Został wybrany – a w zasadzie uzgodniony – w toku gabinetowych negocjacji miedzy rządami 27 państw. Zgodnie z postanowieniami Traktatu Lizbońskiego. Obywatele Unii nie mieli żadnego wpływu na wybór prezydenta. Herman van Rompuy to człowiek w Europie nieznany. Jest Belgiem. Europejczycy go nie poznali; a po wyborze, nie zapamiętali nawet jego nazwiska. Na forum Parlamentu Europejskiego dobitnie wyraził to eurodeputowany Nigel Farage, mówiąc: “Ma Pan charyzmę mokrej ścierki i wygląd urzędnika bankowego niższej rangi. Nigdy o Panu nie słyszałem. Nikt w Europie nie słyszał. Kim Pan jest? Chcę wiedzieć kto na Pana Głosował ?”

No cóż, to efekt wejścia w życie Traktatu Lizbośkiego. Jaki traktat, taki prezydent Europy.

Jerzy Marcin Majewskipobierz w formacie pdf

Reformować czy150Ten artykuł nie jest tekstem referującym program Andrzeja Olechowskiego jako kandydata na prezydenta w wyborach 2010 r. Jest to raczej tekst postulatywny, uzasadniający potrzebę wprowadzenia do kampanii prezydenckiej debaty publicznej w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości i nadania tej problematyce wysokiego priorytetu w debacie oraz wyjaśniający, dlaczego pośród wszystkich kandydatów w wyborach 2010 r. właśnie Andrzej Olechowski powinien to uczynić.

Dlaczego debatę o reformie wymiaru sprawiedliwości należy zainicjować w toku prezydenckiej kampanii wyborczej ?

Odpowiedź wydaje się być prosta. Bo to temat ważny, bo badania opinii publicznej pokazują zatrważający brak społecznego zaufania do sądów. Wymiar sprawiedliwości jest elementem ustrojowej zasady trójpodziału władzy. Jeśli zatem źle funkcjonuje, to niesie to zagrożenie dla całego państwa i jego demokratycznego porządku a to są właśnie sprawy do rozwiązania dla przyszłego prezydenta.

Rządowe próby zreformowania sądownictwa kończą się zazwyczaj fiaskiem. Ich wprowadzeniu nie sprzyja ani rządowy system legislacji i żmudnych uzgodnień międzyresortowych każdego projektu ustawy ani bieżący spór parlamentarny w trakcie którego zgłaszane przez posłów poprawki do projektów ustaw są w stanie zepsuć każdy spójny system.

Kiedy rząd Hanny Suchockiej postulował wprowadzenie sądów grodzkich, skończyło się na wyodrębnieniu w sądach wydziałów grodzkich – czyli w praktyce na zmianie mosiężnych tabliczek na drzwiach sądowych wydziałów – reforma padła, zanim się zaczęła.

Gdy rząd Donalda Tuska walczył o rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, postulował zniesienie prokuratur apelacyjnych – rząd sam się z tego projektu wycofał wobec oporu środowiska prokuratorskiego, zapominając, że prokuratorzy apelacyjni mogliby przejściowo z mocy ustawy zostać sędziami śledczymi – ale postulat przywrócenia w polskim systemie prawa karnego instytucji sędziego śledczego, mimo że popierają go wszystkie środowiska prawnicze, został odłożony ad calendas grecas, podobnie jak postulat wprowadzenia zasady, że zawód sędziego powinien być koroną zawodów prawniczych.

Żaden rząd nie wprowadzi reformy wymiaru sprawiedliwości. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że urzędnikami ministerstwa sprawiedliwości są w dominującej części sędziowie, oddelegowani do pracy w ministerstwie; a sędziowie (podobnie zresztą jak adwokaci i prokuratorzy) żadną reformą zainteresowani nie są.

Dlaczego sędziowie nie doprowadzą do systemowej reformy sądownictwa ? Ponieważ musieliby zgodzić się i wyeliminować z prawa o ustroju sądów powszechnych te przepisy, które stwarzają i sankcjonują w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości zasadę sędziowskiego korporacjonizmu. Zasada sędziowskiego korporacjonizmu sprowadza się do tego, że wszelkie decyzje o administrowaniu sądami, o awansach sędziów, przydziałach do wydziałów, ocenie ich pracy – oddane są w ręce samych sędziów. Innymi słowy: o ile konstytucyjna zasada dwuinstancyjności jest jakimś tam gwarantem praworządności rozstrzygnięć sądowych, to sama praca sędziów, jej jakość, poziom wydawanych orzeczeń, kultura (lub jej brak) jaką sędzia wprowadza na sali sądowej, żadnej kontroli nie podlegają i są oceniane przez samych sędziów. Jakakolwiek próba kontroli administracyjnych czynności sędziów bądź jakości ich pracy odbierana jest przez środowisko sędziowskie jako zamach na konstytucyjna zasadę sędziowskiej niezawisłości.

Środowiska prawnicze są ze swej natury konserwatywne i nie akceptują zbyt lekko proponowanych zmian systemowych w wymiarze sprawiedliwości, co więcej, wzajemne skłócenie środowisk prawniczych – sędziów, prokuratorów, adwokatów i radców prawnych – powoduje, że postulowane przez te środowiska zmiany systemowe uwzględniają jedynie ochronę własnych partykularnych interesów bieżących, bez dalekosiężnej wizji zreformowania całości systemu.

Mimo, że usprawnienie działania sądów i całego systemu organów ochrony prawnej, jest zazwyczaj hasłem programowym wszystkich partii politycznych, to jednak zarówno w programach wyborczych jak i później, w wypadku objęcia władzy, politycy ograniczają się do zmian cząstkowych, nie mających istotnego znaczenia dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości jako całości. Częstokroć, dla realizacji swoich celów politycznych, bądź dla czystej propagandy, partie prezentują różne skrajnie przeciwne koncepcje (PO i PiS przy rozdzielaniu funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości), zmieniając te koncepcje w zależności od bieżącej sytuacji politycznej. Właśnie dlatego systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości powinna być w pewnym sensie wyłączona spod bieżącego sporu parlamentarnego. Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. powinien zapowiedzieć, że w wypadku ich wygrania, jako Prezydent RP, w tym obszarze legislacji podejmie inicjatywę ustawodawczą, zapowiadając podjęcie kompleksowych prac nad projektem zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości, obejmującym więcej niż jedną kadencję parlamentu a nawet więcej niż jedną kadencję prezydencką. Po prostu reformy systemowej wymiaru sprawiedliwości z dnia na dzień wprowadzić się nie da; nie da się także wprowadzić takiej reformy jednym cząstkowym rozwiązaniem. Reforma systemowa powinna bowiem objąć nie tylko prawo o ustroju sądów powszechnych ale także procedury (zarówno cywilną jak i karną), prawo o adwokaturze i wykonywaniu zawodu radcy prawnego (zmierzające do unifikacji tych zawodów i wprowadzenia spójnego systemu kształcenia prawników, w którym zawód sędziego staje się koroną zawodów prawniczych), itp.

Czy wprowadzenie do programu politycznego w wyborach prezydenckich sprawy reformy wymiaru sprawiedliwości jest „opłacalne” z punktu widzenia efektu wyborczego ? Otóż nie jest prawdą, że kwestie związane z działaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości nie interesują polskiego wyborcy. Chociaż można się zgodzić z tezą, że z punktu widzenia wyborcy, z punktu widzenia obywatela jest wiele kwestii ważniejszych, to z punktu widzenia demokratycznego systemu władzy państwowej w Polsce jako państwa prawa, nie ma ważniejszej sprawy niż reforma wymiaru sprawiedliwości. Polski wyborca jest na tyle świadomy, że doskonale wie, iż władza prezydenta w Polsce nie zapewni mu wyższych zarobków i doskonale wie, że reformy systemowe mogą być wprowadzone jedynie przy konsensusie wszystkich sił politycznych, a taki konsensus zapewnić może tylko ponadpartyjny prezydent.

Z drugiej zaś strony problematyka wymiaru sprawiedliwości jest dla polskiego społeczeństwa doniosła. Dowodzi tego choćby historia politycznego sukcesu Prawa i Sprawiedliwości, które już w swojej nazwie się do niej odwołuje. I chociaż partia braci Kaczyńskich ma tyle wspólnego z prawem i sprawiedliwością, co demokracja z demokracją socjalistyczną, należy pamiętać, że sukces PiS’u jak i samego Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, był w dużym stopniu wynikiem programu politycznego skupionego na zapowiedzi manipulowania w obszarze wymiaru sprawiedliwości. PiS powstała wokół powtarzanego jak mantra przez Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości sloganu, że jest zwolennikiem kary śmierci i jej przywrócenia w polskim systemie prawa karnego (mimo pełnej świadomości, że nie jest to możliwe), a największą społeczną popularność osiągnął polityk PiS’u, który prezentował siebie jako „szeryf” twardą ręką kierujący resortem sprawiedliwości.

Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. nie musi (a nawet nie powinien) oceniać pracy sądów. Nie może jednak (i nie powinien) nie dostrzegać, że polskie społeczeństwo nie ma zaufania do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Według badań przeprowadzonych przez ministerstwo sprawiedliwości zaledwie 37% Polaków pozytywnie ocenia polski wymiar sprawiedliwości, 44% wystawia opinię negatywną w odpowiedzi na pytanie: jaka jest Pani/Pana ogólna ocena działania wymiaru sprawiedliwości. Głównym determinantem złej opinii Polaków o instytucjach systemu organów ochrony prawnej są: niesprawiedliwe orzecznictwo 70,9%, nierzetelne wykonywanie obowiązków przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w tym sędziów 69%, ich stronniczość 65% i niska efektywność działań 63%. Praktyka wykonywania zawodu dowodzi, że niemal powszechna jest – nie do końca a na pewno nie w takim stopniu prawdziwa – opinia o skorumpowaniu polskich sądów (9 na 10 klientów kancelarii prawniczych rozpoczyna konferencję z prawnikiem nie od pytania o ocenę prawną procesu a od pytania „czy Pan to może załatwić ?”). Skoro zatem opinia o polskim wymiarze sprawiedliwości jest tak zła, kandydat na urząd prezydenta nie może się do tego społecznego zjawiska nie odnieść.

Diagnozując problem niskiej oceny wymiaru sprawiedliwości i obniżenia się społecznego autorytetu sędziów w relacji do praktyki działania wymiaru sprawiedliwości, można stwierdzić, że społeczny wizerunek sądów determinowany jest przez niski poziom orzecznictwa sądowego, pojmowanie przez sędziów zasady niezawisłości sędziowskiej jako zasady uniemożliwiającej ocenę (i krytykę) ich pracy, obniżenie się poziomu kultury sali sądowej. Praprzyczyną tych wszystkich zjawisk jest sędziowski korporacjonizm. W rezultacie to właśnie ów korporacjonizm sędziowski – paradoksalnie – jest przyczyną upadku autorytetu samych sędziów a w konsekwencji negatywnego obrazu całego wymiaru sprawiedliwości. Tak więc postulatem i hasłem reformy wymiaru sprawiedliwości w programie politycznym kandydata na prezydenta, powinna być odbudowa autorytetu sędziów, poprzez likwidację sędziowskiego korporacjonizmu w zarządzaniu kadrami i administrowaniu sądami. Tak ogólne stwierdzenie w programie politycznym kandydata na prezydenta byłoby jednak niewystarczające. Konieczne jest pokazanie, że są metody naprawy sytuacji.

W ustawie o ustroju sądów powszechnych, rozdział 4 zatytułowany jest „samorząd sędziowski”. Samorządność sędziowska realizowana jest poprzez powierzenie najistotniejszych decyzji (w tym zwłaszcza decyzji kadrowych), zgromadzeniom ogólnym sędziów sądów apelacyjnych i sądów okręgowych. Kompetencje zgromadzeń ogólnych sądów sprawiają, że sądy i sędziowie pozostają poza jakakolwiek kontrolą zewnętrzną a wynikający z tych przepisów sędziowski korporacjonizm powoduje, że w środowisku sędziowskim realizowana jest zasada nihil de nobis sine nobis, co daje samym sędziom władzę w zarządzaniu i organizacji sądów niemal absolutną. Wiadomo jest teoretykom państwa i politykom, że wszelka władza deprawuje a władza absolutna deprawuje absolutnie. Udzielona zgromadzeniom ogólnym sędziów władza, wykonywana jest przez tzw. kolegia; odpowiednio: kolegia sądów apelacyjnych i kolegia sądów okręgowych. W ich skład wchodzą wyłącznie sędziowie określonego sadu, wybierani przez zgromadzenia ogólne sędziów. Tym samym organ samorządu sędziowskiego (zgromadzenie) posiada swoisty „organ wykonawczy” który ustawowo sytuowany jest jako organ sądu. Nie ma chyba drugiej takiej instytucji, w której organ samorządu zawodowego wybierałby organ instytucji państwowej (a odległym porównaniem byłaby analogia do sytuacji, w której związek zawodowy w przedsiębiorstwie, nie tylko miał wpływ na wybór dyrektora ale powoływałby radę nadzorczą przedsiębiorstwa) – i ta konstrukcja ustawowa w prawie o ustroju sądów powszechnych jest po prostu chora, prowadzi do „deprawacji” środowiska sędziowskiego a w konsekwencji do obniżenia się autorytetu sędziów w opinii publicznej.

Planując reformę polskiego wymiaru sprawiedliwości należałoby dążyć do wyeliminowania z prawa o ustroju sądów powszechnych zasady sędziowskiego korporacjonizmu i zastąpienie jej zasadą służebności sądów wobec obywateli; natomiast w zakresie wewnętrznego nadzoru nad pracą sądów wprowadzić rozwiązania, które w dalekiej paraleli byłyby transpozycją na grunt wymiaru sprawiedliwości zasady trójpodziału władz. Zmiana taka polegałaby na ograniczeniu kompetencji zgromadzeń ogólnych sędziów do roli czysto samorządowej reprezentacji interesów środowiska sędziowskiego z nader ograniczonym wpływem na bieżącą pracę sądów i nadzór nad działalnością sędziów oraz na radykalnym wzmocnieniu kompetencji kolegiów sądów. Jednak wzmocnienie kompetencji kolegiów sądów i wyposażenie ich w głos decydujący w sprawach związanych z działalnością wewnętrzną sądów musiałoby być powiązane ze zmianą składu osobowego kolegiów. Istotą proponowanej reformy powinno być bowiem ustawowe dopuszczenie do składu kolegiów prokuratorów i adwokatów, przy czym liczba sędziów w kolegiach sądów powinna być ograniczona do reprezentacji środowiska sędziowskiego i pozostawać w mniejszości do liczby przedstawicieli pozostałych zawodów prawniczych. W skład kolegium poszczególnych sądów apelacyjnych powinni z urzędu wchodzić nie tylko prezesi tych sądów ale także dziekani okręgowych rad adwokackich i szefowie prokuratur odpowiednich szczebli. W jakimś sensie byłby to odpowiednik zasad obowiązujących w arbitrażu, w którym strony same wybierają arbitrów. A ocena pracy sędziów dokonywana byłaby przez tych, którzy dokonują tej oceny w swojej codziennej pracy – prokuratorów i adwokatów.

Ta stosunkowo prosta zmiana spowodowałaby po prostu rewolucję w wymiarze sprawiedliwości i pozwoliła zrealizować postulaty, które obecnie – mimo powszechnego uznawania ich za słuszne – są odkładane. Przede wszystkim – w powiązaniu ze zreformowaniem przepisów o dochodzeniu do wykonywania zawodu sędziego – pozwoliłaby na przepływ kadr między zawodami prawniczymi (sądownictwem i adwokaturą, a przy założeniu, że równolegle wprowadzono by do systemu polskiego prawa karnego instytucję sędziego śledczego, także prokuraturą).

Proponowana zmiana, zakłada ściślejsze powiązanie zawodów prawniczych między sobą. Konsekwencją takiej zmiany musiałyby być zmiany w procedurze dyscyplinarnej wszystkich zawodów prawniczych. O ile dyscyplinarne postępowanie pierwszoinstancyjne powinno pozostać w gestii samorządów; to wraz z proponowanymi zmianami w składzie kolegiów sądów, należałoby postulować powołanie w sądach apelacyjnych specjalnych wydziałów etyki zawodów prawniczych (ponownie z udziałem sędziów, adwokatów i prokuratorów), które spełniałyby funkcję dyscyplinarnych sądów drugiej instancji w stosunku do wszystkich samorządów (sędziowskiego, prokuratorskiego i adwokackiego) o kompetencjach kasacyjnych.

Proponowana zmiana w zakresie składu i kompetencji kolegiów sądów mogłaby być wprowadzona do prawa o ustroju sądów powszechnych bez konieczności zmiany Konstytucji Rzeczypospolitej. Co więcej taka zmiana nie mogłaby być uznana przez środowisko sędziowskie jako zamach na sędziowską niezawisłość. Mimo to należy się spodziewać, że przedstawiona propozycja spotkałaby się z krytyką ze strony sędziów. Faktem jest, że proponowana zmiana zmienia całą filozofię sprawowania wymiaru sprawiedliwości i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Jej wprowadzenie musiałoby być powiązane z kompleksową i rozłożoną w czasie konieczną zmianą procedur sądowych, zakresu kognicji sądów, absolutnie radykalnemu – w dalszej ale określonej perspektywie – uposażenia sędziów.

Wprowadzenie do prawa o ustroju sądów powszechnych zasady służebności sądów zawierającej się zasadniczo w postulowanej wyżej zmianie i dopuszczeniu do zarządzania sądami przedstawicieli innych zawodów prawniczych musiałoby być wprowadzone do systemu wymiaru sprawiedliwości wraz z innymi oczekiwanymi społecznie zmianami: likwidacji instytucji ławników i wprowadzeniu w to miejsce procesu przed ławą przysięgłych w sprawach o zbrodnie (co byłoby realizacją zasady państwa obywatelskiego), wyjęcie spod kognicji sądów drobnych spraw cywilnych i spraw o drobne (nie zagrożone karą aresztu) wykroczenia i poddanie ich rozstrzyganiu przez sędziów pokoju wybieranych przez społeczności lokalne w wyborach powszechnych wraz z przekazaniem obsługi tych sądów jako zadań samorządów lokalnych, itd. (samo skatalogowanie zakresu koniecznych zmian reformujących system wymiaru sprawiedliwości, wykracza poza ramy tego tekstu).

Dopuszczenie do zarządzania sadami przedstawicieli innych zawodów prawniczych spowodowałoby przepływ kadr między tymi zawodami. Dzisiaj, każdy sędzia, który chce przejść do adwokatury ma gwarancję wpisu z ustawy na listę adwokatów. Kierunek odwrotny, przejście z adwokatury do sądownictwa, mimo że prawnie możliwy, w praktyce jest niespotykany. Wbrew rozpowszechnionym opiniom nie są temu winne różnice w zarobkach sędziów i adwokatów; istnieje całkiem spora grupa adwokatów, która bez wątpienia chciałaby przejść do sądownictwa, uniemożliwia to procedura poddania się ocenie kolegiów sądów, w których przedstawicieli adwokatury obecnie nie ma, w związku z czym panuje w praktyce powszechna opinia, że przejście adwokata do zawodu sędziego jest niemożliwe.

Nietrudno jest wyobrazić sobie jak udział adwokatów i prokuratorów w składzie kolegiów sadów wpłynąłby na poprawę pracy sądów. Sama świadomość sędziów, że są oni poddani nieustannej ocenie nie tylko swoich kolegów-sędziów ale także reprezentantów stron procesu podniosłaby kulturę sali sądowej a uzależnienie awansu sędziego od pozytywnej opinii kolegium sądu, w którym zasiadaliby prokuratorzy i adwokaci, podniosłaby zarówno poziom orzecznictwa jak i dyscyplinę pracy sędziów i efektywność prowadzenia procesów.

Czy którykolwiek z kandydatów w wyborach prezydenckich 2010 r. zdecyduje się podjąć debatę na temat zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości ? Należy sądzić, że każdy. Tyle tylko, że w większości będą to postulaty o niskim priorytecie w programie kandydata i nie wykraczające poza ogólniki w rodzaju: należy usprawnić sądownictwo, wzmocnić autorytet sądów itp. Tymczasem od kandydatów na prezydenta należy oczekiwać pójścia krok dalej, należy oczekiwać pokazania w jaki sposób zamierzają oni zreformować wymiar sprawiedliwości.

Trzeba jasno powiedzieć, że cokolwiek by w swojej kampanii wyborczej mówił na temat wymiaru sprawiedliwości obecnie urzędujący Prezydent, jego słowa nie będą wiarygodne. Lech Kaczyński wsławił się w toku swojej kadencji odmową nominowania sędziów zawnioskowanych do nominacji prezydenckiej przez Krajową Radę Sądownictwa. Była to decyzja, która w mojej opinii kwalifikowała się do postawienia Lecha Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu; wątpliwości – może mniej radykalne – zgłaszał zarówno Rzecznik Praw Obywatelskich jak i Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, który skierował w tej sprawie skargę kompetencyjną do Trybunału Konstytucyjnego. Niestety, żałosny poziom tej skargi spowodował, że Trybunał Konstytucyjny sprawą się nie zajął odrzucając skargę (Zob.: I po sprawie – Prezydent może powoływać sędziów jak chce a jak nie chce to nie musi.).

Po podjęciu przez Donalda Tuska decyzji o nie kandydowaniu w wyborach prezydenckich program kandydata Platformy Obywatelskiej na urząd prezydenta będzie programem samej Platformy, siłą rzeczy skoncentrowanym na postulacie uporządkowania stosunków między prezydentem a rządem.

W zakresie programowym kandydat Platformy nie wyzwoli się od oceny zarządzania resortem wymiaru sprawiedliwości przez obecny rząd zapewniając, że nie będzie – w odróżnieniu od Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – stosował prezydenckiego veta wobec prób zreformowania wymiaru sprawiedliwości. Tyle tylko, że projekty nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, prawa o wykonywaniu zawodu doradcy i innych ustaw związanych z systemem ochrony organów prawnych, zmierzają akurat w odwrotnym kierunku niż systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości i zamiast walki z sędziowskim korporacjonizmem, pod presją środowisk prawniczych konserwują obecny stan rzeczy. (Jedynym wyjątkiem jest rozdzielenie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, które jednak wobec wycofania się z projektu likwidacji prokuratur apelacyjnych i wprowadzenia do systemu prawa karnego instytucji sędziego śledczego stało się rozwiązaniem niepełnym – chociaż uczynionym w dobrym kierunku).

Wydaje się, że kandydatem na urząd prezydenta, który mógłby uczynić z programu reformy wymiaru sprawiedliwości program wiarygodny dla wyborcy jest Andrzej Olechowski. Przede wszystkim dlatego, że zarówno PO jak i PiS czy SLD bądź PSL w momencie gdy były u władzy próbowały dokonywać reformy sądownictwa i nigdy nic z tego nie wyszło. Bo reforma wymiaru sprawiedliwości inicjowana przez jakikolwiek rząd do żadnej systemowej reformy nie doprowadzi; a najczęściej już w samych swoich założeniach jest zazwyczaj cząstkowa i nigdy się do końca nie udaje; skoro zatem nie udało się to rządom tych partii, to trudno będzie uwierzyć aby udało się partyjnemu prezydentowi, choćby nie wiem jak zapewniał, że stanie się prezydentem ponadpartyjnym.

Co więcej zaproponowane wyżej założenia zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości wpisują się w obywatelski charakter kandydatury Andrzeja Olechowskiego, który już w wyborach prezydenckich 2000 r. niektóre z przedstawionych wyżej postulatów – z odmiennym rozłożeniem akcentów w ówczesnej sytuacji społecznej – prezentował w kampanii prezydenckiej. Tak więc można założyć, że proponowana reforma byłaby zgodna zarówno z całościowym programem wyborczym Andrzeja Olechowskiego jak i z jego wizerunkiem jako polityka a w wypadku wygrania wyborów prezydenckich przez Andrzeja Olechowskiego, konsekwentna realizacja przez Prezydenta Rzeczypospolitej tej reformy, z wykorzystaniem prezydenckiej inicjatywy ustawodawczej mogłaby by się stać historycznym osiągnięciem jego prezydentury.

Reforma wymiaru sprawiedliwości na pewno stanie się elementem prezydenckiej kampanii Andrzeja Olechowskiego; powinna jednak stać się elementem wiodącym. Jest tak dlatego, że dotychczas ogłoszony przez Olechowskiego program jest w pewnym sensie statyczny (można też powiedzieć, że nie tylko statyczny ale i stateczny jak sam Olechowski), to program dobry, spójny ale nie porywający.

Z wystąpień programowych Andrzeja Olechowskiego jawi się obraz prezydentury niezależnej, spokojnej, kompetentnej. W zasadzie jedynym elementem budzącym emocje, była zapowiedź wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji przybrania osoby bliskiej.

Politycznie, ogłoszenie tej koncepcji w pierwszej odsłonie programowej, było sygnałem wysłanym do środowisk lewicowych, że oto Olechowski, postrzegany dotychczas jako polityk liberalno konserwatywny, jest otwarty na postulaty lewicy. I w tym sensie ten element programowy swoją rolę spełnił. Medialnie był to niewypał. W sposób mniej lub bardziej poprawny politycznie media donosiły, że w swojej kampanii Olechowski opierał się będzie na pedałach (Piskorski nieudolnie tłumaczył, że chodzi przecież o dwie babcie, które wspólnie hodują kota); w istocie proponowana przez Olechowskiego konstrukcja przybrania osoby bliskiej służy ochronie rodziny. Jest tak dlatego, że jej wprowadzenie wytrąci środowiskom homoseksualnym argumenty na rzecz wprowadzenia do polskiego prawa instytucji małżeństw homoseksualnych. Wydaje się, że Andrzej Olechowski próbował to kiedyś wytłumaczyć w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i…” ale ta go jak zwykle zagadała.

Wprowadzając do swego programu wizję zreformowania wymiaru sprawiedliwości Andrzej Olechowski pokazałby wizje prezydentury aktywnej a w kampanii wyborczej otworzyłby debatę, w której wobec swoich kontrkandydatów byłby górą. Nie ma lepszej broni wyborczej niż narzucenie konkurentom tematu, który muszą podjąć.

Proponowana powyżej koncepcja założeń reformy wymiaru sprawiedliwości jest koncepcją nowatorską; jako taka jest to koncepcja kontrowersyjna, która wzbudzi ostrą dyskusję i sprzeciw wielu środowisk prawniczych. Na pewno ożywi jałową dotychczas debatę programową w kampanii prezydenckiej. Czy stanie się elementem programu Andrzeja Olechowskiego ? Trudno powiedzieć. Zważywszy na aktywność Olechowskiego w Internecie na pewno zostanie zauważona. Reszta zależy od opinii jego doradców a ostateczna decyzja do niego samego.

jmm

Donald Tusk złożył deklarację, że nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich 2010 r. Prawdę mówiąc od mniej więcej jesieni ubiegłego roku spodziewałem się takiej decyzji premiera. Jeśli nie publikowałem swoich przewidywań i nie stawiałem pieniędzy przeciwko kasztanom, że Donald Tusk kandydował nie będzie, to jedynie z obawy, czy stać go będzie na tak odważną decyzję.

Dzisiaj Donald Tusk odzyskał moje – i jak sądzę nie tylko – zaufanie. Jego decyzja o pozostaniu na stanowisku premiera i nie kandydowaniu w wyborach prezydenckich 2010 r. jest decyzją odważną i co najważniejsze dobrą dla Polski. Tusk składa deklarację w momencie gdy wszystkie sondaże dają mu druzgocącą przewagę nad konkurentami. Dlatego nikt nie może mu zarzucić, że “stchórzył”, przeciwnie, wykazał wiele odwagi pokazując, że nie jest zakładnikiem układu politycznego jaki się wytworzył, że ponad osobiste ambicje przedkłada dobro Polski. Brawo Donaldzie !!!

Nieposłusznych PRZYWÓDCY SD członków Rady Naczelnej SD można by jeszcze zastrzelić.

pisolKomunikat po posiedzeniu Rady Naczelnej Stronnictwa Demokratycznego. Na 24 października br. zwołane zostało  posiedzenie Rady Naczelnej Stronnictwa Demokratycznego. W związku z niejasnościami i brakiem przedyskutowania oraz skonsultowania części projektów uchwał przewodniczący SD Paweł Piskorski złożył do przewodniczącego Rady Naczelnej wniosek o zarządzenie przerwy i zwołanie spotkania konsultacyjnego. Następnie zwołał zebranie zarządu głównego i opuścił salę posiedzeń. Podobnie uczyniła znacząca część członków Rady. Zarząd podjął decyzję o zawieszeniu w prawach członka ośmiu członków rady w związku z działaniem na szkodę Stronnictwa Demokratycznego. W wyniku tej decyzji (sic ! – to istny obłęd statutowy) Rada Naczelna utraciła możliwość podejmowania prawomocnych decyzji, a jej dalsze obrady były nieformalne.

Tak oto – rozróbą – kończy się pierwszy etap budowy nowej formacji politycznej, polegający na reanimacji umarłej partii pod przewodnictwem człowieka, który nie miał nic do stracenia. Nie twierdzę, że Piskorski nie podniesie się po dzisiejszym pchnięciu nożem, ale będzie mu ciężko. I na nic się zdadzą puszczane w eter informacje, że to banda komuchów sprzeciwiła się dynamicznemu liderowi, nie chcąc stracić posiadanych przywilejów oraz mieszkań w sprzedawanych przez Piskorskiego kamienicach. Ten patent już nie działa.

logomaclawyertext

Rację ma Paweł Piskorski twierdząc, że “starzy działacze” SD, chcieli za wszelką cenę zachować w Stronnictwie władzę, że dostrzegli, iż działania nowego Przewodniczącego SD prowadzą wprost do osłabienia ich pozycji w Stronnictwie a nawet odsunięcia od realnego wpływu na jego losy. Paweł Piskorski zapomina tylko o jednym. “Starzy działacze” SD mieli prawo walczyć o zachowanie swoich pozycji, jeśli czynili to demokratycznie i w oparciu o przepisy Statutu SD.

Przed odtworzeniem wideo, wyłącz głos w monitorze MacLawye®.TV – live, po prawej, u góry >>>^

Prawdą jest, że Paweł Piskorski znalazł metodę na polityczne ożywienie Stronnictwa Demokratycznego; możliwe, że tempo tego “ożywienia” było zbyt szybkie dla “starych działaczy” SD, którzy powierzając przed niespełna rokiem kierownictwo partii Piskorskiemu nie docenili jego zdolności organizacyjnych i swoistej przebojowości politycznej. Za rządów Pawła Piskorskiego w SD podwoiła się (bezmała) liczba członków partii. Nowi członkowie nie przystępowali do Stronnictwa z uwagi na sentyment do jego historii a z uwagi na polityczną aktywność Pawła Piskorskiego właśnie. Analizując ledwie kilka życiorysów młodych, nowych działaczy SD, nie trudno zauważyć, że wielu z nich to dawni działacze Platformy Obywatelskiej a zwłaszcza Młodych Demokratów, którzy bez żalu porzucili dotychczasowe struktury partyjne, z jednej strony z uwagi na “wodzowski” styl uprawiania polityki w PO, z drugiej dla Pawła Piskorskiego właśnie.

Ostry i “sformalizowany” konflikt między “starymi działaczami” SD a nowymi członkami partii był kwestią czasu. Nieporozumienia wewnątrz SD od jakiegoś czasu się pojawiały, ale – jak twierdził jeszcze przed tygodniem Andrzej Olechowski – nie miały “sformalizowanego” charakteru i były zjawiskiem normalnym wobec zmian jakie następowały w Stronnictwie.

W sobotę 24 października 2009 r. odbyło się posiedzenie Rady Naczelnej Stronnictwa Demokratycznego. Jak wynika z przekazanych informacji, Rada Naczelna postanowiła zwołać na 21 listopada 2009 r. Nadzwyczajny Kongres SD w celu odwołania Pawła Piskorskiego z funkcji Przewodniczącego SD, występując jednocześnie do Sądu Partyjnego o jego zawieszenie w prawach Przewodniczącego partii do tego czasu. Rada Naczelna – w zgodzie ze Statutem SD – miała pełne prawo podjąć taką uchwałę (§ 21 ust. 3 pkt 2 Statutu SD) bez względu na to, czy to się to Pawłowi Piskorskiemu podoba czy nie oraz bez względu na to, czy jest to zgodne z “interesem stronnictwa” jako takiego. Otóż “interes partii” jest kategorią ocenną i zapewne inaczej formułuje go Paweł Piskorski a inaczej “starzy działacze” SD.

Niestety MacLawye® nie ma informacji, czy uchwała Rady Naczelnej Stronnictwa Demokratycznego, o zwołaniu na 21 listopada 2009 r. Nadzwyczajnego Kongresu SD podjęta została przed, czy po przerwie w obradach Rady. W zasadzie nie ma to większego znaczenia dla oceny dalszych działań Pawła Piskorskiego, chociaż nieco komplikuje prawno-statutową interpretację legalności podjętych po przerwie uchwał. Otóż w przerwie obrad Rady Naczelnej SD, Zarząd SD, na wniosek Przewodniczącego “zawiesił” w prawach członków partii ośmiu członków Rady Naczelnej. Formalnie, dwa przepisy Statutu SD (§ 14 i § 30 ust. 1, dają Zarządowi SD prawo zawieszenia członka partii, co rodzi ten skutek, że zawieszony członek partii traci swoje funkcje partyjne na czas zawieszenia (a więc m.in. nie może wykonywać uprawnień członka Rady Naczelnej); jest to wyjątkowe i kuriozalne uprawnienie zarządu partii i wydaje się być wyjątkowym statutowym “bublem”. W istocie bowiem daje Zarządowi partii uprawnienie – z którego Paweł Piskorski skwapliwie skorzystał – do sparaliżowania działań Rady Naczelnej (a więc drugiego po Kongresie statutowego organu władczego partii); wystarczy “zawiesić” członków Rady Naczelnej w trakcie trwania jej obrad aby można było twierdzić, że Rada Naczelna nie może podejmować uchwał. I z taką sytuacją mamy do czynienia. Formalnie, zawieszenie przez Zarząd SD członków partii będących jednocześnie członkami Rady Naczelnej, jest dopuszczalne; jednakże z punktu widzenia swej funkcjonalności, kompetencja Zarządu do zawieszania członków Rady Naczelnej w prawach członków partii powinna być wyłączona. A już na pewno powinno to być wyłączone w trakcie trwania obrad Rady Naczelnej. Andrzej Olechowski w przygotowanym dla Stronnictwa Demokratycznego programie “Dołączyć do najlepszych”, który prezentuje na licznych spotkaniach, motywując swoje odejście z Platformy Obywatelskiej krytykuje styl uprawiania polityki przez PO i “wodzowskie” przywództwo Donalda Tuska. Paweł Piskorski, zawieszając członków Rady Naczelnej SD w trakcie trwania jej obrad, przekroczył granice “wodzowskiego” zarządzania partią, postąpił jak fuhrer – (chociaż… w zasadzie nie, bo mógł “nieposłusznych” członków Rady Naczelnej zastrzelić, wówczas na pewno nie podjęliby uchwały i nie byłoby problemu, czy uczynili to przed czy po zawieszeniu ich w prawach członków partii oraz czy dysponowali stosownym quorum ?).

Wewnętrzny konflikt w Stronnictwie Demokratycznym w zasadzie nie powinien zaszkodzić Andrzejowi Olechowskiemu w jego zamiarach kandydowania na urząd Prezydenta RP w 2010 r. – tym bardziej, że w 2000 r. Olechowski udowodnił, iż stać go na stworzenie własnych struktur wyborczych. Jednak styl działania Pawła Piskorskiego i swoiste “rozegranie” konfliktu wewnątrz SD, bez wątpienia Andrzejowi Olechowskiemu zaszkodzą. Jego krytyka wobec “wodzowskiego” stylu Tuska nie może być relatywizowana w ocenie działań Piskorskiego; choćby podjętych w słusznej sprawie. Andrzej Olechowski zapowiedział, że w wypadku “odejścia” (czytaj: odwołania) Piskorskiego, odejdzie razem z Piskorskim (widać na działaczach SD, ta deklaracja wrażenia nie zrobiła); odejście nie oznacza jeszcze rezygnacji z ubiegania się o urząd Preydenta RP; jednakże należałoby oczekiwać od Olechowskiego jednoznacznej oceny działań Piskorskiego wobec członków Rady Naczelnej SD – a może próby mediacji ???.

Paweł Piskorski pewnie się wybroni wewnątrz SD i pozostanie jego Przewodniczącym (choć łatwo mu nie będzie), ale to co zrobił 24 października 2009 r. przejdzie do historii opisującej zasady wewnątrzpartyjnej demokracji.

W wywiadzie dla Gazety Wyborczej (link poniżej) Paweł Piskorski twierdzi, że przy podejmowaniu uchwały o zwołąniu Kongresu SD 21 listopada 2009 r. nie było quorum. Ponoć uchwałę tę podpisało 35 osób. I coś się tutaj nie zgadza. Ze strony www Stronnictwa dowiadujemy się, że Rada Naczelna liczy sobie 60 osób; § 5 ust. 1 Statutu SD określa quorum organów kolegialnych partii na połowę jego składu osobowego. A zatem quorum dla podjęcia przez Radę Naczelną SD uchwały, to 30 osób – skoro 35 głosowało za odbyciem Kongresu SD, to jak mogło nie być quorum ? – (chyba, że Paweł Piskorski nie liczy tych 8 osób, które w międzyczasie Zarząd SD zawiesił – ale o tym już było).

Przeczytaj wywiad z Pawłem Piskorskim na temat wydarzeń w SD w Gazecie Wyborczej >>>

Sprawdź co na ten temat mówi Statut Stronnictwa Demokratycznego >>>


Kliknij w strzałkę w prawym górnym rogu aby powiększyć,

lub wybierz z [menu] pobierz [download] aby zapisać statut na swoim twardym dysku.

Podyskutuj na forum Gazety Wyborczej >>>

Albo skomentuj poniżej :-)

aolrafdutRuch Polska XXI powstał – tak się przynajmniej wydawało i takie były deklaracje liderów – jako sprzeciw wobec partyjniactwa Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości; w swoich założeniach Polska XXI miała stać się obywatelską alternatywą dla duopolu PO-PiS’u.

Po deklaracji – uwzględniającej chyba realia – Rafała Dutkiewicza, że nie będzie on kandydował w wyborach prezydenckich 2010 r. i jego rezygnacji z funkcji Przewodniczącego Rady Programowej Ruchu Polska XXI, przed Polską XXI staje poważna decyzja: czy uczestniczyć w wyborach prezydenckich 2010 r. wystawiając własnego kandydata ?

Po rezygnacji Rafała Dutkiewicza pojawiły się w prasie spekulacje, że Polska XXI zamierza zaproponować kandydowanie Maciejowi Płażyńskiemu (jednemu z “trzech tenorów” założycieli Platformy Obywatelskiej) bądź zgłosić kandydaturę Kazimierza M. Ujazdowskiego. Spekulacje te zbiegły się z informacją, że Andrzej Olechowski rozważa zamiar kandydowania w wyborach prezydenckich.

Decyzja Ruchu Polska XXI o ewentualnym udziale w wyborach prezydenckich 2010 r. będzie swoistym dowodem na to, czy ruch ten istotnie zamierza być ruchem obywatelskim, czy też – wbrew deklaracjom – zamierza uprawiać partykularny interes swoich liderów, czyli ni mniej ni więcej tylko partyjniactwo. Dzisiaj – w świetle prasowych spekulacji – łatwiej wyobrazić sobie poparcie dla Andrzeja Olechowskiego ze strony samego Rafała Dutkiewicza niż ze strony ruchu Polska XXI (i może byłoby to wystarczające, bo bez Dutkiewicza Polska XXI staje się istotnie klubem wzajemnej adoracji bezdomnych polityków). O ile medialne spekulacje o rozważaniu przez Polskę XXI zgłoszenia w wyborach prezydenckich kandydatury Macieja Płażyńskiego bądź Kazimierza M. Ujazdowskiego są prawdziwe – to b. źle świadczy o Polsce XXI.

Udział Macieja Płażyńskiego w wyborach prezydenckich 2010 r. byłby (przy założeniu, że kandydował będzie Andrzej Olechowski) niezwykle ciekawy bowiem w wyborach starliby się “ojcowie założyciele” Platformy Obywatelskiej przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu. Jest oczywiste, że taki układ działałby wyłącznie na korzyść Lecha Kaczyńskiego i zapewnił mu udział w drugiej turze wyborów. Byłoby to zaprzeczeniem dania wyborcom alternatywy wobec PO-PiS’u i zapewniło pierwsze dwa miejsca Tuskowi-Kaczyńskiemu, czyli skutek wystawienia w wyborach prezydenckich Maciej Płażyńskiego  byłby dokładnie odwrotny od założeń i deklaracji Polski XXI. Pozostaje mieć nadzieję, że Maciej Płażyński jest na tyle rozsądny, że z ewentualnej oferty Polski XXI nie skorzysta.

Wystawienie kandydatury Kazimierza M. Ujazdowskiego niewiele by zmieniło w rywalizacji Kaczyński-Tusk-Olechowski, bowiem Kazimierz M. Ujazdowski mógłby liczyć na śladowe poparcie wyborców; co ukazałoby absolutne fiasko ruchu Polska XXI jako inicjatywy obywatelskiej (fiasko idei powołania ogólnopolskiego ruchu obywatelskiego Polska XXI w zasadzie już jest faktem).

Ruch Polska XXI mógłby także wysunąć kandydaturę Ludwika Dorna (po ostatnim flircie Dorna z Kołem Poselskim Polski XXI taki wariant staje się także teoretycznie możliwy a ambicje Ludwika Dorna i brak realizmu liderów Polski XXI nie pozwalają takiego wariantu wykluczyć). Wariant udziału Ludwika Dorna w wyborach prezydenckich jako kandydata Polski XXI byłby dla Andrzeja Olechowskiego wręcz idealny bowiem zwiększałby jego szanse na pokonanie w pierwszej turze wyborów Lecha Kaczyńskiego.

Andrzej Olechowski deklarując zamiar udziału w wyborach prezydenckich 2010 r. jako jeden z argumentów skłaniających go do takiej decyzji wymienia upartyjnienie państwa przez PO (co jest oczywistym odejściem PO od programowych założeń, które legły u podstaw jej powołania) oraz partyjniactwo PiS’u. Jest to dokładnie ta sama argumentacja, która była podstawą organizowania Ruchu Polska XXI.

Sama deklaracja Olechowskiego, że rozważa udział w wyborach prezydenckich spowodowała, że w sondażach uzyskał on 8% poparcie (wynik jakiego Polsce XXI po roku działalności nie udało się uzyskać w rankingach partii i ruchów politycznych). Od sondażowego wyniku Lecha Kaczyńskiego dzieli Olechowskiego jedynie 6% poparcia. Ta różnica, przy dobrej kampanii wyborczej jest do zniwelowania i druga tura wyborów prezydenckich w układzie Tusk-Olechowski jawi się zupełnie realnie.

8% poparcia dla Andrzeja Olechowskiego to zasługa wyłącznie jego osobowości i konsekwencji w głoszeniu poglądów pro-obywatelskich. Poparcie Andrzeja Olechowskiego przez Ruch Polska XXI byłoby korzystne i dla Olechowskiego i dla Polski XXI. Jest tak dlatego, ze pomysł (i medialna informacja) o udziale Olechowskiego w wyborach prezydenckich wiąże jego kandydaturę bardzo silnie ze Stronnictwem Demokratycznym Pawła Piskorskiego – a medialny wizerunek tego polityka (nie wnikając w to jak jest naprawdę) – może Olechowskiemu odebrać kilka punktów poparcia. Poparcie Olechowskiego przez Polskę XXI (mimo zupełnie śladowego poparcia dla Polski XXI w sondażach) stworzyłoby pewną przeciwwagę dla wizerunku Olechowskiego w wyborach a i Polsce XXI mogłoby przysporzyć poparcia.

Ewentualny wybór Andrzeja Olechowskiego na Prezydenta RP, byłby realizacją celu Polski XXI jakim jest sprzeciw wobec upartyjnienia państwa. A jest tak dlatego, że Andrzej Olechowski w swoich poglądach i działaniach byłby gwarantem odpartyjnienia państwa – co było jedną z podstaw utworzenia Ruchu Obywatelskiego Polska XXI – o czym Rafał Dutkiewicz mówił na spotkaniu w Poznaniu 8 listopada 2008 r. co warto sobie przypomnieć w materiale video poniżej:

O poparciu Andrzeja Olechowskiego przez Ruch Obywatelski Polska XXI podyskutuj na portalu Polski XXI.

Na temat kandydatury Andrzeja Olechowskie w wyborach prezydenckich, czytaj na portalu MacLawye®:

OAlJMMZnużenie polskim układem politycznym skazującym wyborców na wybór pomiędzy Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością powoduje, że znaczna część wyborców, którzy jeszcze interesują się polityką i chcą uczestniczyć w wyborach, poszukuje “trzeciej siły”, poszukuje alternatywy dla POPiS’u. Uprawiane zarówno przez PO jak i przez PiS partyjniactwo skutecznie zniechęca do politycznej aktywności tych wszystkich, którzy w swojej idealistycznej wizji przyszłości Polski stawiali na budowę społeczeństwa obywatelskiego.

Potrzebę zbudowania ruchu obywatelskiego dostrzegają także politycy; jednakże nieśmiałe próby powołania takiego ruchu, który  odegrałby na polskiej scenie politycznej istotną rolę kończą się raczej mizernie. Przykładem niech będzie ruch Rafała Dutkiewicza Polska XXI – inicjatywa sympatyczna, szczera w intencjach – ale nie mająca najmniejszych szans na odegranie jakiejkolwiek roli w wyborach prezydenckich czy parlamentarnych (z racji oparcia się na działaczach lokalnych być może zaistnieje w wyborach samorządowych). Próby aktywizacji polskiego społeczeństwa poprzez budowanie ogólnopolskiego ruchu obywatelskiego dowodzą, że zbudowanie takiego ruchu na poziomie ogólnopaństwowym jest po prostu niemożliwe.

Swego czasu przekonał się o tym Andrzej Olechowski próbując stworzyć organizację OdR (Obywatele dla Rzeczypospolitej), która została zlikwidowana po cichu i bez dyskusji; bo i powołana została przez Andrzeja Olechowskiego wbrew głosom jego politycznych przyjaciół na idealistycznym założeniu, że armia wolontariuszy, którzy zaangażowali się w kampanię wyborczą Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich 2000 r. stanie się swoistą “kadrą” takiego ruchu.

Inna sprawa, że Andrzej Olechowski nie był w tworzeniu OdR konsekwentny angażując się jednocześnie w tworzenie Platformy Obywatelskiej jako jeden z jej “Trzech Tenorów” i chociaż Platforma utworzona została w dużej mierze dzięki dobremu wynikowi wyborczemu Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich 2000 r. i w swoich założeniach miała być właśnie ruchem obywatelskim a nie partią polityczną (w pierwszych wyborach parlamentarnych, w których PO wzięła udział występowała jako ruch obywatelski a nie partia polityczna), to jednak polski system prawny w pewien sposób wymusił na PO przekształcenie się w partię polityczna; zaś styl uprawiania polityki przez kadrę PO i Donalda Tuska, czyli partyjniactwo do kwadratu, zaprzeczył założeniom, które legły u podstaw powołania Platformy Obywatelskiej.

Andrzej Olechowski współtworząc Platformę Obywatelską zapomniał o swoim zapleczu organizacyjnym jakim byli ludzie, którzy zaangażowali się w jego kampanię prezydencką. Sposób powstania Platformy Obywatelskiej (“Trzech Tenorów“) sugerował, że Platforma zorganizowana zostanie z trzech środowisk: ludzi związanych z dawnym KLD (Donald Tusk), samorządowców (Maciej Płażyński) – a z czasekm SKL (Jan Rokita) – i “ludzi Olechowskiego” czyli całej struktury powstałej jako regionalne sztaby wyborcze Andrzeja Olechowskiego w wyborach 2000 r. Jednakże Andrzej Olechowski o “swoich ludzi” w tym czasie nie zadbał, tworząc dla nich skazany na niepowodzenie OdR, i pozostał w Platformie sam, bez jakiegokolwiek zaplecza. A warto pamiętać, że stworzenie całej struktury organizacyjnej ludzi zaangażowanych w wybory prezydenckie Andrzeja Olechowskiego było swoistym politycznym ewenementem – była to grupa ludzi, których łączyła w zasadzie jedynie przyjaźń bądź sympatia wobec kandydata.  Próba utworzenia dla tych ludzi skazanego na niepowodzenie OdR bez jakiegokolwiek przełożenia na ich pozycję w PO zdeterminowało pozycję Andrzeja Olechowskiego w samej  PO i  stało się jedną z przyczyn powolnego wyobcowywania się Andrzeja Olechowskiego z tej organizacji; okazało się bowiem, że prezentowany przez Andrzeja Olechowskiego skrajny indywidualizm nie jest wystarczający do skutecznego wpływania na program i bieżące działania Platformy. Bez “swoich ludzi” w Platformie Andrzej Olechowski od samego początku był skazany na opuszczenie Platformy. Jego apele, wezwania programowe, przestrogi, nie miały wpływu na odchodzenie PO od swoich pierwotnych założeń i programowych podstaw działania obywatelskiego.

Platforma Obywatelska od samego początku ujawniała swoje “partyjniactwo” wbrew obywatelskim założeniom i deklaracjom. Warto choćby wspomnieć, że w tzw. “prawyborach PO” w Poznaniu przed wyborami parlamentarnymi pierwsze miejsce uzyskał (ś.p.) Piotr Buczkowski, jednakże układ partyjniacki zadziałał i w drodze “wewnętrznego porozumienia” pierwsze miejsce na listach przyznano Waldy Dzikowskiemu – przy całej sympatii i szacunku dla Waldego, zaprzeczenie idei prawyborów i “partyjny układ” w ustalaniu kolejności na liście był powodem, dla którego niżej podpisany nie zaangażował się w tworzenie PO w Poznaniu. Dzisiaj MacLawye® z satysfakcją przyjmuje, że Andrzej Olechowski z powodu partyjniactwa jakie opanowało Platformę, ustąpił z tej partii.

Czy Andrzej Olechowski ma szansę odegrania istotnej roli w wyborach prezydenckich 2010 r. – czy ma szanse te wybory wygrać ???

Mój osąd szans Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich 2010 r. nie jest, bo być nie może, obiektywny. Jest tak dlatego, że w 2000 r. byłem koordynatorem kampanii prezydenckiej Andrzeja Olechowskiego w Wielkopolsce; a na jej zakończenie miałem zaszczyt usłyszeć od Andrzeja Olechowskiego, że jestem jego politycznym przyjacielem w Poznaniu. Ponieważ ta “polityczna przyjaźń” jest wzajemna, moja ocena szans Andrzeja Olechowskiego w 2010 r. może być dotknięta “myśleniem życzeniowym” – nie ukrywam, że bardzo bym chciał aby Andrzej Olechowski zdecydował się na udział w wyborach prezydenckich i aby te wybory wygrał.

Andrzej Olechowski deklaruje, że swoją decyzję co do startu  w wyborach prezydenckich 2010 r. ogłosi bez zbędnej zwłoki jesienią b.r. (wspominając mimochodem o końcu listopada). Swoją decyzję uzależnia od własnej oceny społecznego odbioru jego przesłania dla Polaków, czyli tego, co chce w polityce zaproponować. Ważne, że Andrzej Olechowski wprost przyznaje, iż rozważa możliwość startu w wyborach prezydenckich 2010 r. a swoją decyzję uzależnia od reakcji społecznej; jak sam mówi: “Nie sposób dziś powiedzieć, czy wezmę udział w kampanii prezydenckiej. Zresztą nikt tego nie powie łącznie z urzędującym prezydentem. Ale nie wykluczam startu. A to dlatego że słyszę wiele zachęt. One, oczywiście, sprawiają mi przyjemność, ale też budzą obawy, no, bo nie ma nic gorszego, niż zawieść nadzieje. Więc rozważam sprawę. (…) Myślę, że się ruszę i pojeżdżę po Polsce, żeby się zorientować, po pierwsze, czy to, co myślę na temat przyszłości Polski, jest zgodne z oczekiwaniami Polaków. A po drugie: czy ja umiem te swoje przekonania i wizje wyrazić językiem, który jest zrozumiały. Słowem, czy sobie poradzę z komunikacją.”

O tym że obywatelskie przesłanie Andrzeja Olechowskiego będzie uważnie wysłuchane i zrozumiane jestem przekonany; kłopot w tym aby sam Andrzej Olechowski tak odbiór swojej politycznej myśli ocenił. Załóżmy zatem, że Andrzej Olechowski uznając, że jego propozycja programowa jest społecznie oczekiwana i rozumiana, zdecyduje się startować w wyborach prezydenckich 2010 r. – jakie ma szanse ?

Po pierwsze; czyim kandydatem będzie Andrzej Olechowski ? Obecnie spekuluje się, że zostanie zgłoszony jako kandydat Stronnictwa Demokratycznego pod nowym przewodnictwem Pawła Piskorskiego (swoją deklarację o rozważaniu zamiaru kandydowania Andrzej Olechowski ogłosił w obecności Pawła Piskorskiego na konferencji Stronnictwa Demokratycznego [zob. video], w którym Andrzej Olechowski nie będąc członkiem partii został szefem rady programowej).

Taka koncepcja (udział w wyborach prezydenckich jako kandydat Stronnictwa Demokratycznego) – moim zdaniem – byłaby falstartem wyborczym. Andrzej Olechowski pokazał wielokroć, że jest człowiekiem niezależnym. I taki powinien pozostać. Jeśli zgłosi swoją kandydaturę powinien to zrobić jako kandydat niezależny. Oczywiście poparcie ze strony SD byłoby jak najbardziej wskazane ze względów czysto technicznych; ta najstarsza w Polsce partia mimo marginalnej roli jaka odgrywa w bieżącej polityce posiada swoje struktury a to w kampanii wyborczej sprawa ważna. Czy jednak taki układ będzie odpowiadał Pawłowi Piskorskiemu, który przy okazji startu Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich chce wypromować SD i ponownie wprowadzić je na salony polityczna ? Trudno powiedzieć. Piskorski jest realistą i powinien sobie zdawać sprawę z tego, że Andrzej Olechowski jako kandydat partyjny już na starcie traci swój image indywidualisty i polityka niezależnego. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie aby w obywatelskim komitecie wyborczym Andrzeja Olechowskiego znalazł się Paweł Piskorski a sam komitet zawarł ze Stronnictwem Demokratycznym porozumienie o udziale struktur stronnictwa w kampanii wyborczej Andrzeja Olechowskiego; jednak Andrzej Olechowski jako “człowiek Piskorskiego” to brzmi fałszywie i mimo wzajemnej sympatii obu Panów wydaje się, że do takiego odbioru społecznego kandydatury Andrzeja Olechowskiego nie dopuszczą (w trkacie konferencji prasowej SD Paweł Piskorski mocno akcentował fakt, że Andrzej Olechowski wspierając programowo SD pozostaje poza partią – to dobry znak i dowód realizmu politycznego Piskorskiego). Poparcie SD dla Andrzeja Olechowskiego jest zatem oczywiste. Nieco mniej oczywiste jest poparcie jakiego Andrzejowi Olechowskiemu mogą udzielić środowiska lewicowe. Moja wiedza w tym zakresie jest zbyt mała abym mógł snuć jakiekolwiek dywagacje co do poparcia Andrzeja Olechowskiego przez lewicę. Programowo nic by nie stało na przeszkodzie aby środowisko związane z Aleksandrem Kwaśniewskim udzieliło Olechowskiemu poparcia (sam Aleksander Kwaśniewski nader życzliwie wypowiada się o Andrzeju Olechowskim); na takim poparciu Andrzej Olechowski na pewno by nie stracił.

Jednakże poparcie ze strony obecnych liderów lewicy w tym Grzegorza Napieralskiego nie dość, że wątpliwe, może okazać się dla wizerunku Andrzeja Olechowskiego ciężarem.

MPAODTjpg

Z "Trzech Tenorów" w PO pozostał jedynie Tusk, który pozbawił Platformę jej obywatelskiego charakteru

Natomiast nader ciekawie mogłoby wyglądać poparcie dla Andrzeja Olechowskiego ze strony Rafała Dutkiewicza i Ruchu Polska XXI. Po deklaracji Dutkiewicza, że nie będzie on kandydował w wyborach prezydenckich 2010 r. w środowisku Polski XXI pojawił się pomysł wysunięcia kandydatury Macieja Płażyńskiego. Sytuacja, że “Trzech Tenorów” PO kandyduje w wyborach prezydenckich byłaby po prostu kompromitująca a jedyną osobą, która mogłaby się cieszyć z takiego obrotu sprawy byłby pewnie Jarosław Kaczyński, bo taki układ działałby jedynie na korzyść Lecha Kaczyńskiego. Dlatego wydaje się, że Andrzej Olechowski powinien myśląc o kandydowaniu w 2010 r. życzliwie zerknąć w stronę Rafała Dutkiewicza i Polski XXI, która mimo że jej struktury są w powijakach i nijak się nie rozwijają, jest jednak związana ze środowiskami samorządowymi, których poparcie w wyborach prezydenckich może być cenne.

sondaAndrzej Olechowski jest kandydatem drugiej tury wyborów prezydenckich. W 2000 r. kiedy kandydował wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim i Marianem Krzaklewskim założeniem była druga tura wyborów. Niebywała popularność Aleksandra Kwaśniewskiego spowodowała, że drugiej tury nie było. Jednak Andrzej Olechowski z Marianem Krzaklewskim wygrał uzyskując 17,6% głosów (Krzaklewski 14,9%). Gdyby Aleksander Kwaśniewski nie uzyskał w pierwszej turze 54,7% głosów, historia mogłaby się potoczyć inaczej. Ale historia i polityka nie lubią gdybania.

Czy tak jak w roku 2000 Olechowski wygrał z reprezentującym prawicę Marianem Krzaklewskim, może w 2010 r. wygrać z Lechem Kaczyńskim ?

Mimo, że od 7 lat Andrzej Olechowski praktycznie nie uczestniczy aktywnie w życiu politycznym jest nadal jednym z najlepiej rozpoznawalnych polskich polityków. Już sama deklaracja że zastanawia się nad zgłoszeniem swojej kandydatury w wyborach prezydenckich 2010 r. spowodowała, że w sondażach ponad 8% wyborców zdecydowanie zadeklarowało, że oddałoby na Andrzeja Olechowskiego swój głos. Tak wysoki stopień poparcia dla polityka nie piastującego żadnej funkcji publicznej jest bez wątpienia wynikiem osobowości Andrzeja Olechowskiego. Jeśli do tego wyniku dodać głosy osób, które są zniesmaczone sposobem uprawiania polityki przez Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego (a te głosy pojawią się w sondażach dopiero po oficjalnym zgłoszeniu kandydatury Andrzeja Olechowskiego) poparcie na starcie kampanii wyborczej w granicach 20% jest wysoce realne. A to pokazuje, że w układzie wyborczym Kaczyński – Olechowski – Tusk, każda w zasadzie konfiguracja finalna jest możliwa.

***

W materiale video poniżej, wypowiedź Aleksandra Kwaśniewskiego o ewentualnej kandydaturze Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich 2010 r. oraz wypowiedź Andrzeja Olechowskiego o opinii Aleksandra Kwaśniewskiego na temat jego kandydatury. Zważywszy, że ci dwaj politycy byli konkurentami w wyborach prezydenckich 2000 r. warto zwrócić uwagę na różnice klasy Aleksandra Kwaśniewskiego i Andrzeja Olechowskiego w relacji do tandemu Kaczyński-Tusk !!!

***

I na koniec drobna uwaga; Andrzej Olechowski jest rozpoznawalny (i popierany) głównie przez inteligenckie środowiska ludzi należących wiekowo do “górnej strefy stanów średnich”, czy też – jak powiada Paweł Nowak :-) – do “wyższej kategorii wiekowej. aolimacTymczasem jego przesłanie i program budowania przyszłości Polski jest programem dla ludzi młodych; młodych tak bardzo, że nie pamiętają oni już pewnie kampanii prezydenckiej z roku 2000 (A i Donka mają już za dziadka). W jaki sposób do młodzieży dotrzeć ??? Odpowiedź – dla MacLawye®’a – jest oczywista: poprzez Internet. Otóż w Polsce niemal każda partia polityczna i każdy kandydat zapowiadają, że w kampanii wyborczej przeprowadzą akcję internetową porównywalną z tym, co w swojej kampanii zaprezentował Barack Obama. A potem kończy się na mizernej, schematycznej stronie internetowej i na rozsyłaniu spamu. Andrzej Olechowski jest człowiekiem na tyle nowoczesnym, że na co dzień korzysta z Internetu (chociaż zachowuje do Internetu zdrowy dystans i nie ma takiego internetowego bzika jak MacLawye®). Ale czy Andrzej Olechowski uwierzy, że Internet może być źródłem pozyskania głosów młodzieży ? Wierzę, że tak; a jeśli tak – to prezydencka kampania wyborcza Andrzeja Olechowskiego w Internecie będzie (powinna być) interesująca. Zobaczymy.

W każdym razie poniższy baner Platformy Obywatelskiej dzisiaj zakrawa na kpinę:

Przedwczoraj przedstawiliśmy tekst i radiową korespondencję z Kongresu Libertas w Rzymie, na którym doszło do niebywałego incydentu: obrazy byłego Preydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Wałęsy przez polskich uczestników kongresu. Dzisiaj MacLawye®.TV prezentuje materiał filmowy tvp24.pl oparty na źródłąch libertas.eu przedstawiający chamstwo polskich uczestników Kongresu Libertas w Rzymie. Chamstwo tak daleko idące, że sam Declan Ganley przepraszając polskiego Prezydenta i próbując łagodzić sytuację pogumbł się i zaczął coś mówić od rzeczy o Francuzach i głosie ludu. Ganley musi się poważnie zastanowić, czy dla doraźnego celu jakim jest uczestnictwo pod szyldem Libertas w Polsce w wyborach do Parlamentu Europejskiego może dalej popierać Libertas Polska skonstruowany przez Artura Zawiszę (podobno z Romanem Giertychem w tle). O tym, że Roman Giertych słowa nie dotrzymuje Declan Ganley mógł się już przekonać. Jakoś do wizyty Declana Ganleya u Papieża nie doszło…

ikonaTV<<<<< kliknij w ikonę tv i obejrzyj cały materiał filmowy z wystąpienia Lecha Wałęsy na Kongresie Libertas w Rzymie i nieudolnej próby Decklana Ganleya załagodzenia sytuacji.

W Polsce Wojciech Wierzejski oświadczył, że nie jest wykluczone, iż za incydentem stoją…. przedstawiciele PiS. No, może jeszcze komuniści i WSI. Prawda jest taka, że budując polski Libertas oparto się na środowiskach, które z ideą Libertas prezentowaną przez Declana Ganleya nie mają nic wspólnego; tylko te środowiska były zdolne obrazić polskiego bohatera walki o wolność i demokrację.

Po takim incydencie: ANI JEDNEGO GŁOSU NA Libertas Polska w wyborach 7 czerwca 2009 r.



ANI JEDNEGO GŁOSU NA LIBERTAS POLSKA.


Czytaj także inne artykuły związane z wyborami do Parlamentu Europejskiego opublikowane na MacLawye®.pl: