i samodzielności prokuratorów.(…)
Zdecydowanie korzystniejszy jest dzisiejszy system samodzielności prokuratora jako gospodarza postępowania przygotowawczego, poddanego jednak w najistotniejszych kwestiach kontroli niezawisłego sądu. System ten należy tylko wzmocnić przez faktyczne ustawowe, a najlepiej konstytucyjne, gwarancje niezależności prokuratorskiej.
Reasumując: wymiar sprawiedliwości to w gruncie rzeczy nie pole na radykalne reformy, lecz miejsce na stanowcze, ale bardzo przemyślane zmiany mające służyć minimalizacji wpływu negatywnych czynników politycznych lub innych (np. korupcyjnych) na funkcjonowanie aparatu ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Zamiast przeprowadzać systemowe trzęsienie ziemi, np. przywracając sędziego śledczego, zamiast nakładać na nieprzygotowane do tego sądy kolejne obowiązki, należy tak zreformować prokuraturę, by mogła się stać niekwestionowanym przez nikogo strażnikiem praworządności. [Michał W. Węglowski - Sędzia śledczy, czyli temat zastępczy; Rzeczpospolita].
Należę do tych prawników, którzy są zdecydowanymi zwolennikami przywrócenia instytucji sędziego śledczego, dlatego tak pozytywnie przyjąłem cytowaną na wstępie wypowiedź Prof. Zbigniewa Safjana. Jednakże temat jest istotnie trudny i dyskusyjny. Dlatego właśnie zapraszam do publicznej debaty w tej sprawie wszystkich prawników odwiedzających bloga MacLawye®.
Przywrócenie instytucji sędziego śledczego przewidują też założenia reformy polskiego systemu wymiaru sprawiedliwości, jakie MacLawye® zaprezentował u progu debaty publicznej kandydatów na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w kampanii wyborczej 2010 r. [Czytaj Tutaj]
jmm
Ten artykuł nie jest tekstem referującym program Andrzeja Olechowskiego jako kandydata na prezydenta w wyborach 2010 r. Jest to raczej tekst postulatywny, uzasadniający potrzebę wprowadzenia do kampanii prezydenckiej debaty publicznej w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości i nadania tej problematyce wysokiego priorytetu w debacie oraz wyjaśniający, dlaczego pośród wszystkich kandydatów w wyborach 2010 r. właśnie Andrzej Olechowski powinien to uczynić.
Dlaczego debatę o reformie wymiaru sprawiedliwości należy zainicjować w toku prezydenckiej kampanii wyborczej ?
Odpowiedź wydaje się być prosta. Bo to temat ważny, bo badania opinii publicznej pokazują zatrważający brak społecznego zaufania do sądów. Wymiar sprawiedliwości jest elementem ustrojowej zasady trójpodziału władzy. Jeśli zatem źle funkcjonuje, to niesie to zagrożenie dla całego państwa i jego demokratycznego porządku a to są właśnie sprawy do rozwiązania dla przyszłego prezydenta.
Rządowe próby zreformowania sądownictwa kończą się zazwyczaj fiaskiem. Ich wprowadzeniu nie sprzyja ani rządowy system legislacji i żmudnych uzgodnień międzyresortowych każdego projektu ustawy ani bieżący spór parlamentarny w trakcie którego zgłaszane przez posłów poprawki do projektów ustaw są w stanie zepsuć każdy spójny system.
Kiedy rząd Hanny Suchockiej postulował wprowadzenie sądów grodzkich, skończyło się na wyodrębnieniu w sądach wydziałów grodzkich – czyli w praktyce na zmianie mosiężnych tabliczek na drzwiach sądowych wydziałów – reforma padła, zanim się zaczęła.
Gdy rząd Donalda Tuska walczył o rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, postulował zniesienie prokuratur apelacyjnych – rząd sam się z tego projektu wycofał wobec oporu środowiska prokuratorskiego, zapominając, że prokuratorzy apelacyjni mogliby przejściowo z mocy ustawy zostać sędziami śledczymi – ale postulat przywrócenia w polskim systemie prawa karnego instytucji sędziego śledczego, mimo że popierają go wszystkie środowiska prawnicze, został odłożony ad calendas grecas, podobnie jak postulat wprowadzenia zasady, że zawód sędziego powinien być koroną zawodów prawniczych.
Żaden rząd nie wprowadzi reformy wymiaru sprawiedliwości. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że urzędnikami ministerstwa sprawiedliwości są w dominującej części sędziowie, oddelegowani do pracy w ministerstwie; a sędziowie (podobnie zresztą jak adwokaci i prokuratorzy) żadną reformą zainteresowani nie są.
Dlaczego sędziowie nie doprowadzą do systemowej reformy sądownictwa ? Ponieważ musieliby zgodzić się i wyeliminować z prawa o ustroju sądów powszechnych te przepisy, które stwarzają i sankcjonują w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości zasadę sędziowskiego korporacjonizmu. Zasada sędziowskiego korporacjonizmu sprowadza się do tego, że wszelkie decyzje o administrowaniu sądami, o awansach sędziów, przydziałach do wydziałów, ocenie ich pracy – oddane są w ręce samych sędziów. Innymi słowy: o ile konstytucyjna zasada dwuinstancyjności jest jakimś tam gwarantem praworządności rozstrzygnięć sądowych, to sama praca sędziów, jej jakość, poziom wydawanych orzeczeń, kultura (lub jej brak) jaką sędzia wprowadza na sali sądowej, żadnej kontroli nie podlegają i są oceniane przez samych sędziów. Jakakolwiek próba kontroli administracyjnych czynności sędziów bądź jakości ich pracy odbierana jest przez środowisko sędziowskie jako zamach na konstytucyjna zasadę sędziowskiej niezawisłości.
Środowiska prawnicze są ze swej natury konserwatywne i nie akceptują zbyt lekko proponowanych zmian systemowych w wymiarze sprawiedliwości, co więcej, wzajemne skłócenie środowisk prawniczych – sędziów, prokuratorów, adwokatów i radców prawnych – powoduje, że postulowane przez te środowiska zmiany systemowe uwzględniają jedynie ochronę własnych partykularnych interesów bieżących, bez dalekosiężnej wizji zreformowania całości systemu.
Mimo, że usprawnienie działania sądów i całego systemu organów ochrony prawnej, jest zazwyczaj hasłem programowym wszystkich partii politycznych, to jednak zarówno w programach wyborczych jak i później, w wypadku objęcia władzy, politycy ograniczają się do zmian cząstkowych, nie mających istotnego znaczenia dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości jako całości. Częstokroć, dla realizacji swoich celów politycznych, bądź dla czystej propagandy, partie prezentują różne skrajnie przeciwne koncepcje (PO i PiS przy rozdzielaniu funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości), zmieniając te koncepcje w zależności od bieżącej sytuacji politycznej. Właśnie dlatego systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości powinna być w pewnym sensie wyłączona spod bieżącego sporu parlamentarnego. Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. powinien zapowiedzieć, że w wypadku ich wygrania, jako Prezydent RP, w tym obszarze legislacji podejmie inicjatywę ustawodawczą, zapowiadając podjęcie kompleksowych prac nad projektem zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości, obejmującym więcej niż jedną kadencję parlamentu a nawet więcej niż jedną kadencję prezydencką. Po prostu reformy systemowej wymiaru sprawiedliwości z dnia na dzień wprowadzić się nie da; nie da się także wprowadzić takiej reformy jednym cząstkowym rozwiązaniem. Reforma systemowa powinna bowiem objąć nie tylko prawo o ustroju sądów powszechnych ale także procedury (zarówno cywilną jak i karną), prawo o adwokaturze i wykonywaniu zawodu radcy prawnego (zmierzające do unifikacji tych zawodów i wprowadzenia spójnego systemu kształcenia prawników, w którym zawód sędziego staje się koroną zawodów prawniczych), itp.
Czy wprowadzenie do programu politycznego w wyborach prezydenckich sprawy reformy wymiaru sprawiedliwości jest „opłacalne” z punktu widzenia efektu wyborczego ? Otóż nie jest prawdą, że kwestie związane z działaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości nie interesują polskiego wyborcy. Chociaż można się zgodzić z tezą, że z punktu widzenia wyborcy, z punktu widzenia obywatela jest wiele kwestii ważniejszych, to z punktu widzenia demokratycznego systemu władzy państwowej w Polsce jako państwa prawa, nie ma ważniejszej sprawy niż reforma wymiaru sprawiedliwości. Polski wyborca jest na tyle świadomy, że doskonale wie, iż władza prezydenta w Polsce nie zapewni mu wyższych zarobków i doskonale wie, że reformy systemowe mogą być wprowadzone jedynie przy konsensusie wszystkich sił politycznych, a taki konsensus zapewnić może tylko ponadpartyjny prezydent.
Z drugiej zaś strony problematyka wymiaru sprawiedliwości jest dla polskiego społeczeństwa doniosła. Dowodzi tego choćby historia politycznego sukcesu Prawa i Sprawiedliwości, które już w swojej nazwie się do niej odwołuje. I chociaż partia braci Kaczyńskich ma tyle wspólnego z prawem i sprawiedliwością, co demokracja z demokracją socjalistyczną, należy pamiętać, że sukces PiS’u jak i samego Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, był w dużym stopniu wynikiem programu politycznego skupionego na zapowiedzi manipulowania w obszarze wymiaru sprawiedliwości. PiS powstała wokół powtarzanego jak mantra przez Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości sloganu, że jest zwolennikiem kary śmierci i jej przywrócenia w polskim systemie prawa karnego (mimo pełnej świadomości, że nie jest to możliwe), a największą społeczną popularność osiągnął polityk PiS’u, który prezentował siebie jako „szeryf” twardą ręką kierujący resortem sprawiedliwości.
Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. nie musi (a nawet nie powinien) oceniać pracy sądów. Nie może jednak (i nie powinien) nie dostrzegać, że polskie społeczeństwo nie ma zaufania do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Według badań przeprowadzonych przez ministerstwo sprawiedliwości zaledwie 37% Polaków pozytywnie ocenia polski wymiar sprawiedliwości, 44% wystawia opinię negatywną w odpowiedzi na pytanie: jaka jest Pani/Pana ogólna ocena działania wymiaru sprawiedliwości. Głównym determinantem złej opinii Polaków o instytucjach systemu organów ochrony prawnej są: niesprawiedliwe orzecznictwo 70,9%, nierzetelne wykonywanie obowiązków przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w tym sędziów 69%, ich stronniczość 65% i niska efektywność działań 63%. Praktyka wykonywania zawodu dowodzi, że niemal powszechna jest – nie do końca a na pewno nie w takim stopniu prawdziwa – opinia o skorumpowaniu polskich sądów (9 na 10 klientów kancelarii prawniczych rozpoczyna konferencję z prawnikiem nie od pytania o ocenę prawną procesu a od pytania „czy Pan to może załatwić ?”). Skoro zatem opinia o polskim wymiarze sprawiedliwości jest tak zła, kandydat na urząd prezydenta nie może się do tego społecznego zjawiska nie odnieść.
Diagnozując problem niskiej oceny wymiaru sprawiedliwości i obniżenia się społecznego autorytetu sędziów w relacji do praktyki działania wymiaru sprawiedliwości, można stwierdzić, że społeczny wizerunek sądów determinowany jest przez niski poziom orzecznictwa sądowego, pojmowanie przez sędziów zasady niezawisłości sędziowskiej jako zasady uniemożliwiającej ocenę (i krytykę) ich pracy, obniżenie się poziomu kultury sali sądowej. Praprzyczyną tych wszystkich zjawisk jest sędziowski korporacjonizm. W rezultacie to właśnie ów korporacjonizm sędziowski – paradoksalnie – jest przyczyną upadku autorytetu samych sędziów a w konsekwencji negatywnego obrazu całego wymiaru sprawiedliwości. Tak więc postulatem i hasłem reformy wymiaru sprawiedliwości w programie politycznym kandydata na prezydenta, powinna być odbudowa autorytetu sędziów, poprzez likwidację sędziowskiego korporacjonizmu w zarządzaniu kadrami i administrowaniu sądami. Tak ogólne stwierdzenie w programie politycznym kandydata na prezydenta byłoby jednak niewystarczające. Konieczne jest pokazanie, że są metody naprawy sytuacji.
W ustawie o ustroju sądów powszechnych, rozdział 4 zatytułowany jest „samorząd sędziowski”. Samorządność sędziowska realizowana jest poprzez powierzenie najistotniejszych decyzji (w tym zwłaszcza decyzji kadrowych), zgromadzeniom ogólnym sędziów sądów apelacyjnych i sądów okręgowych. Kompetencje zgromadzeń ogólnych sądów sprawiają, że sądy i sędziowie pozostają poza jakakolwiek kontrolą zewnętrzną a wynikający z tych przepisów sędziowski korporacjonizm powoduje, że w środowisku sędziowskim realizowana jest zasada nihil de nobis sine nobis, co daje samym sędziom władzę w zarządzaniu i organizacji sądów niemal absolutną. Wiadomo jest teoretykom państwa i politykom, że wszelka władza deprawuje a władza absolutna deprawuje absolutnie. Udzielona zgromadzeniom ogólnym sędziów władza, wykonywana jest przez tzw. kolegia; odpowiednio: kolegia sądów apelacyjnych i kolegia sądów okręgowych. W ich skład wchodzą wyłącznie sędziowie określonego sadu, wybierani przez zgromadzenia ogólne sędziów. Tym samym organ samorządu sędziowskiego (zgromadzenie) posiada swoisty „organ wykonawczy” który ustawowo sytuowany jest jako organ sądu. Nie ma chyba drugiej takiej instytucji, w której organ samorządu zawodowego wybierałby organ instytucji państwowej (a odległym porównaniem byłaby analogia do sytuacji, w której związek zawodowy w przedsiębiorstwie, nie tylko miał wpływ na wybór dyrektora ale powoływałby radę nadzorczą przedsiębiorstwa) – i ta konstrukcja ustawowa w prawie o ustroju sądów powszechnych jest po prostu chora, prowadzi do „deprawacji” środowiska sędziowskiego a w konsekwencji do obniżenia się autorytetu sędziów w opinii publicznej.
Planując reformę polskiego wymiaru sprawiedliwości należałoby dążyć do wyeliminowania z prawa o ustroju sądów powszechnych zasady sędziowskiego korporacjonizmu i zastąpienie jej zasadą służebności sądów wobec obywateli; natomiast w zakresie wewnętrznego nadzoru nad pracą sądów wprowadzić rozwiązania, które w dalekiej paraleli byłyby transpozycją na grunt wymiaru sprawiedliwości zasady trójpodziału władz. Zmiana taka polegałaby na ograniczeniu kompetencji zgromadzeń ogólnych sędziów do roli czysto samorządowej reprezentacji interesów środowiska sędziowskiego z nader ograniczonym wpływem na bieżącą pracę sądów i nadzór nad działalnością sędziów oraz na radykalnym wzmocnieniu kompetencji kolegiów sądów. Jednak wzmocnienie kompetencji kolegiów sądów i wyposażenie ich w głos decydujący w sprawach związanych z działalnością wewnętrzną sądów musiałoby być powiązane ze zmianą składu osobowego kolegiów. Istotą proponowanej reformy powinno być bowiem ustawowe dopuszczenie do składu kolegiów prokuratorów i adwokatów, przy czym liczba sędziów w kolegiach sądów powinna być ograniczona do reprezentacji środowiska sędziowskiego i pozostawać w mniejszości do liczby przedstawicieli pozostałych zawodów prawniczych. W skład kolegium poszczególnych sądów apelacyjnych powinni z urzędu wchodzić nie tylko prezesi tych sądów ale także dziekani okręgowych rad adwokackich i szefowie prokuratur odpowiednich szczebli. W jakimś sensie byłby to odpowiednik zasad obowiązujących w arbitrażu, w którym strony same wybierają arbitrów. A ocena pracy sędziów dokonywana byłaby przez tych, którzy dokonują tej oceny w swojej codziennej pracy – prokuratorów i adwokatów.
Ta stosunkowo prosta zmiana spowodowałaby po prostu rewolucję w wymiarze sprawiedliwości i pozwoliła zrealizować postulaty, które obecnie – mimo powszechnego uznawania ich za słuszne – są odkładane. Przede wszystkim – w powiązaniu ze zreformowaniem przepisów o dochodzeniu do wykonywania zawodu sędziego – pozwoliłaby na przepływ kadr między zawodami prawniczymi (sądownictwem i adwokaturą, a przy założeniu, że równolegle wprowadzono by do systemu polskiego prawa karnego instytucję sędziego śledczego, także prokuraturą).
Proponowana zmiana, zakłada ściślejsze powiązanie zawodów prawniczych między sobą. Konsekwencją takiej zmiany musiałyby być zmiany w procedurze dyscyplinarnej wszystkich zawodów prawniczych. O ile dyscyplinarne postępowanie pierwszoinstancyjne powinno pozostać w gestii samorządów; to wraz z proponowanymi zmianami w składzie kolegiów sądów, należałoby postulować powołanie w sądach apelacyjnych specjalnych wydziałów etyki zawodów prawniczych (ponownie z udziałem sędziów, adwokatów i prokuratorów), które spełniałyby funkcję dyscyplinarnych sądów drugiej instancji w stosunku do wszystkich samorządów (sędziowskiego, prokuratorskiego i adwokackiego) o kompetencjach kasacyjnych.
Proponowana zmiana w zakresie składu i kompetencji kolegiów sądów mogłaby być wprowadzona do prawa o ustroju sądów powszechnych bez konieczności zmiany Konstytucji Rzeczypospolitej. Co więcej taka zmiana nie mogłaby być uznana przez środowisko sędziowskie jako zamach na sędziowską niezawisłość. Mimo to należy się spodziewać, że przedstawiona propozycja spotkałaby się z krytyką ze strony sędziów. Faktem jest, że proponowana zmiana zmienia całą filozofię sprawowania wymiaru sprawiedliwości i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Jej wprowadzenie musiałoby być powiązane z kompleksową i rozłożoną w czasie konieczną zmianą procedur sądowych, zakresu kognicji sądów, absolutnie radykalnemu – w dalszej ale określonej perspektywie – uposażenia sędziów.
Wprowadzenie do prawa o ustroju sądów powszechnych zasady służebności sądów zawierającej się zasadniczo w postulowanej wyżej zmianie i dopuszczeniu do zarządzania sądami przedstawicieli innych zawodów prawniczych musiałoby być wprowadzone do systemu wymiaru sprawiedliwości wraz z innymi oczekiwanymi społecznie zmianami: likwidacji instytucji ławników i wprowadzeniu w to miejsce procesu przed ławą przysięgłych w sprawach o zbrodnie (co byłoby realizacją zasady państwa obywatelskiego), wyjęcie spod kognicji sądów drobnych spraw cywilnych i spraw o drobne (nie zagrożone karą aresztu) wykroczenia i poddanie ich rozstrzyganiu przez sędziów pokoju wybieranych przez społeczności lokalne w wyborach powszechnych wraz z przekazaniem obsługi tych sądów jako zadań samorządów lokalnych, itd. (samo skatalogowanie zakresu koniecznych zmian reformujących system wymiaru sprawiedliwości, wykracza poza ramy tego tekstu).
Dopuszczenie do zarządzania sadami przedstawicieli innych zawodów prawniczych spowodowałoby przepływ kadr między tymi zawodami. Dzisiaj, każdy sędzia, który chce przejść do adwokatury ma gwarancję wpisu z ustawy na listę adwokatów. Kierunek odwrotny, przejście z adwokatury do sądownictwa, mimo że prawnie możliwy, w praktyce jest niespotykany. Wbrew rozpowszechnionym opiniom nie są temu winne różnice w zarobkach sędziów i adwokatów; istnieje całkiem spora grupa adwokatów, która bez wątpienia chciałaby przejść do sądownictwa, uniemożliwia to procedura poddania się ocenie kolegiów sądów, w których przedstawicieli adwokatury obecnie nie ma, w związku z czym panuje w praktyce powszechna opinia, że przejście adwokata do zawodu sędziego jest niemożliwe.
Nietrudno jest wyobrazić sobie jak udział adwokatów i prokuratorów w składzie kolegiów sadów wpłynąłby na poprawę pracy sądów. Sama świadomość sędziów, że są oni poddani nieustannej ocenie nie tylko swoich kolegów-sędziów ale także reprezentantów stron procesu podniosłaby kulturę sali sądowej a uzależnienie awansu sędziego od pozytywnej opinii kolegium sądu, w którym zasiadaliby prokuratorzy i adwokaci, podniosłaby zarówno poziom orzecznictwa jak i dyscyplinę pracy sędziów i efektywność prowadzenia procesów.
Czy którykolwiek z kandydatów w wyborach prezydenckich 2010 r. zdecyduje się podjąć debatę na temat zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości ? Należy sądzić, że każdy. Tyle tylko, że w większości będą to postulaty o niskim priorytecie w programie kandydata i nie wykraczające poza ogólniki w rodzaju: należy usprawnić sądownictwo, wzmocnić autorytet sądów itp. Tymczasem od kandydatów na prezydenta należy oczekiwać pójścia krok dalej, należy oczekiwać pokazania w jaki sposób zamierzają oni zreformować wymiar sprawiedliwości.
Trzeba jasno powiedzieć, że cokolwiek by w swojej kampanii wyborczej mówił na temat wymiaru sprawiedliwości obecnie urzędujący Prezydent, jego słowa nie będą wiarygodne. Lech Kaczyński wsławił się w toku swojej kadencji odmową nominowania sędziów zawnioskowanych do nominacji prezydenckiej przez Krajową Radę Sądownictwa. Była to decyzja, która w mojej opinii kwalifikowała się do postawienia Lecha Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu; wątpliwości – może mniej radykalne – zgłaszał zarówno Rzecznik Praw Obywatelskich jak i Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, który skierował w tej sprawie skargę kompetencyjną do Trybunału Konstytucyjnego. Niestety, żałosny poziom tej skargi spowodował, że Trybunał Konstytucyjny sprawą się nie zajął odrzucając skargę (Zob.: I po sprawie – Prezydent może powoływać sędziów jak chce a jak nie chce to nie musi.).
Po podjęciu przez Donalda Tuska decyzji o nie kandydowaniu w wyborach prezydenckich program kandydata Platformy Obywatelskiej na urząd prezydenta będzie programem samej Platformy, siłą rzeczy skoncentrowanym na postulacie uporządkowania stosunków między prezydentem a rządem.
W zakresie programowym kandydat Platformy nie wyzwoli się od oceny zarządzania resortem wymiaru sprawiedliwości przez obecny rząd zapewniając, że nie będzie – w odróżnieniu od Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – stosował prezydenckiego veta wobec prób zreformowania wymiaru sprawiedliwości. Tyle tylko, że projekty nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, prawa o wykonywaniu zawodu doradcy i innych ustaw związanych z systemem ochrony organów prawnych, zmierzają akurat w odwrotnym kierunku niż systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości i zamiast walki z sędziowskim korporacjonizmem, pod presją środowisk prawniczych konserwują obecny stan rzeczy. (Jedynym wyjątkiem jest rozdzielenie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, które jednak wobec wycofania się z projektu likwidacji prokuratur apelacyjnych i wprowadzenia do systemu prawa karnego instytucji sędziego śledczego stało się rozwiązaniem niepełnym – chociaż uczynionym w dobrym kierunku).
Wydaje się, że kandydatem na urząd prezydenta, który mógłby uczynić z programu reformy wymiaru sprawiedliwości program wiarygodny dla wyborcy jest Andrzej Olechowski. Przede wszystkim dlatego, że zarówno PO jak i PiS czy SLD bądź PSL w momencie gdy były u władzy próbowały dokonywać reformy sądownictwa i nigdy nic z tego nie wyszło. Bo reforma wymiaru sprawiedliwości inicjowana przez jakikolwiek rząd do żadnej systemowej reformy nie doprowadzi; a najczęściej już w samych swoich założeniach jest zazwyczaj cząstkowa i nigdy się do końca nie udaje; skoro zatem nie udało się to rządom tych partii, to trudno będzie uwierzyć aby udało się partyjnemu prezydentowi, choćby nie wiem jak zapewniał, że stanie się prezydentem ponadpartyjnym.
Co więcej zaproponowane wyżej założenia zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości wpisują się w obywatelski charakter kandydatury Andrzeja Olechowskiego, który już w wyborach prezydenckich 2000 r. niektóre z przedstawionych wyżej postulatów – z odmiennym rozłożeniem akcentów w ówczesnej sytuacji społecznej – prezentował w kampanii prezydenckiej. Tak więc można założyć, że proponowana reforma byłaby zgodna zarówno z całościowym programem wyborczym Andrzeja Olechowskiego jak i z jego wizerunkiem jako polityka a w wypadku wygrania wyborów prezydenckich przez Andrzeja Olechowskiego, konsekwentna realizacja przez Prezydenta Rzeczypospolitej tej reformy, z wykorzystaniem prezydenckiej inicjatywy ustawodawczej mogłaby by się stać historycznym osiągnięciem jego prezydentury.
Reforma wymiaru sprawiedliwości na pewno stanie się elementem prezydenckiej kampanii Andrzeja Olechowskiego; powinna jednak stać się elementem wiodącym. Jest tak dlatego, że dotychczas ogłoszony przez Olechowskiego program jest w pewnym sensie statyczny (można też powiedzieć, że nie tylko statyczny ale i stateczny jak sam Olechowski), to program dobry, spójny ale nie porywający.
Z wystąpień programowych Andrzeja Olechowskiego jawi się obraz prezydentury niezależnej, spokojnej, kompetentnej. W zasadzie jedynym elementem budzącym emocje, była zapowiedź wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji przybrania osoby bliskiej.
Politycznie, ogłoszenie tej koncepcji w pierwszej odsłonie programowej, było sygnałem wysłanym do środowisk lewicowych, że oto Olechowski, postrzegany dotychczas jako polityk liberalno konserwatywny, jest otwarty na postulaty lewicy. I w tym sensie ten element programowy swoją rolę spełnił. Medialnie był to niewypał. W sposób mniej lub bardziej poprawny politycznie media donosiły, że w swojej kampanii Olechowski opierał się będzie na pedałach (Piskorski nieudolnie tłumaczył, że chodzi przecież o dwie babcie, które wspólnie hodują kota); w istocie proponowana przez Olechowskiego konstrukcja przybrania osoby bliskiej służy ochronie rodziny. Jest tak dlatego, że jej wprowadzenie wytrąci środowiskom homoseksualnym argumenty na rzecz wprowadzenia do polskiego prawa instytucji małżeństw homoseksualnych. Wydaje się, że Andrzej Olechowski próbował to kiedyś wytłumaczyć w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i…” ale ta go jak zwykle zagadała.
Wprowadzając do swego programu wizję zreformowania wymiaru sprawiedliwości Andrzej Olechowski pokazałby wizje prezydentury aktywnej a w kampanii wyborczej otworzyłby debatę, w której wobec swoich kontrkandydatów byłby górą. Nie ma lepszej broni wyborczej niż narzucenie konkurentom tematu, który muszą podjąć.
Proponowana powyżej koncepcja założeń reformy wymiaru sprawiedliwości jest koncepcją nowatorską; jako taka jest to koncepcja kontrowersyjna, która wzbudzi ostrą dyskusję i sprzeciw wielu środowisk prawniczych. Na pewno ożywi jałową dotychczas debatę programową w kampanii prezydenckiej. Czy stanie się elementem programu Andrzeja Olechowskiego ? Trudno powiedzieć. Zważywszy na aktywność Olechowskiego w Internecie na pewno zostanie zauważona. Reszta zależy od opinii jego doradców a ostateczna decyzja do niego samego.
jmm
Nie można wykluczyć, iż po ekshumacji ciała Krzysztofa Olewnika może się okazać, że w grobie Krzysztofa Olewnika leżą szczątki kogoś innego. – To byłby gigantyczny skandal.
Ekshumacja może wykazać, iż szczątki spoczywające w grobie Olewnika należą do kogoś innego. – Tutaj mamy do czynienia z prawdziwym obrazem tego, czym jest w Polsce prokuratura. Ta sprawa odsłania twarz wymiaru sprawiedliwości bez makijażu – powiedział w tvn24 dziennikarz śledczy Sylwester Latkowski.
Wtórował mu Janusz Kaczmarek. – Dzisiaj obraz prokuratury to obraz wielu błędów. Jeśli okaże się, że to nie są zwłoki Krzysztofa Olewnika to będziemy mieli do czynienia z olbrzymim skandalem. I trzeba będzie stawiać zarzuty – dodał.
Źródło: tvn24.pl
Przed kalifornijskim sądem apelacyjnym w Los Angeles odbyło się przesłuchanie w sprawie Romana Polańskiego. Sąd nie wydał orzeczenia. Agencja Associated Press pisze, że oczekuje się, iż sędziowie wydadzą je ostatecznie na piśmie, ale nie wskazuje, kiedy może to nastąpić.
Trzej sędziowie przez ponad godzinę słuchali argumentów prokuratorów i adwokatów. Adwokat reżysera Chad Hummel argumentował, że w gestii sądu leży oddalenie tej sprawy “w interesie sprawiedliwości”.
Adwokaci Polańskiego dowodzili, że naruszenia praworządności w czasie jego procesu o gwałt w 1978 roku były tak wielkie, iż nie powinno się w jego wypadku stosować prawa mówiącego, że oskarżony, który uciekł, nie może dochodzić swoich racji, dopóki nie wróci do USA i nie odda się w ręce sprawiedliwości.
Zadaniem sądu apelacyjnego jest zdecydowanie, czy zwrócić się do sędziego Sądu Najwyższego o rozważenie oddalenia sprawy bez obecności Polańskiego na sali sądowej.
Agencja dpa pisze, że nie oczekuje się natychmiastowej decyzji. Rzecznik sądu w Los Angeles Danny Potter powiedział dpa, że decyzja “może zapaść w ciągu miesiąca”.
Polański znajduje się w areszcie domowym w Szwajcarii. USA wystąpiły z wnioskiem o jego ekstradycję.
W maju sąd niższej instancji w Los Angeles odrzucił wniosek o umorzenie sprawy Polańskiego, argumentując, że reżyser nie stawił się osobiście, by o to wystąpić. Sędzia uznał wtedy, że wniosek o uniewinnienie może zostać rozpatrzony tylko, jeśli Polański wróci do USA.
Odstąpienie przez amerykański wymiar sprawiedliwości od ścigania Romana Polańskiego byłoby uzasadnione także dlatego, że coraz bardziej wątpliwa wydaje się zgoda Szwajcarii na jego ekstradycję. Powoli do świadomości prawników zaczyna docierać, że europejski system prawa karnego różni się od amerykańskiego m.in. tym, że uznaje zasadę przedawnienia. Jeśli zatem Polańskiego nie można by już skazać w Szwajcarii za czyn popełniony przed trzydziestu laty, to Szwajcaria nie powinna zgodzić się na jego ekstradycję. Bez względu na to, czy Polański uniknie osądzenia przez amerykański sąd na podstawie decyzji amerykańskiego czy szwajcarskiego wymiaru sprawiedliwości, zasłuży sobie na miano pogromcy amerykańskiej Temidy – czy jednak nieustraszonego ?…

Po rocznej przerwie producent audycji radiowej “Obiady czwartkowe”, znanej z Radia Emaus, red. Krzysztof Wodniczak postanowił ją wznowić. Obecnie będzie ona emitowana w internetowym radiu Bilans. Tym razem formuła “Obiadów czwartkowych” jest bardziej otwarta, bowiem słuchacze mogą być również jej widzami. Krzysztof Wodniczak zaprasza wszystkich chętnych w każdy czwartek o godzinie 17.00 do klubu U JACKÓW przy rynku Śródeckim 1. Każdy “Obiad Czwartkowy” będzie spotkaniem poświęconym innemu tematowi, a zakończony koncertem muzycznym. Inauguracyjne spotkanie odbędzie się 5 listopada br. i będzie miało charakter wspomnieniowy “…tak szybko odchodzą, zawsze za wcześnie i zawsze nieoczekiwanie…”. W zaduszkowej scenerii świec i opadających liści znanych poznaniaków będą wspominać przyjaciele i najbliżsi. Będziemy wspominali Tych, którzy w szczególny sposób zapisali się w aktualnej historii Poznania.
Prof. Leszka NOWAKA – filozofa będzie wspominał red. Andrzej Wilowski; Wojciecha Szczęsnego KACZMARKA – byłego Prezydenta Poznania będzie wspominał historyk Jędrzej Stefan Oksza- Płaczkowski; Wincentego RÓŻAŃSKIEGO – poetę, przypomni Andrzej Sikorski; Jerzego SOBOCIŃSKIEGO – rzeźbiarza, będzie wspominał Robert Sobociński; Zbigniewa MATECKIEGO – szefa Izby Turystycznej, przypomni Edmund Dudziński; Wiesława KASZUBKIEWICZA – twórcę zespołu ŁANY, przypomni muzykolog Kazimierz Miler; Romana MATYSIAKA – choreografa i reżysera, będzie wspominał Dariusz Jezierski; Macieja FRANKIEWICZA – zastępcę Prezydenta Poznania przypomni redaktor Andrzej Wilowski; Tomasza WÓJTOWICZA – prezesa Poznańskiego Stowarzyszenia Żużlowego będzie wspominał Michał Noculak;
Jerzego KULECZKĘ – zawodnika piłki ręcznej przypomni sędzia Zygmunt Tomkowiak; Waldemara KOWALSKIEGO – pianistę, poetę, wykładowcę Akademii Muzycznej w Poznaniu będzie wspominał Kazimierz Miler.
Po obiedzie Polskie Towarzystwo Artystów, Autorów, Animatorów Kultury PTAAAK oraz Radio Internetowe BILANS zapraszają na koncert “Moje, Twoje, Nasze” w wykonaniu Marka Siwka wokalisty współpracującego z Grzegorzem Stróżniakiem i zespołem Lombard.
Źródło: PTAAAK
MacLawye® nigdy nie ukrywał swojego poparcia dla Andrzeja Olechowskiego. Niechęć MacLawye®’a do tandemu TUSK-KACZYŃSKI i bi-partyjności POPiS’u jest ogólnie znana.
Stąd w ostatnim czasie na obu portalach MacLawye®’a sporo artykułów i przekazów wideo na temat publicznej działalności Dra Andrzeja Olechowskiego.
Zaspół portalu MacLawye® założył także i prowadzi w Internecie specjalną stronę promującą kandydaturę Andrzeja Olechowskiego w Internecie http://olechowski.wordpress.com oraz ‘streamingową‘ telewizję internetową http://olechowski.tv
Obie inicjatywy są autentycznie ‘oddolne’ aczkolwiek MacLawye® poinformował Dra Andrzeja Olechowskiego o swojej akcji poparcia prowadzonej w Internecie.
Witryna http://olechowski.wordpress.com została w sieci zauważona przez Rzeczpospolitą oraz internetowy dodatek Gazety Wyborczej POLITBIURO. Mimo lekkiego sarkazmu w skomentowaniu akcji MacLawye®’a promującej Andrzeja Olechowskiego oba komentarze są raczej pozytywne – co zespół MacLawye®’a bardzo cieszy.
Zbliża się listopad, który MacLawye® od kilku już lat spędza tradycyjnie w Afryce. Bo w Afryce w listopadzie zaczyna się wiosna. A w Johannesburgu kwitną jacarandy; akacjowce przywiezione do Afryki z Południowej Ameryki. W Johannesburgu jest ich tak dużo, że całe miasto tonie w fioletach.
Ale nawet tutaj w Afryce, MacLawye® pozostaje Wielkopolaninem – ze szczególną sympatią do Świetego Marcina i “świętomarcińskich” obyczajów. Mało kto poza Wielkopolską zna “rogale świętomarcińskie”. Jest to wypiek cukierniczy który tradycyjnie w Poznaniu wypieka się tylko jednego dnia, 11 listopada, w dniu Świętego Marcina.
[tvn24.pl] Rogal świętomarciński dołączył do doborowego towarzystwa bryndzy i oscypka. Poznański przysmak został zarejestrowany jako regionalny produkt, z chronioną nazwą i oznaczeniem geograficznym przez Unię Europejską. W Afryce trzeba je piec samemu
Rogale są wypiekane z ciasta półfrancuskiego, z nadzieniem z białego maku, wanilii, mielonych daktyli, cukru, śmietany, rodzynek, masła i skórki pomarańczowej. Takiej receptury muszą przestrzegać wielkopolscy cukiernicy przy pieczeniu tego smakołyku, aby mógł on spełnić zaszczytne miano rogala marcińskiego.
Rogal świętomarciński został zarejestrowany w grupie środków spożywczych, obok chleba, ciast, ciastek, wyrobów cukierniczych, herbatników i innych wyrobów piekarskich. Poznański rogal wypiekany jest z okazji 11 listopada w święto św. Marcina.
Według szacunków cukierników, w Poznaniu, między 9 a 11 listopada, zjedzonych zostanie około 400 ton rogali.
Przepis na rogale marcińskie
Składniki:
Ciasto: 1 kg pszennej mąki 6 jajek 1/2 kostki masła 2 łyżki cukru 50 g drożdży 1 szklanka mleka Masa: 1 1/2 szklanki cukru pudru 200 g migdałów lub orzechów 100 g białego maku śmietana;
Przepis: Drożdże rozpuścić w niewielkiej ilości mleka. Jajka utrzeć z cukrem i połączyć ze stopionym masłem. Nie przerywając ubijania, dodawać porcjami przesianą mąkę, mleko oraz wcześniej przygotowane drożdże. Ciasto wyrabiać do chwili, gdy zaczną pokazywać się pęcherzyki i wtedy pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Migdały, orzechy i mak zaparzyć, zemleć, utrzeć z cukrem i śmietaną aż do uzyskania gęstej masy. Wyrośnięte ciasto rozwałkować i pokroić na kwadraty. Na każdy z nich nałożyć porcję wcześniej przygotowanej masy, uformować rogaliki i pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Wstawić do gorącego piekarnika i piec w temp. 220-250 st. C na złoty kolor.
Święty Marcin był jednym z najbardziej popularnych świętych w Europie. W XII wieku w Poznaniu stanął Kościoł św. Marcina. Wokół tego kościoła była osada Św. Marcin, to tutaj narodziła się tradycja rogali świętomarcińskich. Od imienia patrona kościoła osadę nazywano Świętym Marcinem. Na początku XIX wieku osadę włączono w granicę miasta, a przebiegająca przez nią ulicą stałą się jedną z głównych ulic Poznania (dzisiaj w Poznaniu nie odmieniamy nazwy ulicy Swiety Marcin) . W listopadzie 1891 narodziła się w kościele św. Marcina tradycja rogali świętomarcińskich. Wówczas to proboszcz parafii Jan Lewicki zaapelował do wiernych, aby wzorem Marcina zrobili coś dla biednych. Cukiernik Józef Melzer postanowił odwołać się do starej tradycji związanej z wypiekiem rogali na Św. Marcina. 11 listopada, w dniu pogrzebu świętego wypiekano rogale, które miały symbolizować zgubioną przez konia świętego podkowę. W rzeczywistości Kościół zagospodarował na swój użytek tradycje sięgającą czasów pogańskich, kiedy to jesienią składano bogom ofiar z wołów lub w ich zastępstwie zwijane w wole rogi ciasta.
Melzer sprzedawał rogale bogatym, a biedni otrzymywali je za darmo. Wkrótce biedni w dniu 11 listopada mogli liczyć także na inne podarunki jak chleby czy mięsa. Święto Marcina obchodzono także w całej Polsce. Łączono je z zakończeniem prac w polu, jesiennym ubojem bydła i gęsi (w Poznaniu do dzisiaj żywe jest przysłowie “na Świętego Marcina najlepsza gęsina”), przygotowywaniem zapasów na zimę i urządzanymi z tej okazji ucztami.
Przepis na gęś pieczoną “świętomarciską”
Gęś pieczemy według przepisu Lucyny Ćwierciakiewiczowej:
Gęś tylko młoda i nieco podkarmiona może być smaczna na pieczyste. Po oczyszczeniu wytrzeć ją solą wewnątrz i zewnątrz, nadziać drobnymi, winkowatymi, obranymi jabłkami, lub pokrajanymi na ćwiartki, jeżeli są większe. Włożyć między jabłka kawałek majeranku. Gęś zaszyć i piec w piecu na brytfannie, polewają własnym sosem. Przed wydaniem, jabłka wyjęte z gęsi, pocukrować, obłożyć nimi gęś i polać sosem ściekłym. Dobrze także smakuje gęś nadziewana kartoflami, gdyż kartofle, przesiąknięte smalcem, upieką się wybornie.Gęś “świetomarcińska” koniecznie powinna być podana z odpowiednimi polskimi dodatkami:
Najlepsza jest zamiast ziemniaków kasza gryczana ugotowana na grzybowym wywarze z dodatkiem gęsich podrobów (trochę taka jaką przygotowujemy do nadziewania prosiaka po polsku) – ale o tym decyduje już tradycja domowa; w Poznaniu gęś na Świętego Marcina w wielu domach podaje się z szarymi kluskami.
Do gęsi “marcińśkiej” obowiązkowo czerwona kapusta na słodko (z rodzynkami). Osobno na stole podać należy do gęsi śliwki w occie albo dynię oraz borówki z gruszkami (można podać żurawinę ale “borówka będzie grzeczniejsza”).
Najlepszą gęś w Polsce podaje się – niestety poza Wielkopolską – w Siewierzu ! Tajemnica polega na sposobie pieczenia gęsi w specjalnych naczyniach zwanych “gęsiarkami” w piecu chlebowym opalanym węglem drzewnym.
Na święty Marcin gęsi tuczone dobrze smakują, gdy upieczone.
Gdy Marcinowa gęś po wodzie, będzie Boże Narodzenia po lodzie.
Na Marcina, gęś do komina.Czytaj:
Kulinarny skandal na wielkiej gali u Prezydenta Lecha Kaczyńskiego
jmm

Gęś pieczona - "świętomarcińska"
Kasper Twardowski
…Polacy zaś ten zwyczaj mają.
W dzień świętego Marcina gęś tłustą piekają.
Skąd dwój pożytek biorą gospodarze starzy:
I mięso i praktykę ,jeśli się im zdarzy
Widzieć makuły śniade kości obnażystej,
Spodziewają się pewnie zimy oparzystej;
Jeśli też rydzowata,z brzegów zapalona,
Zapewne zima będzie przykra i szalona.
Będzie li też bielizny miała w sobie wiele,
Niepochybna stateczność sanice się ściele
Według ludowej tradycji, z koloru kości mostka gęsi pieczonej w dzień św. Marcina przepowiedzieć można zimową pogodę: jeśli mostek jest biały, można spodziewać się ostrej, śnieżnej, zimnej zimy; jeśli kość jest czerwona-można liczyć na łagodną, przyjemną pogodę.
Oskar Kolberg pisze: Zamożna gospodyni w jesieni, w dzień św. Marcina, zabija gęś i piecze w piecu, a gospodarz, obdzieliwszy swoją czeladkę cząstakami z tej gęsi, sam sobie zostawia piersi, ostrożnie mięso objada, oczyszcza kość piersiową, a jeżeli jest biała, rokuje zimę suchą i stałą; jeżeli jest sinawa i czerwona, zimę słotną; jeżeli pół biała od góry, a pół czerwona od spodu, wtedy pierwsze pół zimy ma być suche a drugie …słotne; jeżeli w cętki tu i ówdzie nakrapiana, znaczyć to ma zimę burzliwą śnieżną.
Zwyczaje marcińskie splatają się także z losem narzeczonych, którzy w noc św. Marcina udają się do ogrodu, by zerwać po gałązce z drzewa owocowego. Następnie każde z nich z osobna wkłada je w domu do wody. Jeśli obie gałązki zakwitną do Bożego Narodzenia wróżą dobrze przyszłemu związkowi. Zaś w całej Polsce powszechnie znane jest przysłowie “Święty Macin przyjeżdża na siwym koniu” – co zapowiada możliwość pierwszych opadów śniegu.
św. Marcin z Tours
- ur. ok. 316 roku w Sabarii, dziś Szombathely, Węgry
- zm. 8 listopada 397 roku w Candes koło Tours, Francja
- patron Poznania i Bydgoszczy, diecezji Rottenburg-Stuttgart i Moguncji; Burgundii; kantonu Schwyz; żołnierzy, jeźdźców i kawalerzystów; opiekun koni i patron podkuwaczy; patron rusznikarzy, tkaczy, grabarzy, krawców, pasiarzy, rękawiczników, kapeluszników, heroldów, hotelarzy, młynarzy, szczotkarzy, bednarzy, właścicieli winnic, pasterzy i oberżystów; podróżnych, biedaków i żebraków; więźniów; abstynentów; opiekun gęsi i zwierząt domowych; wzywany w przypadku wysypki, ukąszenia przez węża i różycy świń, w modlitwach o urodzaj na polu.
- inne źródła podają, że św. Marcin to Patron Francji, królewskiego rodu Merowingów, diecezji w Eisenstadt, Mainz, Rotterburga, Amiens, dzieci, hotelarzy, jeźdźców kawalerii, kapeluszników, kowali, krawców, młynarzy, tkaczy, podróżników, więźniów, właścicieli winnic, żołnierzy, oberżystów, sukienników, przywoływany przeciwko pijaństwu i burzy.
Marcin urodził się w 316 r. w Sabarii w Panonii (dziś Szombathely na Węgrzech). Tutaj osiedlił się jego ojciec, rodem z Italii, po wieloletnim pełnieniu oficerskiej służby w wojsku rzymskim. wychowanie chrześcijańskie odebrał w Pawii, ojczystym mieście ojca. Gdy miał 10 lat, znalazł się w gronie kandydatów do chrztu (katechumenów). Czytaj dalej
Dorota Kołakowska RZECZPOSPOLITA, 26 października 2009 r.
Starzy działacze Stronnictwa Demokratycznego chcą wyrzucić ze stanowiska szefa partii Pawła Piskorskiego.
Część działaczy uchwaliła wniosek o odwołanie Piskorskiego z funkcji lidera SD na nadzwyczajnym kongresie 21 listopada, a do tego czasu zawieszenia go w prawach członka. Zarzucają mu wodzowski sposób kierowania partią i wytykają postępowania prokuratorskie.
– To zemsta za próbę sprzedaży partyjnych nieruchomości – odpierają ataki ludzie Piskorskiego.
Do awantury między szefem a działaczami doszło na sobotnim posiedzeniu rady naczelnej SD. Zwolennicy Piskorskiego tak to relacjonują: – Starzy działacze zorientowali się, że do partii zapisało się kilka tysięcy nowych członków zachęconych projektem Piskorskiego, a to może spowodować, że stracą drobne korzyści materialne, które czerpali dzięki majątkowi SD – mówi „Rz” Maciej Białecki z zarządu SD. – Od kilku miesięcy torpedowali próby sprzedaży nieruchomości partii.
Sam Piskorski mówił w TVN 24: – Grupa starych działaczy uznała, że chce za każdą cenę, nawet kompromitacji publicznej, utrzymać władzę nad tym, co było w SD.
Czytaj dalej na stronach RZECZPOSPOLITEJ >>>
Partia to JA !!! – Paweł Piskorski.
Wydaje się, że wojna w SD i zacietrzewienie Pawła Piskorskiego oraz sprzyjających mu działaczy zburzy doskonały projekt budowy na polskiej scenie politycznej trzeciej siły, mogącej być realną alternatywą dla bipolarnego układu PO-PiS. Oceniając tę wojnę “starych działaczy” SD z “piskorczykami” z zewnątrz (nie będąc członkiem SD) chyba należałoby wezwać obie strony do opamiętania się. Dzisiaj zapadło orzeczenie Sądu Partyjnego SD uznające legalność sobotniego posiedzenia Rady Naczelnej SD. Okazuje się jednak, że dla “piskorczyków” orzeczenie to nie jest wiążące, bo… członkowie Sądu Partyjnego SD także – nie wiadomo kiedy – zostali zawieszeni w prawach członków partii. Należałoby przypomnieć Pawłowi Piskorskiemu, że formalne kompetencje Zarządu do zawieszania członków partii są jednak ograniczone i zgodnie ze Statutem SD (§ 14 ust. 1) mogą mieć miejsce jedynie w wypadku szczególnie rażącego i przynoszącego szkodę działania członka SD, jaką szkodę przynieśli partii członkowie Sądu Partyjnego SD przed wydaniem orzeczenia ? MacLawye®’owi wydaje się, że sposób interpretowania Statutu SD przez Pawła Piskorskiego jest zaiste “pisowski” – nic dziwnego, skoro PiSkorski ma te trzy literki w nazwisku
. Jest jakaś destruktywna magia w tych trzech literach.
Nie wiadomo, czy nie jest już za późno na ratowanie politycznego projektu zarysowanego w SD przez Pawła Piskorskiego. Musiałby się znaleźć autentyczny mediator, który doprowadziłby do wypracowania jakiegoś kompromisu między “starymi działaczami” SD a “piskorczykami” – w przeciwnym razie obserwatorowi spoza SD będzie absolutnie wszystko jedno kto tę wojenkę wygra. Przegra idea budowania siły politycznej alternatywnej dla PO-PiS’u. Wyborca nie lubi sporów wewnątrzpartyjnych zakładając, że skoro działacze partyjni nie mogą się dogadać w ramach własnej partii, to dopiero na Wiejskiej pokażą na co ich stać. Zatem lepiej się od takiej partii trzymać z daleka.
Panowie z SD opamiętajcie się !!!
A poważnie; sprawa jest żenująca.
Próba zerwania sobotniego posiedzenia Rady Naczelnej Stronnictwa Demokratycznego przez szefa partii Pawła Piskorskiego i zawieszenie ośmiu członków Rady było bezprawne – uznał w poniedziałek Naczelny Sąd Partyjny SD.
Z kolei Piskorski powiedział, że obrady i decyzja sądu są niewiążące, ponieważ – jak mówił – członkowie sądu są zawieszeni w swoich prawach.
Jak poinformował PAP rzecznik prasowy RN SD Adam Zyzman, sąd partyjny po zapoznaniu się z nagraniem sobotnich obrad Rady Naczelnej uznał jej posiedzenie za zgodne ze statusem SD.
Sąd powołał trzyosobowy zespół orzekający, który 5 listopada ma rozpatrzyć przyjęty przez Radę wniosek o zawieszenie członkostwa Piskorskiego w partii do czasu Kongresu Nadzwyczajnego, który ma się odbyć 21 listopada. Kolejna z przyjętych w sobotę uchwał zakazuje Piskorskiemu jakichkolwiek działań w związku ze sprzedażą majątku partii.
-Nie mogło być innej decyzji. Posiedzenie Rady Naczelnej było przeprowadzone z najwyższą starannością, żeby nie można było zarzucić żadnych uchybień formalnoprawnych, gdyż spodziewałem się, że Paweł Piskorski będzie próbował torpedować posiedzenie Rady, gdy tylko się zorientuje, że jest w mniejszości – powiedział zawieszony przewodniczący RN SD Krzysztof Góralczyk.
W poniedziałek obradował także Zarząd Główny SD. Piskorski nie chciał ujawnić szczegółów posiedzenia. Powiedział jedynie, że przyjęto zasady postępowania, jakie będą obowiązywały w najbliższych dniach w Stronnictwie.
W sobotę Piskorski wraz z grupą sprzyjających mu działaczy wyszedł z posiedzenia Rady Naczelnej; zwołał zebranie Zarządu Głównego SD, który zawiesił ośmiu członków Rady w prawach. Członek ZG SD Marcin Kalek wydał oświadczenie, którym stwierdził, że Rada Naczelna “utraciła możliwość podejmowania prawomocnych decyzji”. Piskorski uważa, że zamieszanie w SD wynika z dążenia “starych działaczy” do utrzymania władzy w partii “za każdą cenę”.
Góralczyk uważa, że Piskorski dokonał zamachu na wewnątrzpartyjną demokrację.
- Nie rozumiem motywów jego działania, ale łamie wszystkie elementarne zasady demokracji wewnątrzpartyjnej – powiedział.
Zastępca sekretarza generalnego SD Jan Artymowski uważa za niezrozumiałe działania przeciwników Piskorskiego w sytuacji, gdy SD po raz pierwszy od 20 lat ma szanse powrotu do działalności politycznej. W jego ocenie oponenci Piskorskiego, którzy próbowali dokonać przewrotu w partii uznali, że to ostatni moment powrotu do stanu sprzed lutego, który “oznaczał polityczny niebyt Stronnictwa”. Ale – jak dodał – tej wąskiej grupie gwarantował monopol na podejmowanie decyzji i zarządzanie majątkiem.
“Jednak wszystko, co robią ci panowie, jest sprzeczne ze statutem. W związku z tym ich nadzieję na zatrzymanie procesu odnowy Stronnictwa są płonne” – mówi. Jego zdaniem posiedzenie Rady Naczelnej odbyło się bez kworum, więc wszystkie podjęte tam decyzje mają charakter nieformalny.
Kworum było czy nie było?
Według Góralczyka i wiceszefa SD Jana Klimka decyzję o zwołaniu kongresu oraz skierowaniu do sądu partyjnego wniosku o zawieszeniu Piskorskiego Rada podjęła, gdy kworum nie było jeszcze zerwane. Tłumaczą, że RN liczyła 68 osób, a więc wymagane kworum wynosiło 34 osoby.
- Gdy Rada rozpoczęła obrady, na sali było 58 osób. Po wyjściu z sali Piskorskiego i jego zwolenników pozostało 35 osób, czyli w dalszym ciągu mieliśmy kworum. Dopiero później przyszedł pan Piskorski i dostarczył jakieś pismo, że jakoby zarząd się zebrał i zawiesił 8 członków Rady, ale wtedy Rada już podjęła decyzję o zwołaniu nadzwyczajnego kongresu – argumentuje Góralczyk.
Z kolei wiceszef Rady Andrzej Prochownik twierdzi, że “kworum nie było i to jest fakt”. Nie widzi też zagrożenia dla dalszego przewodnictwa Piskorskiego i realizacji planu odnowy partii. – Wszystko idzie według planu. Może tylko część członków nie rozumie idei zmian. Trudno mi powiedzieć – zaznaczył.
Inne zarzuty wobec Piskorskiego
Inny zarzut, który stawiają oponenci Piskorskiego to niejasności związane ze sprzedażą nieruchomości należących do partii, który to proces rozpoczął się w lipcu. Piskorski mówił wówczas, że jego celem jest uporządkowanie wszystkich spraw formalno-majątkowych Stronnictwa do końca grudnia.
Podkreślał, że sprzedane muszą być wszystkie nieruchomości SD, gdyż Państwowa Komisja Wyborcza wymusza na partii sprzedaż majątku, na którym prowadzona jest działalność gospodarcza. Stronnictwo posiada wiele nieruchomości, położonych w atrakcyjnych lokalizacjach, m.in. w Warszawie, Krakowie, Wrocławie, Szczecinie, Elblągu, Bielsku-Białej oraz Jeleniej Górze.
Góralczyk przyznaje, że Rada Naczelna mając jeszcze zaufanie do Piskorskiego podjęła uchwałę wyrażającej zgodę, żeby to zarząd zajął się sprzedażą tych nieruchomości. Jak dodał warunkiem było, że nie zostaną one sprzedane poniżej wartości rynkowej, a każdy członek Rady będzie miał dostęp do szczegółowych informacji i dokumentów dotyczących tego procesu.
- SD chce kontynuować sprzedaż nieruchomości, ale pod własną kontrolą – powiedział.
Artymowski podkreśla jednak, że zarząd partii nie ma zamiaru ani zatrzymywać sprzedaży majątku, ani go gwałtownie przyspieszać. Decyzję o sprzedaży podejmuje cały zarząd, a nie sam przewodniczący czy jakieś nieformalne grono osób. Na razie jednak, jak dodał, nie udało się sprzedać żadnego z budynków należących do Stronnictwa.
Jego zdaniem główni rozłamowcy są najbardziej zainteresowani niesprzedawaniem nieruchomości SD. Jako przykład podał Lesława Lecha, który mieszka w jednej z kamienic we Wrocławiu należącej do partii. Ten zapewnia jednak, że nie ma nic przeciwko sprzedaży partyjnego majątku.
- Mogę się jedynie zapytać, dlaczego ci nowi tak zabiegają o szybką sprzedaż majątku? Nie oszukujmy się, ci ludzie którzy przychodzą nie ukrywają, że to będą pieniądze na kampanie, na ich start w wyborach – powiedział Lech.
Kolejny zarzut wobec Piskorskiego to niejasności wobec jego majątku.
- Paweł Piskorski przychodząc do SD, nas oszukał. Twierdził, że wszystkie prowadzone wobec niego śledztwa prokuratorskie zostały umorzone. Myśmy mu uwierzyli, że to były tylko nagonki polityczne jego oponentów. Dziś okazuje się, że to jest nieprawda, że śledztwa są kontynuowane.
Według Lecha ujawnienie tych wszystkich spraw spowodowało spadek w sondażach i zainteresowania stronnictwem. -Dla niektórych ludzi postać naszego lidera wyklucza przystąpienia do partii – dodał.
Jego zdaniem na posiedzeniu Rady miał być uchwalony kalendarz wyboru delegatów na kongres partii, który w sposób demokratyczny poddawały wszystkich członków stronnictwa weryfikacji. – Oni chcieli zaś zwołać kongres nadzwyczajny ze starych działaczy całkowicie abstrahując od kilku tysięcy nowych członków SD – powiedział Artymowski.
Artymowski zaznacza jednak, że tak naprawdę w SD “nie ma podziału na starych i nowych członków”. – Jest natomiast grupa kilkudziesięciu osób, które były szczególnie uprzywilejowani i nie chcą tego stracić – podkreślił.
***
Komentarz MacLawye®’a:
I po ptokach !!! – jak ostatnio mawia Zenek Laskowik.
Rada Naczelna Stronnictwa Demokratycznego podjęła w sobotę 24 października 2009 r.decyzję o zwołaniu 21 listopada w Warszawie Kongresu Nadzwyczajnego partii, na którym postawi wniosek o odwołanie z funkcji przewodniczącego SD Pawła Piskorskiego.
Jednocześnie Rada Naczelna skierowała do Naczelnego Sądu Partyjnego wniosek o zawieszenie Pawła Piskorskiego w czynnościach do czasu Kongresu. Paweł Piskorski próbował zerwać obrady Rady Naczelnej, wychodząc ze swoją grupą. – Główną przyczyną decyzji Rady Naczelnej SD jest wodzowski sposób kierowania partią przez Pawła Piskorskiego, nie liczący się z demokratycznymi procedurami, czego przykładem były sposoby powoływania prezesów zarządów regionalnych i rozwiązywanie struktur terenowych – mówi Adam Zyzman, rzecznik Rady Naczelnej SD. (GW-W)
[Komentarz MacLawye®'a] >> Jeszcze przed tygodniem, Andrzej Olechowski, Przewodniczący Rady Programowej SD, zapewniał, że w Stronnictwie, nie ma – formalnie – żadnego konfliktu. Decyzja Rady Naczelnej SD nie tylko ów konflikt ujawnia ale zarazem formalizuje. Okazuje się, że “rewolucja Piskorskiego” w kierowaniu Stronnictwem Demokratycznym może nie odpowiadać działaczom partii, którzy wolą trwać w “politycznym niebycie” niż wrócić do realnej polityki. Powrót SD do realnej polityki możliwy jest obecnie jedynie poprzez realizację w SD strategii Pawła Piskorskiego – widać nie wszystkim to odpowiada.
Przed odtworzeniem wideo, wyłącz głos w monitorze MacLawye®.TV po prawej u góry >>>
Ewentualne odwołanie Pawła Piskorskiego z funkcji Przewodniczącego SD w zasadzie przesądzi o wycofaniu się Andrzeja Olechowskiego ze startu w wyborach prezydenckich 2010 r. Po pierwsze, Olechowski oświadczył niedawno, że w wypadku odwołania Piskorskiego “odejdzie razem z Piskorskim” – po drugie, kandydowanie w wyborach prezydenckich bez strukturalnego zaplecza SD – chociaż teoretycznie możliwe – wydaje się mało prawdopodobne; chociaż… program dla Stronnictwa Demokratycznego “Dołączyć do najlepszych” jest programem Andrzeja Olechowskiego, zaś w 2000 r. Olechowski udowodnił, że stac go na zbudowanie struktur wyborczych dosłownie z niczego. Z drugiej zaś strony, decyzja o zwołaniu Nadzwyczajnego Kongresu SD w celu odwołania Przewodniczącego partii, to jeszcze nie jego odwołanie; na Kongresie dojdzie bez wątpienia do ciekawego starcia między “starym SD” a działaczami związanymi z Pawłem Piskorskim – wynik tego starcia nie jest przesądzony.
Sprawujący faktyczną władzę, charyzmatyczny przywódca ANC Jacob Zuma, został 6 maja wybrany i zprzysiężony jako Prezydent Południowej Afryki. Jacob Zuma w ubiegłym roku odsunął od władzy Prezydenta Thabo Mbekiego a tymczsowym Prezydentem został Kgalema Monlanthe. Zuma w ubiegłym roku nie mógł zostać Prezydentem RPA, ponieważ zgodnie z Konstytucją Prezedenta wybiera się spośród deputowanych. Dopiero po kwietniowych wyborach w RPA, wygranych przez ANC (ale nie przytłaczającą większością głosów – ANC nie uzyskał większości umożliwiającej zmianę Konstytucji), wybór Jacob Zumy na stanowisko Prezydenta Republiki, stał się możliwy.
Kliknij aby obejrzeć inaugurację i zaprzysiężenie Jacoba Zumy >>>>
Kliknij poniżej w ikonę TV aby obejrzeć zaprzysiężenie gabinetu Jacoba Zumy >>>>
Od trzech lat MacLawye® publikowany jest na serwerze WordPress.com – i nadal bieżące posty będą tam publikowane. Jednak WordPress.org na włąsnym hoscie daje dużo większe możliwości. Dlatego – z czasem – to ta witryna stanie się podstawową witryną MacLawye®’a
Na prawym pasku bocznym, kanałem RSS będą na tej stronie pokazywane bieżące wpisy na WordPress.com z linkami do pełnych tekstów – to tak trochę z sentymentu i lojalności dla WordPress.com
WordPress.org musi zadziałać w sieci do 20 maja 2009 r. Bo tego dnia, Maclawye® tradycyjnie, jak co roku wyjeżdża do ukochanej Afryki.
[Wpis z dnia 23 marca 2009 r. - przeniesiony z MacLawye® na WordPress.com]
Pisząc dotychczas na portalu MacLawye® z dużą sympatią o idei paneuropejskiego ruchu obywatelskiego Libertas, zwracałem uwagę, że Libertas ma szanse zaistnieć w polskiej polityce, pod warunkiem zbudowania własnej tożsamości. Wydawało się, że deklaracje Pana Declana Ganleya, że Libertas nie jest przeciwna integracji europejskiej a sprzeciw wobec Traktatu Lizbońskiego w istocie jest zaczynem poważnej filozoficznej refleksji o przysłości Unii Europejskiej i powrotem do wielkiej idei Roberta Schumana budowania duchowej jedności Europy i obywatelskich, demokratycznych struktur unijnych; są deklaracjami wynikającymi ze źródeł idei zjednoczenia Europy. Na tak rozumianą ideę Libertas jest w Polsce miejsce; co więcej, wobec całkowitego zniechęcenia polskiego społeczeństwa do polityki prezentowanej przez PO i PiS idea taka miała szanse zaistnieć już w wyborach do Parlamentu Europejskiego.
Od początku publicznej działalności Pana Declana Ganleya w Polsce pewien niepokój budziły środowiska, na które postawił organizacyjnie (chociaż ocenę kontaktów Ganleya z polskimi środowiskami politycznymi należało przyjmować ze zrozumieniem – ostatecznie trudno było się spodziewać, że będzie on gościem polskich bezkrytycznych euroentuzjastów). Pierwsza wizyta Ganleya w Polsce o charakterze publicznym, w trakcie której zadeklarował chęć powołania polskich struktur Libertas, miała miejsce w listopadzie i odbyła się na zaproszenie Przewodniczącego Polskiego Stronnictwa Ludowego “Piast” Zdzisława Podkańskiego. Wokół Declana Ganleya i idei Libertas zaczęli krążyć działacze odłamu LPR, kanapowej partyjki “Naprzód Polsko”. Brak jasnej deklaracji Libertas i samego Ganleya o podjęciu współpracy z tymi organizacjami – mimo różnych manipulacji medialnych – stwarzał nadzieję, że Declan Ganley poważnie traktuje głoszone przez siebie idee i rzeczywiście zadba o stworzenie w Polsce oddziału Paneuropejskiego Ruchu Obywatelskiego LIBERTAS o wyraźnej własnej tożsamości, nie będącej “tożsamością eurosceptyczną”, do której działaczom polskiej prawicy doprawdy jest daleko. Z tego punktu widzenia decyzje “Naprzód Polsko” i PSL “Piast” o samodzielnym – poza Libertas – starcie w wyborach do Parlamentu Europejskiego były politycznie logiczne.
Druga wizyta Declana Ganleya w Polsce odbyła się na zaproszenie Ligi Polskich Rodzin. Na zorganizowanej konferencji, której gościem był Pan Declan Ganley pojawili się tak znamienici “politycy” jak Ryszard Filipek i Danuta Hojarska; ponieważ media z lubością informowały, że Ganley tworzy Libertas z udziałem tychże postaci, powołany na dyrektora polskiego biura Libertas Daniel Pawłowiec złożył w tej sprawie oficjalne dementi. Pan Daniel Pawłowiec wywodzi się z kregów Młodzieży Wszechpolskiej, stąd jego nominacja na stanowisko dyrektora biura polskiego oddziału Libertas wywołała spekulacje o przemożnym wpływie na działalność Declana Ganleya byłego Przewodniczącego LPR, Romana Giertycha. W oczekiwaniu na decyzje LPR i Ganleya pojawiły się spekulacje, że stworzona zostanie wspólna lista wyborcza w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Jednakże LPR, prawdopodobnie pod wpływem wenętrznej krytyki, ogłosiła samodzielny start w wyborach do Europarlamentu; a ponieważ wcześniej Polskie Stronictwo Ludowe “Piast” i “Naprzód Polsko” zawiązały – bez Libertas – wspólny koalicyjny komitet wyborczy, Ganley i jego Libertas pozostały samotne. I trzeba przyznać, że taki rozwój wypadków stworzył dla Libertas ogromną szansę zbudowania własnej tożsamości politycznej. Zwłaszcza, że Declan Ganley w międzyczasie odbył dwa spotkania, które w jakimś sensie “wyłamywały się” z przypisanej mu etykiety czołowego eurosceptyka i skarajnego prawicowca: było to spotkanie z Kardynałem Stanisławem Dziwiszem a następnie z Prezydentem Lechem Wałęsą. Zwłaszcza tekst Lecha Wałęsy, przygotowany na posiedzenie “Rady Mędrców Europy” i wskazujący na konieczność budowania w Europie solidarności obywateli, narodów i państw – był niemal gotowym programem dla polskiego Libertas. Odwołanie się w wyborach do Parlamentu Europejskiego, odbywających się dokładnie w dwadzieścia lata po pamietnej wygranej “Solidarności” w wyborach 1989 roku, do idei komitetów obywatelskich i postaci samego Lecha Wałęsy, było niezwykłą dla Libertas szansą powtórzenia w wyborach do Europarlamentu, tamtego zwycięstwa wyborczego. Refleksji Lecha Wałęsy Ganley – mimo pokreślenia zbieżności poglądów – nie podjął.
Kolejną konferencję prasową Declana Ganleya poprowadził Artur Zawisza, były poseł PiS, ktory lojalnie odszdł z PiS’u wraz z Markiem Jurkiem i został członkiem stworzonej przez Marka Jurka Prawicy Rzeczypospolitej. Tym razem Artur Zawisza nie okazał lojalności wobec Marka Jurka, bo ten dosyć wcześnie przestał się “umizgiwać” do Ganleya i ogłosił, że wspólny start w wyborach do Paramentu Europejskiego Prawicy Rzeczypospolitej i Libertas Declana Ganleya byłby nieporozumieniem. Istotnie ! – także rozumując “w drugą stronę” wspólny start w wyborach do Europarlamentu Libertas i Marka Jurka byłby jeszcze większym nieporozumieniem.
Kalendarz wyborczy jest nieubłagany i czas biegnie szybko. Libertas, aby wypełnić zobowiązanie Declana Ganleya i wystawić w Polsce kandydatow do Europarlamentu musiało podjąc działania organizacyjne. Wydawało się, że jedynym logicznym krokiem będzi zawiązanie obywatelskiego komitety wyborczego wyborców Libertas. tymczasem 21 marca Pan Declan Ganley niespodziewanie pojawił się w Polsce i ogłosił zarejestrowanie nowej polskiej partii Libertas !!! Prasa, fascynując się poleceniem Prezesa Farfała wyemitowania sprawozdania z konferencji Declana Ganleya oraz przeprowadzonego przez Piotra Kraśkę wywiadu z Ganleyem, nie podjęła tematu rejestracji nowej partii. Trochę to źle świadczy o polskim dziennikarstwie politycznym, bo informacje o zarejstrowaniu partii można uzyskać bez trudu w pokoju 506 bądź 540 Sądu Okręgowego w Warszawie; gdyby dziennikarze pofatygowali się do Sądu Okregowego to w zmasowanej nagonce ba Declana Ganleya i Libertas takiej okazji by nie przepuścili – zresztą… tygodniki ukażą się w poniedziałek.
Okazuje się, że nowa partia Libertas Polska nie jest partią nowozarejestrowaną. W lutym na kongreise partii “Lewica i Demokraci” (w skrócie LiD) podjęto uchwałę o zmianie nazwy partii na Libertas Polska. Tej partii Declan Ganley udzielił swoistego “namszczenia”. Wiceprzewodniczącymi partii Libertas Polska zostali: Daniel Pawłowiec oraz Artur Zawisza, co prawda Pan Artur Zawisza jest chyba wiceprezesem honorowym, bo nie widnieje w rejestrze partii politycznych Sądu Okregowego w Warszawie jako wiceprezes “Libertas Polska”, ale zawsze to będzi zabawne zapytać Pana Artura Zawiszę: ponoć został Pan wiceprezesem “Lewicy i Demokratów” – gorszego scenariusza założenia partii politycznej Pan Declan Ganley wybrać nie mógł.
Co mają wspolnego prawicowi było nie było politycy z LiD’em ??? Otoóż LiD, który przekształcił się w “Libertas Polska” (nieżyczliwa prasa napisze oczywiście, że Ganley kupił sobie papierową partię) to nie sojusz partii lewicowych a “szczeniacki wybryk” Młodzieży Wszechpolskiej, która w 2007 r. zrobiła polityczny dowcip lewicy rejestrując w Sądzie Okręgowym w Warszawie partię polityczną pod nazwą “Lewica i Demokraci” zawłaszczając nazwę i uniemożliwiając tym samym rejestrację sojuszowi sił lewicy (w owym czasie dosyć popularnym) pod tą samą nazwą. O ile w 2007 r. polityczny wygłup zrobiony prawdziwemu LiD’owi można było oceniać w kategorii dowcipu, to stawiając na tak powstałą i “zrejestrowaną” partię Libertas Polska, Pan Declan Ganley, zamiast stawać się poważnym europejskim politykiem postawił się w jednym szeregu z politycznymi “rozrabiakami”. Pan Ganley nie zna najwidoczniej polskiego przysłowia ‘jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie’, bo naprawdę zabawnie by było, gdyby jakaś grupa wyborcow zarejestrowała teraz komitet wyborczy wyborców pod nazwą Libertas. Falstart wyborczy Declana Ganleya w Polsce jest więcej niż wyraźny. (A czasu pozostało niewiele).
Powstaje pytanie: kto doradził Declanowi Ganleyowi taką woltę organizacyjną i czy jest on świadomy historii owego LiD’u, z którego wyłoniła się partia “Libertas Polska” ??? Powstaje także pytanie, czy Declan Ganley i jego Libertas mają jeszcze szanse na obronę idei Libertas jako idei partii proeuropejskiej, sprzeciwiającej się Traktatowi Lizbońskiemu i brukselskiej biurokracji ale wspierającej dążenia do zbudowania silnej i zjednoczonej duchowo i kulturowo Europy; czyli na pokazanie polskiemu wyborcy alternatywy dla Po-PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego (a i dalej w polityce wewnętrznej) ???
Taka minimalna szansa jeszcze istnieje. Ale doprawdy powodzenie idei Libertas w jej postaci deklarowanej przez Declana Ganleya, wobec opisanych wyżej ruchów organizacyjnych jest po prostu znikome. Jeśli Declan Ganley dopuści do zgłoszenia partyjnego komitetu wyborczego przekształconego w “Libertas Polska” prawicowego LiD’u – przegra wszystko. I chociaż mozna zrozumieć, że Ganleyowi potrzebna była partia ze względow organizacyjnych i prawnych a przekształcenie istniejącej partii politycznej wobec dyskryminowania w polskim prawie wyborczym ruchów obywatelskich jest jakimś usprawiedliwieniem, to jednak pod pewnymi inicjatywami politycznymi (mającymi cechy wygłupu) podpisywać się nie wolno. Jeśli Libertas zarejestruje się w Panstwowej Komisji Wyborczej jako komietet wyborczy wyborców reprezentujący ruch obywatelski, w którym jest miejsce zarówno dla politykow prawicy jak i mniej lub bardziej konserwtywnych środowisk liberalnych – Libertas może odzyskac swoją szansę, jeśli zarejestruje się jako komitet partyjny, kokurencja polityczna nie omieszka mówić o “Libertas Polska” – dawniej “LiD”, ale nie ten prawdziwy a ten od Wszechpolaków Giertycha !!!
Skoro partia “dawniej LiD” była inicjatywą Młodziezy Wszechpolskiej a Declan Ganley zdecydował się na jej struktury, to po prostu stał się zakładnikiem Romana Giertycha, który wcześniej lub później ogra politycznie ekscentrycznego milionera z Irlandii. LPR oficjalnie oświadczył, że zbiera podpisy poparcia “w sposób alternatywny” – tzn. jako poparcie dla zarejestrowanego już wyborczego komitetu LPR i jakiegoś innego bliżej niesprecyzowanego. Czy dla Libertas ? Czy można się spodziewać, że ostatniej chwili przed wyborami powstanie koalicyjny komitet wyborczy Libertas i LPR ? – jeśli tak to o politycznej tożsamości Libertas będzie można zapomnieć. Pierwszym sygnałem takiej oceny działań Declana Ganleya było ustąpienie z Libertas jej jedynego polskiego Europosła Sylwestra Chruszcza. W dziwny sposób zbiegło się z ogłoszeniem zarejestrowania partii Libertas Polska (dawniej LiD); zresztą Panu Sylwestrowi Chruszczowi nie można się dziwić, ostatecznie to on pełniąc funkcję p.o. Przewodniczącego LPR stwierdził, że Młodzież Wszechpolska utraciła społeczną wiarygodnosć tworząc swój własny image organizacji skrajnie prawicowej i w polskim społeczeństwie nieakceptowalnej.
Declan Ganley musi zdać sobie sprawę, że kilka chwytliwych haseł nie wystarczy aby mówić o programie wyborczym. Powtarzanie, że 80% przepisów prawa wewnętrznego tworzonych jest w Brukseli przez zbiurokratyzowaną administrację pozostającą poza wszelką kontrolą jest owszem dobrym sloganem wyborczym ale nie zastąpi programu i pogłebionej intelektualnej refleksji nad przyszłością Europy. Libertas powinno podjąć to intelektualne wyzwanie nawiązując do początku mysli o zjednoczonej Europie wyrażonych w tekstach Roberta Schumana “Dla Europy” a kończąc na przesłaniu Lecha Wałęsy “Wrtości i tożsamość europejska” – myśli tych dwóch europejczyków, prawdziwych europejskich mężów stanu, powinny byc podstawą programu Libertas, wówczas idea Declana Ganleya i jego projekt zbudowania paneuropejskiej europejskiej partii politycznej, będzie poważnym politycznym wyzwaniem dla wszystkich sił politycznych Europy; budowanie struktur w oparciu o papierowe organizacje to zaprzeczenie tej idei. Jeśli partia polityczna “Libertas Polska” będzie traktowana jedynie jako struktura dla szeroko rozumianego ruchu obywatelskiego Libertas, wówczas szanse wyborcze tego ruchu w wyborach do Parlamentu Europejskiego 2009 r. będą znaczne. A jest tak dlatego, że tylko szeroki ruch obywatelski a nie partia polityczna, może stanowić realną alternatywę dla rządzącego Polską układu PO-PiS.
[Wpis z dnia 1 lutego 2009 r. przeniesiony z WordPress.com]
Późniejszy sposób powołąnia Libertas Polska zaprzeczył idei głoszonej przez Declana Ganleya
Declan Ganley – człowiek, który przekonał Irlandczyków do odrzucenia Traktatu z Lizbony, spotkał się w Krakowie z kardynałem Stanisławem Dziwiszem. W poniedziałek ma zostać otwarte polskie biuro jego nowej partii Libertas – dowiedział się portal tvn24.pl. Ganley przyjechał do Polski, by promować swoją nową partię Libertas. Jej główne cele to dążenie do zmniejszenia unijnej biurokracji i zdecydowany sprzeciw wobec Traktatu Lizbońskiego, który irlandzki polityk uważa za “antydemokratyczny”. Z kardynałem Dziwiszem jednak o polityce nie rozmawiał – jak sam zapewnia – lecz o polskich korzeniach swojej żony i urokach Krakowa. Lizbonie mówimy “nie” Po rozmowie z kardynałem Dziwiszem, Ganley spotkał się z dziennikarzami, by przedstawić swoje poglądy w związku z planowanym udziałem jego partii w wyborach od parlamentu europejskiego. – Jeśli projekt wspólnej Europy ma się powieść i jeśli w Europie ma panować demokracja, to Traktat Lizboński, który jest na prawdę bardzo złą wersją konstytucji europejskiej, musi zostać odrzucony – przekonywał Ganley. Jego główny postulat to taka forma organizacji władzy w Unii Europejskiej, która umożliwiałaby podejmowanie decyzji zwykłym obywatelom na drodze głosowania. Władza w Europie – w opinii Ganleya – pozostawałaby tym samym pod kontrolą wyborców. – Nie może być tak, że decyzje podejmowane w Brukseli pozostają pod niczyją kontrolą i nikt nie weryfikuje tego, co uchwalają urzędnicy – powiedział Irlandczyk. Jego zdaniem, istnieje bardzo silne lobby wewnątrz władz Unii, które nie licząc się z wolą mieszkańców kontynentu działa na rzecz wprowadzania przepisów korzystnych wyłącznie dla siebie. [tvn24.pl]
Warto zwrócić uwagę, że informacje prasowe o powstającym w Polsce oddziale paneuropejskiego ruchu obywatelskiego LIBERTAS opatrzone są tytułami i komentarzami, iż “w Polsce powstaje antyeropejski przyczółek”. Taka etykieta ruchu Libertas nie jest zgodna z deklaracjami Declana Ganleya. Sprzeciw wobec brukselskiej biurokracji i zdecydowane “nie” dla Traktatu Lizbońskiego, który tę biurokrację umacnia i wyznacza zły kierunek dla dalszej integracji europejskiej nie może być utożsamiany z “eurosceptycyzmem”.
To bardzo dobrze dla wizerunku ruchu Libertas, że Declan Ganley rozpoczął swoją wizytę w Polsce od spotkania z Kardynałem Stanisławem Dziwiszem. Kardynł Stanisław Dziwisz utożsamiany jest z “łagiewnickim” nurtem intelektualnym w polskim kościele. Dzisiaj w Warszawie Declan Ganley będzie gościem działaczy Ligii Polskich Rodzin, którym bliżej jednak do nurtu “toruńskiego” niż “łagiewnickiego”. Z punktu widzenia celów wyborczych – czyli uzyskania przez Libertas możliwie dobrego wyniku w wyborach do Parlamentu Europejskiego – poparcie elektoratu, który jest istotnie antyeuropejski a swoje motywacje w nieco schematyczny (żeby nie powiedzieć prymitywny) sposób, uzasadnia zagrożeniem dla polskiej suwerenności w Europie i obawą zdominowania instytucji europejskich przez Niemców, jest zrozumiałe. Kazdy głos w wyborach sprzeciwiający się Traktatowi Lizbońskiemu, bez względu na motywacje, jest cenny. Jednak Libertas powinno dbac o swój wizerunek ruchu sprzeciwiającego się brukselskiej biurokracji i Traktatowi Lizbońskiemu jako takiemu. Zwrócić bowiem trzeba uwagę, że pośród tzw. “euroentuzjastów” Traktat Lizboński jako tekst prawniczy też ma nie najlepsze opinie a jego poparcie częstokroć motywowane jest w kategoriach “mniejszego zła” – na zasadzie lepszy taki traktat niż żaden.
Otóż dla Europy lepiej by było gdyby Traktat Lizboński (jako mniejsze zło) jednak nie wszedł w życie. To zmusiłoby elity unijne do poważnej refleksji nad przyszłością Unii. “Mniejsze zło” utrwali jedynie zbiurokratyzowanie Unii Europejskiej i wyznaczy kierunki jej rozwoju jako Unii coraz bardziej oddalającej się od obywatela.
Dla Libertas niezwykle ważne będą najbliższe dni i porozumienia zawarte z róznymi siłami politycznymi w Polsce. Jeśli Declan Ganley pozwoli na zdominowanie tworzącego się ruchu przez politykow dotychczas zwizanych z partiami katolickiej prawicy, pewnie pozyska nieco głosów z tej strony sceny politycznej ale straci możliwosć pozyskania głosów tych, którzy będąc w politycznie liberalnym centrum, wbrew opinii rodzimych biurokratów, sprzeciwiają się Traktatowi Lizbońskiemu i chcieliby Unii Europejskiej innego, bardziej demokratycznego i obywatelskiego kształtu. Z drugiej zaś strony Libertas w pewien naturalny sposób skazane jest na rozmowy i jakąs formę współpracy z politykami, którzy wobec Traktatu Lizbońskiego byli krytyczni bez względu na motywacje. Jak dotąd Libertas przedstawiało swój program negatywny (NIE dla Traktatu Lizbońskiego), czy Declanowi Ganleyowi uda się przekonać polską prawicę dla programu pozytywnego (TAK dla Europy demokratycznej i obywatelskiej) – nie wiadomo. Zadanie zaiste jest niełatwe. A od tego zalezy wizerunek Libertas, które i tak będzie atakowane ze wszystkich możliwych stron.
[Wpis z dnia 3 lutego 2009 r. przeniesiony w WordPress.com]
czytaj też: [LIBERTAS - największe oszustwo wyborcze w wyborach do Parlamentu europejskiego 2009 r.]
Libertas dostanie z budżetu UE 200 tys. euro z tytułu uznania go za europejską partię polityczną. Decyzję taką podjęło prezydium Parlamentu Europejskiego. Składające się z przewodniczącego PE i jego zastępców prezydium pozytywnie rozpatrzyło w poniedziałek wniosek o uznaniu Libertas za europejską partię polityczną. Tym samym eurosceptyczny ruch, który zapowiada kampanię przed czerwcowymi wyborami do europarlamentu pod hasłem “Nie dla Traktatu z Lizbony” zyskał prawo do dotacji 200 tys. euro na rok 2009. Zgodnie z unijnym rozporządzeniem z listopada 2003 r. taki status w UE dostaje paneuropejska partia, która jest reprezentowana przynajmniej w jednej czwartej krajów członkowskich (czyli w siedmiu) przez członków Parlamentu Europejskiego lub zgromadzeń narodowych lub regionalnych. Ponadto partia w swym programie i działalności musi przestrzegać zasad, na których opiera się Unia Europejska, a zwłaszcza wolności, demokracji, poszanowania praw człowieka i podstawowych swobód i zasad prawa.
Partia musi też uczestniczyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego lub wyrazić intencję uczestnictwa w najbliższych wyborach.
Ganleyowi udało się zebrać wystarczającą liczbę chętnych do współpracy z nim posłów znanych z eurosceptycznych poglądów z siedmiu krajów: (obok Irlandii) z Francji, Grecji, Bułgarii, Finlandii, Estonii i Polski. Szefem biura Libertas w Polsce został były poseł Daniel Pawłowiec.
Declan Ganley dla Sygnałów Dnia – Polskie Radio “Jedynka”:
O demokratyczną rzeczywistość w Europie
Wiesław Molak: W naszym studiu kolejny gość: Declan Ganley, człowiek, który przekonał Irlandczyków do odrzucenia traktatu z Lizbony. Dzień dobry, witamy w Sygnałach.Declan Ganley: Dzień dobry.
W.M.: Dlaczego i jak pan to zrobił?
D.G.: Zdecydowana większość Irlandczyków wypowiedziała się przeciwko traktatowi, ponieważ zdała sobie sprawę z tego, że jest on zły dla Irlandii i także dla całej Europy. Irlandczycy opowiadają się zdecydowanie za Europą, jednak traktat lizboński oddaje w ręce Brukseli ponad 60 kluczowych obszarów suwerenności, tworzy także stanowisko niewybieralnego prezydenta Europy, podporządkowuje prawo Irlandii, Polski i innych państw suwerennych prawu europejskiemu. Co więcej, artykuł 48 traktatu lizbońskiego postanawia, że wszelkie zapisy traktatu mogą zostać zmienione bez pytania o zdanie, o zgodę ludzi, którzy go przyjęli. Miliony Francuzów i Holendrów już opowiedziało się przeciwko traktatowi. Nie jest to perspektywa przeciwko Europie, nie jest to antyeuropejska perspektywa. Bynajmniej. Irlandczycy zdecydowanie opowiadają się za Unią, ale ważne jest to, żeby wszystkie 480 milionów ludzi, którzy mieszkają w Europie, mogli żyć w rzeczywistości demokratycznej.
W.M.: Mamy taki sondaż z irlandzkiego dziennika Sunday Business Post, że rośnie poparcie dla traktatu lizbońskiego – 58% respondentów opowiedziało się za tym dokumentem. Jeżeliby przyszło ponownie głosować, poparliby traktat lizboński.
D.G.: To bardzo zdumiewające wyniki sondażu, ponieważ po dodaniu wyników okazałoby się, że mamy 107%. Na kilka miesięcy przed referendum w Irlandii te same sondaże mówiły o 90% przeciwko. Bardzo typowym dla elit brukselskich jest to, że potrafią sprokurować wyniki sondaży, które sumują się do 107%. Być może dlatego od 14 lat ich audytorzy nie podpisali ich sprawozdań finansowych, ponieważ nie mogą się rozliczyć.
W.M.: W Polsce powstaje antyeuropejski przyczółek. Dlaczego właśnie w Polsce?
D.G.: Chcę bardzo jasno zaakcentować to, że Libertas jest zdecydowanie za Europą. Bardzo wiele różni nas w poglądach z ludźmi, którzy opowiadają się przeciwko Europie, są eurosceptyczni. Powodem, dla którego chcemy otworzyć oddział Libertas w Polsce jest to, że jest to państwo kluczowe, jest to niezwykle ważny członek Unii Europejskiej. W nadchodzących wyborach w czerwcu Polacy będą mieli możliwość zagłosowania na Libertas w sposób, który wyrazi ich proeuropejskie nastawienie, który pozwoli na wprowadzenie polskich eurodeputowanych z listy partii, która jest jedyną w zasadzie obecnie paneuropejską partią polityczną w Europie. W ciągu stu ostatnich lat w historii Europy Polacy odegrali niezwykle istotną rolę. Jeżeli ten cały projekt europejski ma odnieść sukces, a wierzę, że tak się stanie, to cała żywotna energia będzie pochodziła od nas, od ludzi, nie od elit w Brukseli. W Europie, która jest demokratyczna i odpowiedzialna.
W.M.: A na jakie partie, polskie partie pan liczy?
D.G.: Na żadną. Otwieramy biura Libertas w 27 krajach w całej Europie i w całej Europie podchodziło do nas wielu różnych przedstawicieli różnych ugrupowań, proponując nam swoją współpracę. Jednak jesteśmy przede wszystkim pierwszą paneuropejską partią polityczną w historii Europy. Z całą pewnością będziemy współpracować z politykami z Polski, jeszcze nie zostały podjęte decyzje w tej sprawie i z wieloma osobami rozmawiamy, jednak Libertas chce plasować się w centrum. Nie jesteśmy ani na lewicy, ani na prawicy, jesteśmy centralną partią paneuropejską. I będziemy także chcieli współpracować z osobami nie tylko będącymi przedstawicielami świata polityki, ale także świata nauki, świata prawa.
W.M.: Skąd ma pan na to wszystko pieniądze? 27 europejskich oddziałów – to musi sporo kosztować.
D.G.: To jest rzeczywiście trudne zadanie. Próbujemy naśladować to, co działo się podczas kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych prezydenta Obamy. Dlatego kilka miesięcy temu powstała domena libertas.eu, z której można przekazywać nam środki finansowe na poparcie Libertas i, oczywiście, w każdym państwie członkowskich obowiązują tutaj zupełnie inne przepisy prawa, inne zasady. W przypadku Polski jest tak, że muszą być to pieniądze pochodzące z Polski. Na przykład w Niemczech nie jest to tak ograniczone. We Francji z kolei ograniczenia są bardzo duże.
W.M.: Rozmawiał pan z kardynałem Stanisławem Dziwiszem. Czy panowie rozmawiali o polityce?
D.G.: Rozmawialiśmy o kwestiach, na które polityka ma wpływ. Ale kardynał Dziwisz, Jego Ekscelencja, nie wypowiada się raczej na temat polityki, nie wydaje mi się, żeby to była jego rola. Dla nas w Irlandii, dla mnie osobiście kardynał Dziwisz jest niezwykle istotną postacią, której należy się ogromnie wiele szacunku. Także dla mojej żony, której rodzina pochodzi z Polski, z okolic Krakowa. Dlatego wielkim zaszczytem była dla nas możliwość porozmawiania z kardynałem Dziwiszem. Rozmawialiśmy o sprawach, na które polityka ma wpływ, na sprawy, które dotykają życia każdego z nas. Jest to wspaniały człowiek.
W.M.: Nazywa się pana „Pan Nie”. Nie wolałby pan, żeby mówiono do pana „Pan Tak”?
D.G.: Oczywiście. [śmieje się] Oczywiście, chciałbym zdecydowanie, żeby mówiono o mnie w ten sposób. Chciałbym, żeby powiedziano tak w sprawie tych rzeczy, o których mówimy, krytykując traktat lizboński. Chciałbym, żeby to tak wybrzmiało co do naszych propozycji, które chcą doprowadzić do Europy demokratycznej, które pozwolą odrodzić się Europie, które dadzą jej szansę na nowy renesans, nowe odrodzenie. Mam takie wrażenie, że ludzie, którzy głośno wypowiadają się za przyjęciem traktatu lizbońskiego, najczęściej są osobami, które go nie przeczytały. I chciałbym zachęcić wszystkich słuchaczy do tego, żeby go przeczytali, ponieważ przekonaliśmy się w Irlandii, że jeżeli przeczyta się ten traktat, to już będzie się samemu wiedziało, co zrobić.
W.M.: Declan Ganley, dziękuję bardzo za rozmowę. Miłego pobytu w Polsce.
D.G.: Dziękuję bardzo.
W.M.: A pomagała nam w tej rozmowie Małgorzata Wójcik.
Uwaga:
Przeczytaj o tym co się stało z ruchem Libertas w Polsce:
[LIBERTAS - największe oszustwo wyborcze w wyborach do Parlamentu europejskiego 2009 r.]
{wpis z dnia 24 stycznia 2009 r. przeniesiony z WordPress.com]
Wpływ prac legislacyjnych Parlamentu Europejskiego na życie codzienne każdego z obywateli Unii jest bardzo wyraźny – większość wprowadzanego dziś prawa w państwach członkowskich to dostosowanie do unijnej legislacji (szacuje się, że 60-80 proc. narodowego prawodawstwa jest ustanawiane na poziomie Wspólnoty) Coraz liczniejszy i silniejszy Parlament nabrał pewności siebie oraz stał się bardziej asertywny. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest wymuszenie rezygnacji szefa KE Jacquesa Santera i podanie do dymisji całej Komisji Europejskiej (z wykształcenia prawnik i ekonomista, były premier i minister finansów Luksemburga, został przewodniczącym KE w 1995 roku, a w połowie marca – w skutek skandalu korupcyjnego, w który zamieszana była Komisja – podał się i całą KE do dymisji) .
Wydawałoby się, że silny Parlament spełniający swój demokratyczny mandat w unijnym systemie bilansu “checks & balances” powinien prowadzić również do legitymizacji demokratycznej nie tylko Parlamentu, ale również do ogólnie pojmowanej Unii. Teoretycznie powinno byłoby to wystarczyć do uznania udziału w unijnych wyborach parlamentarnych jako czegoś oczywistego. Jednak stały spadek frekwencji wyborczej i ogólne poczucie dystansu między obywatelem a instytucjami UE – w tym PE – przekonują, że tak nie jest. Dlaczego więc, biorąc pod uwagę siłę i znaczenie Parlamentu Europejskiego, frekwencja wyborcza jest na tak niskim poziomie ?
Według ekspertów należy wziąć pod uwagę wiele czynników. Po pierwsze, sprawy narodowe wciąż są wiodącym tematem w wyborach do PE. Większość badaczy – i co gorsza – sami politycy uważają, że są to wybory “drugiego rzędu”. W wyniku takiego podejścia, zdecydowana większość uprawnionych do głosowania wciąż jest niedostatecznie informowana o potyczkach, jakie mają miejsce na szczeblu unijnym. W efekcie, zamiast o problemach wspólnotowych, w kampanii wyborczej mowa jest o problemach występujących na poziomie narodowym. W opinii naukowców, w dalszym ciągu nie tylko nie ma miejsca na „europejską” debatę, ale jest nawet gorzej: głosujący traktują bowiem wybory do PE jako sposób ukarania ich rządów za niedociągnięcia w polityce wewnętrznej. Jednocześnie ukazują polityczną słabość integracji europejskiej w większości krajów członkowskich.
Dlatego właśnie politycy dążą do koncentrowania się w swoich kampaniach wyborczych na sprawach narodowych i szukają uznania dla propozycji rozwiązywania problemów pochodzących z ich “własnego podwórka”. Wynika to także z faktu, że listy wyborcze przygotowują partie krajowe lub nawet regionalne, a nie partie sformowane na poziomie wspólnotowym, które funkcjonują w PE. “Możesz odnosić sukcesy jako członek Parlamentu Europejskiego, który bardzo ciężko pracuje na poziomie Unii, ale nie jest to jednoznaczne z uzyskaniem wysokiego miejsca na liście wyborczej. Koniec końców ważniejszym jest dobry układ partyjny” – powiedział EurActiv badacz z brukselskiego biura Polityki Europejskiej Sebastian Kurpas. Podkreślił, że europejskie partie polityczne, żeby istnieć, wciąż muszą być zależne od swoich krajowych korzeni. Żaden z obywateli UE – jako jednostka – nie może przyłączyć się do Europejskiej Partii Socjalistycznej ani Europejskiej Partii Ludowej-Europejskich Demokratów (EPP-ED). Jedyna droga do członkowstwa w grupach politycznych Parlamentu Europejskiego prowadzi przez którąś z silnych partii narodowych.
Na tle tych opinii nader ciekawie jawi się irlandzki ruch LIBERTAS Declana Ganleya (przeciwny traktatowi lizbońskiemu) który zapowiada udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. jako pierwsza i jak narazie jedyna partia paneuropejska.
Naukowcy zdiagnozowali także powody apatii obywateli państw członkowskich w wyborach do PE. Po pierwsze, jest to ugruntowane przekonanie, że jest to bez sensu, bo ich udział w głosowaniu nie może nic zmienić. Po drugie, że ich głos nie ma żadnego znaczenia – wielu z nich nie idzie więc do urn, bo nie widzą bezpośredniego związku swojego głosowania z podziałem władzy na szczeblu UE. Rzeczywiście, nawet Niemcy – największe państwo UE z 99 miejscami w 785 osobowym Parlamencie, mają na to tylko bardzo ograniczony wpływ. Sytuacja wygląda jeszcze gorzej w przypadku małych państw takich jak Luxemburg czy Malta, które mają tylko po kilku europosłów.


















































