Został wybrany – a w zasadzie uzgodniony – w toku gabinetowych negocjacji miedzy rządami 27 państw. Zgodnie z postanowieniami Traktatu Lizbońskiego. Obywatele Unii nie mieli żadnego wpływu na wybór prezydenta. Herman van Rompuy to człowiek w Europie nieznany. Jest Belgiem. Europejczycy go nie poznali; a po wyborze, nie zapamiętali nawet jego nazwiska. Na forum Parlamentu Europejskiego dobitnie wyraził to eurodeputowany Nigel Farage, mówiąc: “Ma Pan charyzmę mokrej ścierki i wygląd urzędnika bankowego niższej rangi. Nigdy o Panu nie słyszałem. Nikt w Europie nie słyszał. Kim Pan jest? Chcę wiedzieć kto na Pana Głosował ?”
No cóż, to efekt wejścia w życie Traktatu Lizbośkiego. Jaki traktat, taki prezydent Europy.
Nie lubię PiS’u. Platformy też nie lubię. Oba te ugrupowania w swojej politycznej praktyce realizują bowiem starą socjalistyczną zasadę kierowniczej roli partii w życiu narodu. Młodzi ludzie jedynie z lekcji historii mogą dowiedzieć się czym ta zasada była. Ale ja pamiętam. Różnica w pojmowaniu kierowniczej roli partii przez PiS i PO jest mniej więcej taka jak między gomułkowszczyzną a gierkowszczyzną. Ta druga jest nieco bardziej cywilizowana. Ale w sumie na jedno wychodzi. Wyborca może sobie wybrać: kierowniczą rolę PiS’u albo PO. Czy istotnie jest to jakiś wybór ? I czy na tym miała polegać demokracja ?
Nie lubię jak Polską kieruje partia. Zwłaszcza wodzowska. A obie – tak PiS jak i PO – są partiami wodzowskimi. Dyskusji wewnątrzpartyjnej się nie przewiduje. W PiS’ie jak za Gomułki o dyskusji w ogóle mowy nie ma i nikt nawet o niej nie śmie pomyśleć. Wódz decyduje. W PO jak za Gierka. Krytyka, prawda, może być, ale – z punktu mając na uwadze, że ona tak naprawdę nikomu nie podoba się – PO robi wszystko aby jej nie było. Przykładem ogłoszone zasady tzw. prawyborów.
Dlatego od lat bliskie mi są inicjatywy obywatelskie. Tyle tylko, że inicjatywy obywatelskie powyżej poziomu gminy nie maja w polityce szans. Przekonał się o tym Andrzej Olechowski. Pierwszy raz gdy po wyborach 2000 r. założył stowarzyszenie. Nazywało się Obywatele dla Rzeczypospolitej. Byłem tej inicjatywie przeciwny. Ale lojalnie wobec Olechowskiego poprowadziłem kongres założycielski OdR’u. Na kongres stowarzyszenie to rozwiązujący nie pojechałem; na zaproszeniu stało bowiem napisane, że uchwała o likwidacji podjęta zostanie bez dyskusji. Drugi raz Olechowski o nikłych szansach inicjatyw obywatelskich przekonał się tworząc Platformę Obywatelską. Długo to trwało zanim z niej wystąpił.
Po dziesięciu latach Andrzej Olechowski powraca. W jego obywatelskie spojrzenie na prezydenturę nie wątpię. Prezydentem Rzeczypospolitej byłby idealnym. W zasadzie, mógłby być w Sevres pod Paryżem przechowywany jako wzorzec prezydenta. Tylko, że z Sevres do Pałacu Namiestnikowskiego droga daleka; a niemrawa kampania Olechowskiego i stateczny program zbyt dobrze nie wróżą. Szkoda.
Że PO jako ruch obywatelski nie ma szans, przekonany byłem od początku. Ale, znowu lojalnie wobec Olechowskiego, włączyłem się w jej tworzenie. Krótko to trwało. Zarówno ludzie jak i metody tworzenia Platformy na najniższym szczeblu spowodowały, że poczułem się jak Sasza, który wstupił w kamsamoł. Smrodek był wyczuwalny już na początku. Dzisiaj stosunki na najniższych szczeblach PO są takie, że na jedno zawołanie Piskorskiego z Platformy nastąpił prawdziwy exodus młodzieży. A starzy działacze tak się lubią, że siedząc w gabinetach obok siebie, porozumiewają się korespondencyjnie (serdeczne pozdrowienia Waldy i Darku).
To inaczej miało być przyjaciele. I dlatego nie wygracie wyborów prezydenckich w 2010 r. – chyba, że Wam PiS pomoże.
A PiS może pomóc Platformie w jeden jedyny sposób. Walcząc o reelekcję Lecha Kaczyńskiego. Czy rzeczywiście Lech Kaczyński będzie kandydatem PiS w wyborach prezydenckich ? Pytanie wydaje się być retoryczne. Podobnie jak stawiane miesiąc temu, czy kandydatem PO będzie Donald Tusk. Zatem całkiem bezzasadne nie jest.
Właściwie za kandydaturą Lecha Kaczyńskiego przemawia jedynie miłość braterska, powszechny w PiS strach przed Prezesem i brak alternatywnego kandydata, którego działacze PiS’u mogliby Prezesowi zaproponować i wokół którego się skupić.
Wydaje się, że nie bez kozery Jarosław Kaczyński zapewniając, że jedynym kandydatem PiS’u do urzędu Prezydenta jest jego brat, dodaje, że jednak ostateczna decyzja należy do Pana Prezydenta. A pan Prezydent zdaje się ma już serdecznie dość swojego urzędu. I zostawia sobie furteczkę. Od listopada tak dalece spadła odporność fizyczna Lecha Kaczyńskiego, że co wciąż jest chory. Może się okazać, że z uwagi na stan zdrowia Lech Kaczyński oświadczy, że nie wystartuje w wyborach. I uratuje PiS przed niechybnym unicestwieniem politycznym, do którego – zgodnie z wieloletnią tradycją – prowadzi PiS Jarosław Kaczyński. Ale kto zamiast Lecha Kaczyńskiego ? Szanowni członkowie PiS’u: Zyta Gilowska !
Po pierwsze Zyta jest byłą „siostrą Tuska” i może w kampanii śmiało twierdzić, że dobrze poznała jego wodzowski charakter i bez bicza w postaci silnego prezydenckiego weta, PO tak zdominuje scenę polityczną, że… (i tu mogą znowu wylatywać z lodówki różne produkty). Po drugie Zyta jest babą. I to nie byle jaką. To baba z jajami. Wobec jej kandydatury uczestnictwo Olechowskiego w kongresie Partii Kobiet i poparcie Komorowskiego dla parytetów nic nie znaczą. Po trzecie: Pani Prezydent Zyta Gilowska ratuje PiS przed niebytem politycznym nie naruszając dominującej pozycji Jarsława Kaczyńskiego w partii. Wyrazista Zyta wygrywa zarówno z miałkim Komorowskim jak i dostojnym Olechowskim.
A zatem PiS’ie: Zyta na Prezydenta !!!
Honorarium za tę radę proszę przekazać na dowolny cel charytatywny.
Zarząd Platformy Obywatelskiej zdecydował. Kandydat, którego partia wystawi w wyborach prezydenckich 2010 r. wyłoniony zostanie w drodze tzw. ‘prawyborów’. Pomysł prezentowany jest jako nowa jakość w polskiej polityce. Oto bowiem wszyscy członkowie partii mają zdecydować kto będzie partyjnym kandydatem do urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej. Samo pojęcie ‘prawyborów’ ma silne konotacje z amerykańskim systemem wyborczym – i tak też jest przez działaczy PO prezentowane.
Tyle tylko, że platformesrskie ‘prawybory’ są dosyć szczególne. Kandydatami na kandydata są wskazani przez zarząd partii: Bronisław Komorowski i Radek Sikorski. Innych się nie przewiduje. Janusz Palikot chciał ale już nie chce (w ramach wewnątrzpartyjnej demokracji). Programowej debaty politycznej i wizji prezydentury prezentowanej przez kandydatów PO nie przewiduje. Atakowanie ‘kontrkandydata’ przez zwolenników któregoś ze wskazanych przez zarząd jest surowo zabronione; tzn. krytyka też. Innymi słowy: z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak to ustawiono, że jej nie będzie, tylko – prawda – aplauz i zaakceptowanie.
Można i tak. Tylko po co wciskać ciemnotę, że to takie superdemokratyczne ?
71 spośród 108 czyli 76% nominowanych w dniu 5 lutego 2010 r. sędziów to kobiety (poprzedni wskaźnik z lipca 2009 r. 67%). Feminizacja zawodu sędziego utrwala się i postępuje. To bardzo źle. Nalezy podjąć społeczną akcję nakazującą Prezydentowi nominowanie sędziów według parytetu płci (może Partia Kobiet by taką akcję zainicjowała ? ).
Sfeminizowanie zawodu sędziego zaprzecza tezom środowisk feministycznych, że większy udział kobiet w polityce jest uzasadniony i przyczyni się do poprawienia jej jakości. Skoro w obszarze “trzeciej władzy” wskaźnik udziału kobiet przekracza już rozsądne granice i zbliża się do 70% (w ostatnich nominacjach, bo w poprzednich było więcej) – to czas najwyższy zastanowić się, czy feminizacja zawodu sędziego nie jest przypadkiem jedną z przyczyn bardzo złej oceny sądów i sędziów przez opinię publiczną i obniżającego się poziomu orzecznictwa sądowego powodującego przegrywanie przez Polskę kolejnych procesów w Starsburgu ?
Teza niepoprawna politycznie – ale powinna zostać socjologicznie zbadana.
Srodowisk feministycznych i tak się nie zadowoli, feminoteka – portal poświęcony prawom kobiet narzeka, że za mało jest kobiet w Sądzie Najwyższym i Trybunale Konstytucyjnym:
Z danych zebranych przez Feminotekę na potrzeby Kongresu Kobiet możemy się dowiedzieć, iż w sądownictwie kobiety przeważają wśród sędziów, prezesów i wiceprezesów sądów, zwłaszcza w sądach niższego szczebla. Potwierdza się jednak zasada, że im wyższe stanowisko, tym kobietom trudniej je zajmować; kobiety stanowią bowiem zdecydowaną mniejszość wśród sędziów Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Najbardziej sfeminizowany jest okręg włocławski, gdzie na 91 sędziów aż 63 to kobiety.
To nieco napawa optymizmem, skoro sędziowie sami decydują o sobie a mimo to ponad 70% kobiet w sądownictwie nie zapewnia kobietom awansów, to znaczy, że panie zachowały resztki rozsądku.
Swego czasu, w artykule reforma prokuratury, pisałem o konieczności wprowadzenia do polskiego systemu procedury karnej instytucji sędziego śledczego, zarzucając ówczesnemu kierownictwu ministerstwa sprawiedliwości, że proponowana reforma prokuratury nie uwzględnia konieczności zreformowania całości systemu.
Opublikowanie tekstu o potrzebie poruszenia kwestii systemowej reformy wymiaru sprawiedliwości podczas prezydenckiej kampanii wyborczej 2010 r. skłoniła mnie do jego ponownej publikacji.
W środowisku prawniczym, dyskusja o konieczności przywrócenia polskiemu systemowi prawnemu, znanej w okresie międzywojennym instytucji sędziego śledczego, toczy się od dawna. Zdania w tej sprawie są podzielone (jak to zazwyczaj wśród prawników bywa). Dlatego też bardzo mnie ucieszył artykuł Prof. Zbigniewa Safjana, (który jest niekwestionowanym autorytetem dla prawników), opublikowany w Newsweek’u. Profesor Zbigniew Safjan pisze:
Zapowiedź zmian w odniesieniu do prokuratury to ważny krok do przodu. Za znacznie ważniejszą od oddzielenia funkcji prokuratora i ministra sprawiedliwości uważam jednak ideę przywrócenia sędziego śledczego jako rzeczywistego gwaranta praw podejrzanych w postępowaniu przygotowawczym – czasem powrót do dobrych i sprawdzonych rozwiązań międzywojennych jest doprawdy lepszy niż wymyślanie zupełnie nowych konstrukcji. [Newsweek Nr 01/08, str. 52]
Instytucja sędziego śledczego znana była polskiej procedurze karnej od 1928 r. do 1949 r. oraz znana jest bodaj większości europejskich systemów prawnych. W Polsce począwszy od 1928 r.
Śledztwo (…) prowadzone było przez sędziego śledczego i sąd grodzki. Stronami w tym postępowaniu byli prokurator oraz oskarżony. Prokurator składał do sędziego śledczego wniosek o przeprowadzenie śledztwa. W przypadku, gdy sędzia śledczy nie zgadzał się z wnioskiem prokuratora, przedstawiał sprawę do rozstrzygnięcia sądowi okręgowemu. Prokurator miał prawo składania wniosków, które sędzia śledczy miał obowiązek rozpoznać. Wniosek prokuratora o uchylenie lub złagodzenie środka zapobiegawczego był dla sędziego śledczego wiążący. Prokurator miał prawo być przy wszystkich czynnościach śledczych. Sędzia śledczy, jeżeli prokurator tego zażądał lub na to się godził, miał prawo umorzyć śledztwo. Jeżeli prowadzone śledztwo dostarczyło podstaw do wniesienia aktu oskarżenia sędzia śledczy, po przesłuchaniu podejrzanego i zaznajomieniu go z materiałami sprawy, zamykał śledztwo i przesyłał sprawę prokuratorowi, który sporządzał akt oskarżenia.Nowela do kodeksu postępowania karnego z 1938 r. upoważniła prokuratora i policję do dokonywania czynności śledczych w przypadkach, gdy uznają to za niezbędne dla ratowania śladów i dowodów przestępstwa.Ustawa z dnia 27 kwietnia 1949 r. o zmianie przepisów postępowania karnegoa zniosła instytucję sędziego śledczego [cyt. za Zarys historii prokuratury w Polsce].
W toczącej się dyskusji, pośród publicystów i praktyków, większość zdaje się opowiadać za przywróceniem instytucji sędziego śledczego.
Zmianą fundamentalną byłoby jedynie postulowane ostatnio w niektórych środowiskach przywrócenie instytucji sędziego śledczego, którą zlikwidowała w 1949 r. tzw. władza ludowa. Prawdziwie niezawisły, bo pozbawiony zwierzchnictwa, które wpływa tak zabójczo na funkcjonowanie prokuratury, byłby on odporny na niedozwoloną presję czy zakulisowe wpływy.
Jak powiedział mi kiedyś jeden z prokuratorów, do tak umocowanego funkcjonariusza państwowego przedstawiciel prokuratury nie odważyłby się przyjść z kiepsko uzasadnionym wnioskiem podsuniętym przez policję czy służby specjalne, bo zostałby wyrzucony za drzwi lub wydrwiony. Przez swoje bliższe usytuowanie wobec stron postępowania karnego niż sąd powszechny sędzia śledczy mógłby trafniej rozpoznać wniosek o tymczasowe aresztowanie.
Tajemnicą poliszynela jest, że sądy na posiedzeniach aresztanckich wyjątkowo rzadko odrzucają wnioski prokuratury o aresztowanie podejrzanych. Tak dzieje się praktycznie tylko wtedy, gdy śledztwo towarzyszy medialna wrzawa. Tym sposobem areszt stosowany bywa niejednokrotnie w nieuzasadnionych przypadkach. [Cyt. za: Jarosław Jakimczyk - Sędzia śledczy odpolityczni prokuraturę ?].
Jednakże nie brak jest także głosów przeciwnych, zwłaszcza ze strony prokuratorów
Wprowadzenie instytucji sędziego śledczego prowadziłoby do konieczności rewolucyjnej zmiany modelu postępowania karnego, na którą nasz wymiar sprawiedliwości i aparat ścigania nie jest w żaden sposób przygotowany. Propozycja implementacji sędziego śledczego jest protezą tego, co powinno być rzeczywiście przeprowadzone, tzn. zapewnienia realnej niezależności i samodzielności prokuratorów.(…)
Zdecydowanie korzystniejszy jest dzisiejszy system samodzielności prokuratora jako gospodarza postępowania przygotowawczego, poddanego jednak w najistotniejszych kwestiach kontroli niezawisłego sądu. System ten należy tylko wzmocnić przez faktyczne ustawowe, a najlepiej konstytucyjne, gwarancje niezależności prokuratorskiej.
Reasumując: wymiar sprawiedliwości to w gruncie rzeczy nie pole na radykalne reformy, lecz miejsce na stanowcze, ale bardzo przemyślane zmiany mające służyć minimalizacji wpływu negatywnych czynników politycznych lub innych (np. korupcyjnych) na funkcjonowanie aparatu ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Zamiast przeprowadzać systemowe trzęsienie ziemi, np. przywracając sędziego śledczego, zamiast nakładać na nieprzygotowane do tego sądy kolejne obowiązki, należy tak zreformować prokuraturę, by mogła się stać niekwestionowanym przez nikogo strażnikiem praworządności. [Michał W. Węglowski - Sędzia śledczy, czyli temat zastępczy; Rzeczpospolita].
Należę do tych prawników, którzy są zdecydowanymi zwolennikami przywrócenia instytucji sędziego śledczego, dlatego tak pozytywnie przyjąłem cytowaną na wstępie wypowiedź Prof. Zbigniewa Safjana. Jednakże temat jest istotnie trudny i dyskusyjny. Dlatego właśnie zapraszam do publicznej debaty w tej sprawie wszystkich prawników odwiedzających bloga MacLawye®.
Przywrócenie instytucji sędziego śledczego przewidują też założenia reformy polskiego systemu wymiaru sprawiedliwości, jakie MacLawye® zaprezentował u progu debaty publicznej kandydatów na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w kampanii wyborczej 2010 r. [Czytaj Tutaj]
jmm
Donald Tusk spotkał się z Internautami. (W zasadzie, spotkanie jeszcze tra). Po wystąpieniu Piotra Waglowskiego można było spokojnie wyłączyć komputer i przestać się całym tem medialnym show interesować. Vagla zwrócił uwagę, że Pan Premier przyznał, iż uzasadnienie projektu ustawy, o której Pan Premier z Internautami dyskutuje jest dopiero pisane (a to by oznaczało, że treść projektu rząd przyjął bez uzasadnienia); oraz zwrócił uwagę, że w Internecie, rząd nie opublikował treści projektu ustawy.
No to jeśli Vagla ma rację – a zazwyczaj ma – znaczyłoby, że rząd Donalda Tuska projekt ustawy przyjął bezmyślnie, Internautom nie dał możliwości zapoznania się z jego treścią; a całe spotkanie nagłośnione i na żywo transmitowane w Internecie jest po to tylko, żeby Panu Premierowi parę punktów w sondażach podskoczyło (jak zwykle zresztą).
Zobacz, co powiedział Vagla:
A tak wyglądał czat z Premierem:
W relacji na stronach KPRM napisano:
Donald Tusk zaznaczył, że konieczna jest walka z przestępczością, występującą zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. – W interesie wszystkich jest, żeby to, co jest przestępczością w świecie realnym, nie pleniło się w świecie wirtualnym, bo nie znajdziemy skutecznych sposobów ścigania – podkreślił. – Dla przestępczości w Internecie nie może być większej swobody i tolerancji tylko dlatego, że to Internet – wyjaśnił Donald Tusk.
Tyle tylko, że Tusk nie wyjaśnił dlaczego przestępstw internetowych nie można ścigać przy użyciu instytucji procedur karnych a regulacje Internetu mają być pomieszczone w ustawie hazardowej ???
A może przystąpić do pracy nad kompleksowym “Prawem Internetu” – teoretycznie pomysł dobry, ale rządowi legislatorzy pewnie zafundowaliby Internautom takie prawo, że komputery same by się spaliły (ze wstydu).
W czasach gdy kodyfikacje były wprowadzane do systemu prawnego w drodze rozporządzeń z mocą ustawy, wydawanych przez prezydenta, były opracowywane przez wąskie grono specjalistów; rządowy proces legislacyjny, uzgodnienia międzyresortowe oraz późniejsze poprawki, które może zgłosić każdy poseł, raczej wykluczają stworzenie “Prawa Internetu” w jednej ustawie – chyba, że z inicjatywą wystąpiłby przyszły prezydent…
Ten artykuł nie jest tekstem referującym program Andrzeja Olechowskiego jako kandydata na prezydenta w wyborach 2010 r. Jest to raczej tekst postulatywny, uzasadniający potrzebę wprowadzenia do kampanii prezydenckiej debaty publicznej w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości i nadania tej problematyce wysokiego priorytetu w debacie oraz wyjaśniający, dlaczego pośród wszystkich kandydatów w wyborach 2010 r. właśnie Andrzej Olechowski powinien to uczynić.
Dlaczego debatę o reformie wymiaru sprawiedliwości należy zainicjować w toku prezydenckiej kampanii wyborczej ?
Odpowiedź wydaje się być prosta. Bo to temat ważny, bo badania opinii publicznej pokazują zatrważający brak społecznego zaufania do sądów. Wymiar sprawiedliwości jest elementem ustrojowej zasady trójpodziału władzy. Jeśli zatem źle funkcjonuje, to niesie to zagrożenie dla całego państwa i jego demokratycznego porządku a to są właśnie sprawy do rozwiązania dla przyszłego prezydenta.
Rządowe próby zreformowania sądownictwa kończą się zazwyczaj fiaskiem. Ich wprowadzeniu nie sprzyja ani rządowy system legislacji i żmudnych uzgodnień międzyresortowych każdego projektu ustawy ani bieżący spór parlamentarny w trakcie którego zgłaszane przez posłów poprawki do projektów ustaw są w stanie zepsuć każdy spójny system.
Kiedy rząd Hanny Suchockiej postulował wprowadzenie sądów grodzkich, skończyło się na wyodrębnieniu w sądach wydziałów grodzkich – czyli w praktyce na zmianie mosiężnych tabliczek na drzwiach sądowych wydziałów – reforma padła, zanim się zaczęła.
Gdy rząd Donalda Tuska walczył o rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, postulował zniesienie prokuratur apelacyjnych – rząd sam się z tego projektu wycofał wobec oporu środowiska prokuratorskiego, zapominając, że prokuratorzy apelacyjni mogliby przejściowo z mocy ustawy zostać sędziami śledczymi – ale postulat przywrócenia w polskim systemie prawa karnego instytucji sędziego śledczego, mimo że popierają go wszystkie środowiska prawnicze, został odłożony ad calendas grecas, podobnie jak postulat wprowadzenia zasady, że zawód sędziego powinien być koroną zawodów prawniczych.
Żaden rząd nie wprowadzi reformy wymiaru sprawiedliwości. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że urzędnikami ministerstwa sprawiedliwości są w dominującej części sędziowie, oddelegowani do pracy w ministerstwie; a sędziowie (podobnie zresztą jak adwokaci i prokuratorzy) żadną reformą zainteresowani nie są.
Dlaczego sędziowie nie doprowadzą do systemowej reformy sądownictwa ? Ponieważ musieliby zgodzić się i wyeliminować z prawa o ustroju sądów powszechnych te przepisy, które stwarzają i sankcjonują w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości zasadę sędziowskiego korporacjonizmu. Zasada sędziowskiego korporacjonizmu sprowadza się do tego, że wszelkie decyzje o administrowaniu sądami, o awansach sędziów, przydziałach do wydziałów, ocenie ich pracy – oddane są w ręce samych sędziów. Innymi słowy: o ile konstytucyjna zasada dwuinstancyjności jest jakimś tam gwarantem praworządności rozstrzygnięć sądowych, to sama praca sędziów, jej jakość, poziom wydawanych orzeczeń, kultura (lub jej brak) jaką sędzia wprowadza na sali sądowej, żadnej kontroli nie podlegają i są oceniane przez samych sędziów. Jakakolwiek próba kontroli administracyjnych czynności sędziów bądź jakości ich pracy odbierana jest przez środowisko sędziowskie jako zamach na konstytucyjna zasadę sędziowskiej niezawisłości.
Środowiska prawnicze są ze swej natury konserwatywne i nie akceptują zbyt lekko proponowanych zmian systemowych w wymiarze sprawiedliwości, co więcej, wzajemne skłócenie środowisk prawniczych – sędziów, prokuratorów, adwokatów i radców prawnych – powoduje, że postulowane przez te środowiska zmiany systemowe uwzględniają jedynie ochronę własnych partykularnych interesów bieżących, bez dalekosiężnej wizji zreformowania całości systemu.
Mimo, że usprawnienie działania sądów i całego systemu organów ochrony prawnej, jest zazwyczaj hasłem programowym wszystkich partii politycznych, to jednak zarówno w programach wyborczych jak i później, w wypadku objęcia władzy, politycy ograniczają się do zmian cząstkowych, nie mających istotnego znaczenia dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości jako całości. Częstokroć, dla realizacji swoich celów politycznych, bądź dla czystej propagandy, partie prezentują różne skrajnie przeciwne koncepcje (PO i PiS przy rozdzielaniu funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości), zmieniając te koncepcje w zależności od bieżącej sytuacji politycznej. Właśnie dlatego systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości powinna być w pewnym sensie wyłączona spod bieżącego sporu parlamentarnego. Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. powinien zapowiedzieć, że w wypadku ich wygrania, jako Prezydent RP, w tym obszarze legislacji podejmie inicjatywę ustawodawczą, zapowiadając podjęcie kompleksowych prac nad projektem zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości, obejmującym więcej niż jedną kadencję parlamentu a nawet więcej niż jedną kadencję prezydencką. Po prostu reformy systemowej wymiaru sprawiedliwości z dnia na dzień wprowadzić się nie da; nie da się także wprowadzić takiej reformy jednym cząstkowym rozwiązaniem. Reforma systemowa powinna bowiem objąć nie tylko prawo o ustroju sądów powszechnych ale także procedury (zarówno cywilną jak i karną), prawo o adwokaturze i wykonywaniu zawodu radcy prawnego (zmierzające do unifikacji tych zawodów i wprowadzenia spójnego systemu kształcenia prawników, w którym zawód sędziego staje się koroną zawodów prawniczych), itp.
Czy wprowadzenie do programu politycznego w wyborach prezydenckich sprawy reformy wymiaru sprawiedliwości jest „opłacalne” z punktu widzenia efektu wyborczego ? Otóż nie jest prawdą, że kwestie związane z działaniem polskiego wymiaru sprawiedliwości nie interesują polskiego wyborcy. Chociaż można się zgodzić z tezą, że z punktu widzenia wyborcy, z punktu widzenia obywatela jest wiele kwestii ważniejszych, to z punktu widzenia demokratycznego systemu władzy państwowej w Polsce jako państwa prawa, nie ma ważniejszej sprawy niż reforma wymiaru sprawiedliwości. Polski wyborca jest na tyle świadomy, że doskonale wie, iż władza prezydenta w Polsce nie zapewni mu wyższych zarobków i doskonale wie, że reformy systemowe mogą być wprowadzone jedynie przy konsensusie wszystkich sił politycznych, a taki konsensus zapewnić może tylko ponadpartyjny prezydent.
Z drugiej zaś strony problematyka wymiaru sprawiedliwości jest dla polskiego społeczeństwa doniosła. Dowodzi tego choćby historia politycznego sukcesu Prawa i Sprawiedliwości, które już w swojej nazwie się do niej odwołuje. I chociaż partia braci Kaczyńskich ma tyle wspólnego z prawem i sprawiedliwością, co demokracja z demokracją socjalistyczną, należy pamiętać, że sukces PiS’u jak i samego Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, był w dużym stopniu wynikiem programu politycznego skupionego na zapowiedzi manipulowania w obszarze wymiaru sprawiedliwości. PiS powstała wokół powtarzanego jak mantra przez Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości sloganu, że jest zwolennikiem kary śmierci i jej przywrócenia w polskim systemie prawa karnego (mimo pełnej świadomości, że nie jest to możliwe), a największą społeczną popularność osiągnął polityk PiS’u, który prezentował siebie jako „szeryf” twardą ręką kierujący resortem sprawiedliwości.
Kandydat na prezydenta w wyborach 2010 r. nie musi (a nawet nie powinien) oceniać pracy sądów. Nie może jednak (i nie powinien) nie dostrzegać, że polskie społeczeństwo nie ma zaufania do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Według badań przeprowadzonych przez ministerstwo sprawiedliwości zaledwie 37% Polaków pozytywnie ocenia polski wymiar sprawiedliwości, 44% wystawia opinię negatywną w odpowiedzi na pytanie: jaka jest Pani/Pana ogólna ocena działania wymiaru sprawiedliwości. Głównym determinantem złej opinii Polaków o instytucjach systemu organów ochrony prawnej są: niesprawiedliwe orzecznictwo 70,9%, nierzetelne wykonywanie obowiązków przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w tym sędziów 69%, ich stronniczość 65% i niska efektywność działań 63%. Praktyka wykonywania zawodu dowodzi, że niemal powszechna jest – nie do końca a na pewno nie w takim stopniu prawdziwa – opinia o skorumpowaniu polskich sądów (9 na 10 klientów kancelarii prawniczych rozpoczyna konferencję z prawnikiem nie od pytania o ocenę prawną procesu a od pytania „czy Pan to może załatwić ?”). Skoro zatem opinia o polskim wymiarze sprawiedliwości jest tak zła, kandydat na urząd prezydenta nie może się do tego społecznego zjawiska nie odnieść.
Diagnozując problem niskiej oceny wymiaru sprawiedliwości i obniżenia się społecznego autorytetu sędziów w relacji do praktyki działania wymiaru sprawiedliwości, można stwierdzić, że społeczny wizerunek sądów determinowany jest przez niski poziom orzecznictwa sądowego, pojmowanie przez sędziów zasady niezawisłości sędziowskiej jako zasady uniemożliwiającej ocenę (i krytykę) ich pracy, obniżenie się poziomu kultury sali sądowej. Praprzyczyną tych wszystkich zjawisk jest sędziowski korporacjonizm. W rezultacie to właśnie ów korporacjonizm sędziowski – paradoksalnie – jest przyczyną upadku autorytetu samych sędziów a w konsekwencji negatywnego obrazu całego wymiaru sprawiedliwości. Tak więc postulatem i hasłem reformy wymiaru sprawiedliwości w programie politycznym kandydata na prezydenta, powinna być odbudowa autorytetu sędziów, poprzez likwidację sędziowskiego korporacjonizmu w zarządzaniu kadrami i administrowaniu sądami. Tak ogólne stwierdzenie w programie politycznym kandydata na prezydenta byłoby jednak niewystarczające. Konieczne jest pokazanie, że są metody naprawy sytuacji.
W ustawie o ustroju sądów powszechnych, rozdział 4 zatytułowany jest „samorząd sędziowski”. Samorządność sędziowska realizowana jest poprzez powierzenie najistotniejszych decyzji (w tym zwłaszcza decyzji kadrowych), zgromadzeniom ogólnym sędziów sądów apelacyjnych i sądów okręgowych. Kompetencje zgromadzeń ogólnych sądów sprawiają, że sądy i sędziowie pozostają poza jakakolwiek kontrolą zewnętrzną a wynikający z tych przepisów sędziowski korporacjonizm powoduje, że w środowisku sędziowskim realizowana jest zasada nihil de nobis sine nobis, co daje samym sędziom władzę w zarządzaniu i organizacji sądów niemal absolutną. Wiadomo jest teoretykom państwa i politykom, że wszelka władza deprawuje a władza absolutna deprawuje absolutnie. Udzielona zgromadzeniom ogólnym sędziów władza, wykonywana jest przez tzw. kolegia; odpowiednio: kolegia sądów apelacyjnych i kolegia sądów okręgowych. W ich skład wchodzą wyłącznie sędziowie określonego sadu, wybierani przez zgromadzenia ogólne sędziów. Tym samym organ samorządu sędziowskiego (zgromadzenie) posiada swoisty „organ wykonawczy” który ustawowo sytuowany jest jako organ sądu. Nie ma chyba drugiej takiej instytucji, w której organ samorządu zawodowego wybierałby organ instytucji państwowej (a odległym porównaniem byłaby analogia do sytuacji, w której związek zawodowy w przedsiębiorstwie, nie tylko miał wpływ na wybór dyrektora ale powoływałby radę nadzorczą przedsiębiorstwa) – i ta konstrukcja ustawowa w prawie o ustroju sądów powszechnych jest po prostu chora, prowadzi do „deprawacji” środowiska sędziowskiego a w konsekwencji do obniżenia się autorytetu sędziów w opinii publicznej.
Planując reformę polskiego wymiaru sprawiedliwości należałoby dążyć do wyeliminowania z prawa o ustroju sądów powszechnych zasady sędziowskiego korporacjonizmu i zastąpienie jej zasadą służebności sądów wobec obywateli; natomiast w zakresie wewnętrznego nadzoru nad pracą sądów wprowadzić rozwiązania, które w dalekiej paraleli byłyby transpozycją na grunt wymiaru sprawiedliwości zasady trójpodziału władz. Zmiana taka polegałaby na ograniczeniu kompetencji zgromadzeń ogólnych sędziów do roli czysto samorządowej reprezentacji interesów środowiska sędziowskiego z nader ograniczonym wpływem na bieżącą pracę sądów i nadzór nad działalnością sędziów oraz na radykalnym wzmocnieniu kompetencji kolegiów sądów. Jednak wzmocnienie kompetencji kolegiów sądów i wyposażenie ich w głos decydujący w sprawach związanych z działalnością wewnętrzną sądów musiałoby być powiązane ze zmianą składu osobowego kolegiów. Istotą proponowanej reformy powinno być bowiem ustawowe dopuszczenie do składu kolegiów prokuratorów i adwokatów, przy czym liczba sędziów w kolegiach sądów powinna być ograniczona do reprezentacji środowiska sędziowskiego i pozostawać w mniejszości do liczby przedstawicieli pozostałych zawodów prawniczych. W skład kolegium poszczególnych sądów apelacyjnych powinni z urzędu wchodzić nie tylko prezesi tych sądów ale także dziekani okręgowych rad adwokackich i szefowie prokuratur odpowiednich szczebli. W jakimś sensie byłby to odpowiednik zasad obowiązujących w arbitrażu, w którym strony same wybierają arbitrów. A ocena pracy sędziów dokonywana byłaby przez tych, którzy dokonują tej oceny w swojej codziennej pracy – prokuratorów i adwokatów.
Ta stosunkowo prosta zmiana spowodowałaby po prostu rewolucję w wymiarze sprawiedliwości i pozwoliła zrealizować postulaty, które obecnie – mimo powszechnego uznawania ich za słuszne – są odkładane. Przede wszystkim – w powiązaniu ze zreformowaniem przepisów o dochodzeniu do wykonywania zawodu sędziego – pozwoliłaby na przepływ kadr między zawodami prawniczymi (sądownictwem i adwokaturą, a przy założeniu, że równolegle wprowadzono by do systemu polskiego prawa karnego instytucję sędziego śledczego, także prokuraturą).
Proponowana zmiana, zakłada ściślejsze powiązanie zawodów prawniczych między sobą. Konsekwencją takiej zmiany musiałyby być zmiany w procedurze dyscyplinarnej wszystkich zawodów prawniczych. O ile dyscyplinarne postępowanie pierwszoinstancyjne powinno pozostać w gestii samorządów; to wraz z proponowanymi zmianami w składzie kolegiów sądów, należałoby postulować powołanie w sądach apelacyjnych specjalnych wydziałów etyki zawodów prawniczych (ponownie z udziałem sędziów, adwokatów i prokuratorów), które spełniałyby funkcję dyscyplinarnych sądów drugiej instancji w stosunku do wszystkich samorządów (sędziowskiego, prokuratorskiego i adwokackiego) o kompetencjach kasacyjnych.
Proponowana zmiana w zakresie składu i kompetencji kolegiów sądów mogłaby być wprowadzona do prawa o ustroju sądów powszechnych bez konieczności zmiany Konstytucji Rzeczypospolitej. Co więcej taka zmiana nie mogłaby być uznana przez środowisko sędziowskie jako zamach na sędziowską niezawisłość. Mimo to należy się spodziewać, że przedstawiona propozycja spotkałaby się z krytyką ze strony sędziów. Faktem jest, że proponowana zmiana zmienia całą filozofię sprawowania wymiaru sprawiedliwości i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Jej wprowadzenie musiałoby być powiązane z kompleksową i rozłożoną w czasie konieczną zmianą procedur sądowych, zakresu kognicji sądów, absolutnie radykalnemu – w dalszej ale określonej perspektywie – uposażenia sędziów.
Wprowadzenie do prawa o ustroju sądów powszechnych zasady służebności sądów zawierającej się zasadniczo w postulowanej wyżej zmianie i dopuszczeniu do zarządzania sądami przedstawicieli innych zawodów prawniczych musiałoby być wprowadzone do systemu wymiaru sprawiedliwości wraz z innymi oczekiwanymi społecznie zmianami: likwidacji instytucji ławników i wprowadzeniu w to miejsce procesu przed ławą przysięgłych w sprawach o zbrodnie (co byłoby realizacją zasady państwa obywatelskiego), wyjęcie spod kognicji sądów drobnych spraw cywilnych i spraw o drobne (nie zagrożone karą aresztu) wykroczenia i poddanie ich rozstrzyganiu przez sędziów pokoju wybieranych przez społeczności lokalne w wyborach powszechnych wraz z przekazaniem obsługi tych sądów jako zadań samorządów lokalnych, itd. (samo skatalogowanie zakresu koniecznych zmian reformujących system wymiaru sprawiedliwości, wykracza poza ramy tego tekstu).
Dopuszczenie do zarządzania sadami przedstawicieli innych zawodów prawniczych spowodowałoby przepływ kadr między tymi zawodami. Dzisiaj, każdy sędzia, który chce przejść do adwokatury ma gwarancję wpisu z ustawy na listę adwokatów. Kierunek odwrotny, przejście z adwokatury do sądownictwa, mimo że prawnie możliwy, w praktyce jest niespotykany. Wbrew rozpowszechnionym opiniom nie są temu winne różnice w zarobkach sędziów i adwokatów; istnieje całkiem spora grupa adwokatów, która bez wątpienia chciałaby przejść do sądownictwa, uniemożliwia to procedura poddania się ocenie kolegiów sądów, w których przedstawicieli adwokatury obecnie nie ma, w związku z czym panuje w praktyce powszechna opinia, że przejście adwokata do zawodu sędziego jest niemożliwe.
Nietrudno jest wyobrazić sobie jak udział adwokatów i prokuratorów w składzie kolegiów sadów wpłynąłby na poprawę pracy sądów. Sama świadomość sędziów, że są oni poddani nieustannej ocenie nie tylko swoich kolegów-sędziów ale także reprezentantów stron procesu podniosłaby kulturę sali sądowej a uzależnienie awansu sędziego od pozytywnej opinii kolegium sądu, w którym zasiadaliby prokuratorzy i adwokaci, podniosłaby zarówno poziom orzecznictwa jak i dyscyplinę pracy sędziów i efektywność prowadzenia procesów.
Czy którykolwiek z kandydatów w wyborach prezydenckich 2010 r. zdecyduje się podjąć debatę na temat zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości ? Należy sądzić, że każdy. Tyle tylko, że w większości będą to postulaty o niskim priorytecie w programie kandydata i nie wykraczające poza ogólniki w rodzaju: należy usprawnić sądownictwo, wzmocnić autorytet sądów itp. Tymczasem od kandydatów na prezydenta należy oczekiwać pójścia krok dalej, należy oczekiwać pokazania w jaki sposób zamierzają oni zreformować wymiar sprawiedliwości.
Trzeba jasno powiedzieć, że cokolwiek by w swojej kampanii wyborczej mówił na temat wymiaru sprawiedliwości obecnie urzędujący Prezydent, jego słowa nie będą wiarygodne. Lech Kaczyński wsławił się w toku swojej kadencji odmową nominowania sędziów zawnioskowanych do nominacji prezydenckiej przez Krajową Radę Sądownictwa. Była to decyzja, która w mojej opinii kwalifikowała się do postawienia Lecha Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu; wątpliwości – może mniej radykalne – zgłaszał zarówno Rzecznik Praw Obywatelskich jak i Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, który skierował w tej sprawie skargę kompetencyjną do Trybunału Konstytucyjnego. Niestety, żałosny poziom tej skargi spowodował, że Trybunał Konstytucyjny sprawą się nie zajął odrzucając skargę (Zob.: I po sprawie – Prezydent może powoływać sędziów jak chce a jak nie chce to nie musi.).
Po podjęciu przez Donalda Tuska decyzji o nie kandydowaniu w wyborach prezydenckich program kandydata Platformy Obywatelskiej na urząd prezydenta będzie programem samej Platformy, siłą rzeczy skoncentrowanym na postulacie uporządkowania stosunków między prezydentem a rządem.
W zakresie programowym kandydat Platformy nie wyzwoli się od oceny zarządzania resortem wymiaru sprawiedliwości przez obecny rząd zapewniając, że nie będzie – w odróżnieniu od Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – stosował prezydenckiego veta wobec prób zreformowania wymiaru sprawiedliwości. Tyle tylko, że projekty nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, prawa o wykonywaniu zawodu doradcy i innych ustaw związanych z systemem ochrony organów prawnych, zmierzają akurat w odwrotnym kierunku niż systemowa reforma wymiaru sprawiedliwości i zamiast walki z sędziowskim korporacjonizmem, pod presją środowisk prawniczych konserwują obecny stan rzeczy. (Jedynym wyjątkiem jest rozdzielenie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, które jednak wobec wycofania się z projektu likwidacji prokuratur apelacyjnych i wprowadzenia do systemu prawa karnego instytucji sędziego śledczego stało się rozwiązaniem niepełnym – chociaż uczynionym w dobrym kierunku).
Wydaje się, że kandydatem na urząd prezydenta, który mógłby uczynić z programu reformy wymiaru sprawiedliwości program wiarygodny dla wyborcy jest Andrzej Olechowski. Przede wszystkim dlatego, że zarówno PO jak i PiS czy SLD bądź PSL w momencie gdy były u władzy próbowały dokonywać reformy sądownictwa i nigdy nic z tego nie wyszło. Bo reforma wymiaru sprawiedliwości inicjowana przez jakikolwiek rząd do żadnej systemowej reformy nie doprowadzi; a najczęściej już w samych swoich założeniach jest zazwyczaj cząstkowa i nigdy się do końca nie udaje; skoro zatem nie udało się to rządom tych partii, to trudno będzie uwierzyć aby udało się partyjnemu prezydentowi, choćby nie wiem jak zapewniał, że stanie się prezydentem ponadpartyjnym.
Co więcej zaproponowane wyżej założenia zreformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości wpisują się w obywatelski charakter kandydatury Andrzeja Olechowskiego, który już w wyborach prezydenckich 2000 r. niektóre z przedstawionych wyżej postulatów – z odmiennym rozłożeniem akcentów w ówczesnej sytuacji społecznej – prezentował w kampanii prezydenckiej. Tak więc można założyć, że proponowana reforma byłaby zgodna zarówno z całościowym programem wyborczym Andrzeja Olechowskiego jak i z jego wizerunkiem jako polityka a w wypadku wygrania wyborów prezydenckich przez Andrzeja Olechowskiego, konsekwentna realizacja przez Prezydenta Rzeczypospolitej tej reformy, z wykorzystaniem prezydenckiej inicjatywy ustawodawczej mogłaby by się stać historycznym osiągnięciem jego prezydentury.
Reforma wymiaru sprawiedliwości na pewno stanie się elementem prezydenckiej kampanii Andrzeja Olechowskiego; powinna jednak stać się elementem wiodącym. Jest tak dlatego, że dotychczas ogłoszony przez Olechowskiego program jest w pewnym sensie statyczny (można też powiedzieć, że nie tylko statyczny ale i stateczny jak sam Olechowski), to program dobry, spójny ale nie porywający.
Z wystąpień programowych Andrzeja Olechowskiego jawi się obraz prezydentury niezależnej, spokojnej, kompetentnej. W zasadzie jedynym elementem budzącym emocje, była zapowiedź wprowadzenia do polskiego systemu prawnego instytucji przybrania osoby bliskiej.
Politycznie, ogłoszenie tej koncepcji w pierwszej odsłonie programowej, było sygnałem wysłanym do środowisk lewicowych, że oto Olechowski, postrzegany dotychczas jako polityk liberalno konserwatywny, jest otwarty na postulaty lewicy. I w tym sensie ten element programowy swoją rolę spełnił. Medialnie był to niewypał. W sposób mniej lub bardziej poprawny politycznie media donosiły, że w swojej kampanii Olechowski opierał się będzie na pedałach (Piskorski nieudolnie tłumaczył, że chodzi przecież o dwie babcie, które wspólnie hodują kota); w istocie proponowana przez Olechowskiego konstrukcja przybrania osoby bliskiej służy ochronie rodziny. Jest tak dlatego, że jej wprowadzenie wytrąci środowiskom homoseksualnym argumenty na rzecz wprowadzenia do polskiego prawa instytucji małżeństw homoseksualnych. Wydaje się, że Andrzej Olechowski próbował to kiedyś wytłumaczyć w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i…” ale ta go jak zwykle zagadała.
Wprowadzając do swego programu wizję zreformowania wymiaru sprawiedliwości Andrzej Olechowski pokazałby wizje prezydentury aktywnej a w kampanii wyborczej otworzyłby debatę, w której wobec swoich kontrkandydatów byłby górą. Nie ma lepszej broni wyborczej niż narzucenie konkurentom tematu, który muszą podjąć.
Proponowana powyżej koncepcja założeń reformy wymiaru sprawiedliwości jest koncepcją nowatorską; jako taka jest to koncepcja kontrowersyjna, która wzbudzi ostrą dyskusję i sprzeciw wielu środowisk prawniczych. Na pewno ożywi jałową dotychczas debatę programową w kampanii prezydenckiej. Czy stanie się elementem programu Andrzeja Olechowskiego ? Trudno powiedzieć. Zważywszy na aktywność Olechowskiego w Internecie na pewno zostanie zauważona. Reszta zależy od opinii jego doradców a ostateczna decyzja do niego samego.
jmm
Dziękuję wszystkim użytkownikom (czytelnikom, widzom) MacLawye®’a, którzy – stosownie do biblijnego przykazania ‘chorych nawiedzać – czynią to ‘internetowo’ poprzez wpisy na moich blogach i komentarze, zwłaszcza na facebooku. Dziękuję. Obejrzyjcie video
Donald Tusk złożył deklarację, że nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich 2010 r. Prawdę mówiąc od mniej więcej jesieni ubiegłego roku spodziewałem się takiej decyzji premiera. Jeśli nie publikowałem swoich przewidywań i nie stawiałem pieniędzy przeciwko kasztanom, że Donald Tusk kandydował nie będzie, to jedynie z obawy, czy stać go będzie na tak odważną decyzję.
Dzisiaj Donald Tusk odzyskał moje – i jak sądzę nie tylko – zaufanie. Jego decyzja o pozostaniu na stanowisku premiera i nie kandydowaniu w wyborach prezydenckich 2010 r. jest decyzją odważną i co najważniejsze dobrą dla Polski. Tusk składa deklarację w momencie gdy wszystkie sondaże dają mu druzgocącą przewagę nad konkurentami. Dlatego nikt nie może mu zarzucić, że “stchórzył”, przeciwnie, wykazał wiele odwagi pokazując, że nie jest zakładnikiem układu politycznego jaki się wytworzył, że ponad osobiste ambicje przedkłada dobro Polski. Brawo Donaldzie !!!
Trochę mniej wpisów ostatnio. Ale od 8 stycznia MacLawye® jest “na chorobowym” – niestety.
Nie można wykluczyć, iż po ekshumacji ciała Krzysztofa Olewnika może się okazać, że w grobie Krzysztofa Olewnika leżą szczątki kogoś innego. – To byłby gigantyczny skandal.
Ekshumacja może wykazać, iż szczątki spoczywające w grobie Olewnika należą do kogoś innego. – Tutaj mamy do czynienia z prawdziwym obrazem tego, czym jest w Polsce prokuratura. Ta sprawa odsłania twarz wymiaru sprawiedliwości bez makijażu – powiedział w tvn24 dziennikarz śledczy Sylwester Latkowski.
Wtórował mu Janusz Kaczmarek. – Dzisiaj obraz prokuratury to obraz wielu błędów. Jeśli okaże się, że to nie są zwłoki Krzysztofa Olewnika to będziemy mieli do czynienia z olbrzymim skandalem. I trzeba będzie stawiać zarzuty – dodał.
Źródło: tvn24.pl
Michał Jochemczak
radca prawny w Kancelarii Salans
O tym, jakie znaczenie praktyczne ma zagadnienie, czy spory o stwierdzenie nieważności uchwał mają tzw. zdatność arbitrażową, przekonali się wszyscy ci, którzy złożyli pozwy o stwierdzenie nieważności uchwał do sądu arbitrażowego, po czym sąd ten uznawał, iż spór nie posiada zdatności arbitrażowej.
W pewnych sytuacjach, wobec upływu terminów do zaskarżenia uchwał (art. 251, 252 par. 3, 424, 425 par. 2 i 3 k.s.h), mogło to prowadzić nawet do zamknięcia drogi sądowej dla podmiotów skarżących nieważną ich zdaniem uchwałę.
Co to jest zdatność arbitrażowa ?
Na wstępie należy wszakże wyjaśnić, że pojęcie zdatności arbitrażowej (ang. arbitrability, niem. Schiedsfähigkeit) oznacza właściwość sporu, która powoduje, że może on być poddany przez strony pod rozstrzygnięcie sądu polubownego. Brak zdatności arbitrażowej jest braną z urzędu przez sąd przesłanką uchylenia (art. 1206 par. 2 pkt 1 k.p.c.) czy odmowy uznania/stwierdzenia wykonalności orzeczenia arbitrażowego (art. V ust. 2 lit. a) Konwencji o uznawaniu i wykonywaniu zagranicznych orzeczeń arbitrażowych z 10 czerwca 1958 r., oraz art. 1214 par. 3 pkt 1 k.p.c.).
W prawie polskim zdatność arbitrażowa unormowana jest w artykule 1157 k.p.c. Stanowi on, że jeżeli przepis szczególny nie przewiduje inaczej, strony mogą poddać pod rozstrzygnięcie sądu polubownego spory o prawa majątkowe lub spory o prawa niemajątkowe – mogące być przedmiotem ugody sądowej, z wyjątkiem spraw o alimenty.
Tym samym polski ustawodawca wymaga, aby spór poddany pod arbitraż posiadał zdatność ugodową w sprawach niemajątkowych oraz według przeważającego stanowiska w sprawach majątkowych.
Stanowisko doktryny
To właśnie na tle zagadnienia, czy spory o nieważność uchwał posiadają zdatność ugodową, wykształciły się w literaturze przeciwstawne stanowiska, czy spory te mogą być poddane pod rozstrzygnięcie sądu arbitrażowego
Dominujący w doktrynie wydaje się być pogląd, iż zawarcie ugody jest niedopuszczalne w sprawach o stwierdzenie nieważności uchwał zgromadzenia wspólników albo walnego zgromadzenia akcjonariuszy (por. m.in. T. Ereciński, K. Weitz, Sąd Arbitrażowy, Lexis Nexis, Warszawa 2008, s. 122; R. Uliasz, Zdolność arbitrażowa sporów wynikłych z zaskarżenia uchwał zgromadzeń spółek kapitałowych, w: Arbitraż i mediacja jako instrumenty wspierania przedsiębiorczości, Rzeszów 2006, s. 204-205; E. Marszałkowska-Krześ, Uchwały zgromadzeń w spółkach kapitałowych, Warszawa 2000, s. 135; G. Suliński, Dopuszczalność kognicji sądu polubownego w sporze o rozwiązanie spółki z o.o., Kwartalnik ADR, nr 3/2008, s. 31).
Obszerną krytykę tego stanowiska przeprowadził A.W. Wiśniewski (por. A.W. Wiśniewski, Rozstrzyganie sporów korporacyjnych przez sądy polubowne w świetle nowej regulacji zdatności arbitrażowej sporów, w: Międzynarodowy i krajowy arbitraż handlowy u progu XXI wieku. Księga pamiątkowa dedykowana doktorowi habilitowanemu Tadeuszowi Szurskiemu, red. P. Nowaczyk, S. Pieckowski, J. Poczobut, A. Szumański, A. Tynel, Warszawa 2008, s. 276-282). Autor ten wskazuje, że dopuszczalność zawarcia ugody o określonej treści należy kategorycznie odróżniać od zdatności ugodowej sporu, i dalej: w obszarze arbitrażu, jeśli tylko między stronami zachodzi rzeczywisty spór, zgoda na jego rozstrzygnięcie nawet całkowicie na korzyść jednej ze stron mieści się w zakresie ich prywatnoprawnej autonomii, a rozstrzygnięcie takie może być zakwestionowane tylko dla ochrony porządku publicznego.
Stanowisko orzecznictwa
Zagadnienie zdatności arbitrażowej sporów o stwierdzenie nieważności uchwał nie było jak dotąd przedmiotem znanych autorowi wypowiedzi Sądu Najwyższego. Wskazać jednak należy na orzecznictwo Sądu Najwyższego zapadłe na tle spraw o uchylenie albo stwierdzenie nieważności uchwał zgromadzenia wspólników. Zdaniem Sądu Najwyższego dla oceny, czy sprawa jest sprawą o prawa majątkowe, decydujące znaczenie ma przedmiot zaskarżonej uchwały (por. postanowienie Sądu Najwyższego z 3 października 2001 r., V CZ 150/01, OSNC 2002, nr 6, poz. 78, z. 9, postanowienie z 9 stycznia 2003 r., I CK 339/02, niepubl., z 16 lipca 2004 r., I CK 268/04, Glosa 2006, nr 1, s. 8). Stanowisko to, trafnie krytykowane w literaturze, do czasu nowelizacji k.p.c. na mocy ustawy z 8 lipca 2005 r., mogło skłaniać do przyjęcia, że uchwały, zdaniem Sądu Najwyższego, o niemajątkowym charakterze nie mogły być przedmiotem rozstrzygnięcia sądów arbitrażowych.
W niepublikowanym orzeczeniu z 19 lutego 2009 r., I Acz 197/09 Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał co prawda, iż powódka skarżąca uchwałę jako członek zarządu nie jest związana treścią (zakresem podmiotowym) zapisu na sąd polubowny, ale nie wykluczył co do zasady możliwości rozstrzygania sporów tego rodzaju w drodze arbitrażu. Sprawa dotyczyła zaskarżenia uchwały w przedmiocie odmowy udzielenia absolutorium. Sąd I instancji odrzucił pozew na podstawie treści art. 1165 k.p.c. Sąd apelacyjny uznając, że sprawa ma charakter majątkowy, stwierdził, że zapis na sąd polubowny zawarty w umowie spółki nie wiąże powódki jako członka zarządu.
Ocena obowiązującej regulacji
W związku z istniejącymi wątpliwościami dotyczącymi zdatności ugodowej należy postulować, aby w przyszłości ustawodawca zrezygnował z tego kryterium jako przesłanki zdatności arbitrażowej sporów o charakterze majątkowym. Warto również zwrócić uwagę, że podobny trend występuje także w innych ustawodawstwach europejskich. Tym bardziej że istnienie korzyści płynących z poddania tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie sądów arbitrażowych nie budzi wątpliwości.
Natomiast istotnym zagadnieniem, które wyłania się przy ocenie zdatności arbitrażowej sporów o stwierdzenie nieważności uchwał, a często pomijanym w polskiej literaturze, jest wpływ zapadłego w takiej sprawie orzeczenia na prawa osób trzecich (wspólników lub akcjonariuszy, niebiorących udziału w postępowaniu), które w przeciwieństwie do postępowania sądowego zwykle, czy to z uwagi na poufność arbitrażu, czy też niekiedy brak instytucji interwencji ubocznej w regulaminach arbitrażowych, zostaną pozbawione możliwości przystąpienia do postępowania, którego wynik może kształtować ich sytuację prawną (art. 254 par. 1 oraz 427 par. 1 k.s.h.). Z uwagi na to, że ramy niniejszego opracowania nie pozwalają na szerszą analizę tego zagadnienia, ograniczę się do stwierdzenia, że ogólny zakaz poddawania tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie sądu polubownego z uwagi na ochronę praw osób trzecich byłby rozwiązaniem budzącym poważne zastrzeżenia. W innych państwach przyjmuje się bowiem rozwiązania umożliwiające poddawanie tego rodzaju sporów pod rozstrzygnięcie arbitrażu, pod warunkiem wszakże zapewnienia możliwości udziału w tego rodzaju postępowaniach podmiotów, których praw lub obowiązków dotykać będzie zapadłe w takiej sprawie orzeczenie (por. np. orzeczenie Bundesgerichtshof z 29 marca 1996 r.).
Artykuł był publikowany w GP z 21 maja 2009 r.
na MacLawye® publikowany za zgodą autora.
Przed kalifornijskim sądem apelacyjnym w Los Angeles odbyło się przesłuchanie w sprawie Romana Polańskiego. Sąd nie wydał orzeczenia. Agencja Associated Press pisze, że oczekuje się, iż sędziowie wydadzą je ostatecznie na piśmie, ale nie wskazuje, kiedy może to nastąpić.
Trzej sędziowie przez ponad godzinę słuchali argumentów prokuratorów i adwokatów. Adwokat reżysera Chad Hummel argumentował, że w gestii sądu leży oddalenie tej sprawy “w interesie sprawiedliwości”.
Adwokaci Polańskiego dowodzili, że naruszenia praworządności w czasie jego procesu o gwałt w 1978 roku były tak wielkie, iż nie powinno się w jego wypadku stosować prawa mówiącego, że oskarżony, który uciekł, nie może dochodzić swoich racji, dopóki nie wróci do USA i nie odda się w ręce sprawiedliwości.
Zadaniem sądu apelacyjnego jest zdecydowanie, czy zwrócić się do sędziego Sądu Najwyższego o rozważenie oddalenia sprawy bez obecności Polańskiego na sali sądowej.
Agencja dpa pisze, że nie oczekuje się natychmiastowej decyzji. Rzecznik sądu w Los Angeles Danny Potter powiedział dpa, że decyzja “może zapaść w ciągu miesiąca”.
Polański znajduje się w areszcie domowym w Szwajcarii. USA wystąpiły z wnioskiem o jego ekstradycję.
W maju sąd niższej instancji w Los Angeles odrzucił wniosek o umorzenie sprawy Polańskiego, argumentując, że reżyser nie stawił się osobiście, by o to wystąpić. Sędzia uznał wtedy, że wniosek o uniewinnienie może zostać rozpatrzony tylko, jeśli Polański wróci do USA.
Odstąpienie przez amerykański wymiar sprawiedliwości od ścigania Romana Polańskiego byłoby uzasadnione także dlatego, że coraz bardziej wątpliwa wydaje się zgoda Szwajcarii na jego ekstradycję. Powoli do świadomości prawników zaczyna docierać, że europejski system prawa karnego różni się od amerykańskiego m.in. tym, że uznaje zasadę przedawnienia. Jeśli zatem Polańskiego nie można by już skazać w Szwajcarii za czyn popełniony przed trzydziestu laty, to Szwajcaria nie powinna zgodzić się na jego ekstradycję. Bez względu na to, czy Polański uniknie osądzenia przez amerykański sąd na podstawie decyzji amerykańskiego czy szwajcarskiego wymiaru sprawiedliwości, zasłuży sobie na miano pogromcy amerykańskiej Temidy – czy jednak nieustraszonego ?…
W ubiegłym roku na MacLawye®.com podaliśmy kilka tajemnic przyrządzania tradycyjnych potraw wigilijnych. W 2009 r. ujawniamy kolejne “tajemnice kulinarne”.
Karp w galarecie. – Gotujemy lekki wywar z jarzyn (bez kapusty i z odrobiną, tyle co nic, marchewki), do wywaru dwa listki laurowe trzy, cztery ziarenka angielskiego ziela, ziarenka pieprzu jak kto lubi. Gdy warzywa miękkie, wywar przecedzamy. W wywar kładziemy dokładnie oczyszczone łby karpia, co najmniej 5 sztuk (dokładnie usunąć skrzela, żeby wywar rybny nie zgorzkniał).
Łby karpia gotujemy na bardzo wolnym ogniu 1,5 godziny (w zasadzie parzymy, wywar nie powinien “bulgotać”). Po wyjęciu łbów, dodajemy garść rodzynek tureckich uprzednio namoczonych i pół garści sparzonych i obranych migdałów. Można dodać maleńki kieliszek białego reńskiego – ale uwaga: maleńki !!! W galarecie wigilijnej powinny być wyczuwalne jedynie nutki smaku i zbyt duża ilość wina zdominuje nam smak galarety. Kiedy wywar pogotuje się z rodzynkami i migdałami dodajemy oczyszczone dzwonka karpia i gotujemy – cały czas na wolnym ogniu – około 20 minut. Na 5 minut przed końcem gotowania dodajemy 3 ćwiartki kwaśnego jabłka. Wyjmujemy rybę i dokładnie wybieramy z niej wszystkie ości. Wywar przecedzamy a rodzynki i migdały, po przepłukaniu wrzucamy ponownie do wywaru. Jeśli trzymaliśmy dyscyplinę i gotowaliśmy wywar powoli, nie będzie wymagał klarowania. Dodajemy żelatyny, zazwyczaj nieco mniej niż w przepisie. Wywarem zalewamy karpia ułożonego na półmiskach i odstawiamy. Rano w dzień wigilii biegniemy do piwnicy sprawdzić, czy galareta “stęgła”.
Zupa grzybowa wigilijna. – Gotujemy wywar warzywny. Osobno gotujemy grzyby suszone, w osolonej wodzie. Gdy grzyby miękkie, wyjmujemy i kroimy w paseczki (jak zapałka), nigdy w kostkę, bo wam wyjdzie zwykła zupa grzybowa przypominająca codzienną pieczarkową. Smak z wygotowanych grzybów dodajemy do przecedzonego wywaru, dorzucamy pokrojone paseczki grzybów. Zupę zaprawiamy śmietaną. Podajemy z osobno ugotowanymi łazankami. Łazankami ! Nie z innym makaronem.
Śledzie wigilijne. – Przepis na wigilijne śledzie w śmietanie podawaliśmy w ubiegłym roku. Przypomnijmy, śledź wtedy dobry, gdy przed obłożeniem go śmietaną z cebulką i jabłkiem, opruszymy każde dzwonko tłuczonym w moździerzu jałowcem. Na wigilię dawniej śledzie w śmietanie podawano z “suchymi” niekraszonymi ziemniakami. Ale z czasem zaczęły się podawać jak każda przystawka z pieczywem. Stąd obok śledzia w śmietanie na wigilijnym stole pojawił się śledź w oleju (uwaga, do śledzia w oleju nie używamy oliwy z oliwek; używamy oleju słonecznikowego a nawet rzepakowego, nigdy oliwy). A jak już się pojawił śledź w oleju, to – w naszym domu – w tradycyjnym zestawie wigilijnym zaczął pojawiać się trzeci rodzaj śledzia. Co roku inny. Doskonały jest śledź na czerwono oraz śledź w kiszonych ogórkach. W tym roku:
Śledź na czerwono. – W Poznaniu, w sieci sklepów “Piotr i Paweł” kupujemy “śledzie a la łosoś” są to lekko podwędzane filety śledziowe w oliwie, o lekko łososiowym zabarwieniu. Kupujemy czerwony olej palmowy (uwaga, bardzo brudzący, jakakolwiek plama nie do zmycia). W olej palmowy wkrajamy pokrojoną w pierścienie czerwoną cebulę, dodajemy nieco grubo utłuczonego czerwonego pieprzu. Już ułożonego na półmisku śledzia skrapiamy cytryną, bądź – jak kto lubi – obkładamy kaparami i skrapiamy kaparową “jodynką”. Doskonały ! Mało wigilijny. Ale… (odrobina “nowej tradycji” i w Wigilię nie zaszkodzi, jeśli ten śledź trzeci a nie podstawowy oczywiście).
I na koniec, powtarzamy z ubiegłego roku przepis na karpia w oszukanym szarym sosie, bo zyskał sobie niejaka popularność
Karp w oszukanym szarym sosie. – Z młodości MacLawye® pamięta szary sos przyrządzany na krwi karpia. Od czasu jednak, gdy MacLawye® ubija karpia przy pomocy Pani Sprzedawczyni w sklepie rybnym trzeba było wymyślić oszukany szary sos: z dzień wcześniej gotowanego wywaru na karpia w galarecie (gotowanego na rybich łbach) odlać dobre półtorej szklanki zanim się w galarecie rozpuści żelatynę (gdzie te czasy kiedy same łby i płetwy wystarczały a dodanie żelatyny do galarety było grzechem ?) i zostawić na dzień następny (Wigilię). Pół kostki masła roztopić, dodać mąki pszennej i rozprowadzić mocnym zimnym wywarem z ryby ustawicznie mieszając tak jak na sos potrawkowy. Wkropić w ten sos pół cytryny dodać kieliszek zimnego wina (uwaga aby był bardziej podobny do klasycznego szarego, należy dać wino czerwone ale z białym mozelskim jest równie dobry choć inny), wsypać potężną łychę zmielonego czarnego pieprzu (nie żałować), dodać dwie garści uprzednio namoczonych rodzynek (albo po garści rodzynek i suszonych żurawin) i dosłodzić nieco cukrem pudrem albo karmelem – można dodać jeden utarty pierniczek wypieczony na miodzie tylko tyle, żeby dać “piernikową nutę smaku” nie przesadzić. Sos chwilę pogotować. Zagotowane na parze dzwonka karpia polać przyrządzonym sosem i w chwili gdy jemy grzybową z łazankami wsadzić w piec nagrzany
Najsmaczniejsze piwo w Polsce może zniknąć z rynku. Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa zapowiedziała sprzedaż browaru w Czarnkowie. Ostatniego co tak piwo warzył. 5,7 mln zł. to cena, na którą nie będą mogli sobie pozwolić pracownicy browaru ani nawet samorząd miasta. Dla wielkich kompanii piwowarskich to koszt niewielkiej kampanii reklamowej. Z rynku może zniknąć “Piwo noteckie” – gorzej nawet, pod tą marką może się zacząć pojawiać kolejny napój piwopodobny.
W Internecie powstała specjalna strona protestujących. Można podpisać protest (do dzisiaj podpisało go 1.600 osób). Podobna strona powstała na facebooku, liczy sobie już 900 protestujących. Mamy kolejny przykład internetowej akcji obywatelskiej. W obronie piwa. Zatem może stanie się tak powszechny, że będzie skuteczny…
Jest w Wielkopolsce cmentarz. Niewielki, przydworski; można by rzec: prywatny. Położony przy posiadłości rodziny Nehringów. Pośrodku tego cmentarza stoi najstarszy z nagrobków. Mimo że niezbyt wysoki, na wielkopolskiej równinie niemal monumentalny. Chrystus ukrzyżowany. Ukrzyżowny podwójnie. Oto bowiem figura ukrzyżowanego jest rozbita. Ktoś zadał sobie wiele trudu. Trzeba było niemało wysiłku aby rozbić betonową rzeźbę. I ktoś to zrobił.
Za czasów jedynie słusznego ustroju Nehringom odebrano ich majątek. Ale cmentarz pozostał. Powoli zarastał chwastem. Kamienne nagrobki były rozkradane bądź dewastowane. Aż którejś nocy przyszedł czas na rozbicie figury Chrystusa. Dlaczego ? Po co ? Kto ?
Myliłby się ten, kto z faktu, że Nehringom majątek odebrano, wywiódłby wniosek, że figurę zniszczyli komuniści. Nie. Można by powiedzieć, że nawet przeciwnie.
Dwaj bracia Nehringowie przybyli do Polski na przełomie XVI i XVII w. Początkowo do Gdańska. Potem jeden z nich osiadł w Wielkopolsce zaś drugi w Człuchowie. Linia wielkopolska uległa polonizacji. Linia pomorska się zgermanizowała. Europejczycy.
1 września 1939 r. adwokat Edmund Nehring (z linii wielkopolskiej) został polskim zakładnikiem w poznańskim ratuszu. Jego dalsze losy nie są znane. Może – jak wielu innych polskich zakładników – zginął w Forcie VII w Poznaniu, pierwszym na polskich ziemiach hitlerowskim obozie zagłady ? 1 września 1939 r. generał Walther Nehring (z linii człuchowskiej, pomorskiej) był szefem sztabu XIX korpusu armii niemieckiej, która dokonała inwazji na Polskę. Obaj pochodzili z Holandii. W XVII w. ich przodkowie uciekli, przed prześladowaniami religijnymi. Bo Nehringowie – trzeba to wreszcie napisać – byli luteranami. Uciekli do Polski. Do kraju tolerancji.

Władysław Nehring
W Wielkopolsce na cmentarzu Nehringów stoi krzyż. Krzyż polskiej nietolerancji. Zniszczony i sprofanowany przez polskich katolików. Bo cóż z tego, że z wielkopolskiej linii Nehringów pochodził Prof. Władysław Nehring, polski rektor niemieckiego uniwersytetu we Wrocławiu i wybitny slawista; gdy jego imieniem chciano nazwać wrocławskie gimnazjum, w kuratorium powiedziano “przecież to jakiś Niemiec” (przynajmniej w Poznaniu jest ulica jego imienia).
Wokół cmentarza Nehringów nie ma już majątku. Majątek skutecznie zdewastowała socjalistyczna gospodarka. Kto zdewastował cmentarz ? Okoliczni mieszkańcy pamiętają rodzinę Nehringów: to byli Polacy, panie, dobrzy ludzie byli, ale wiesz pan, do niemieckiego kościoła jeździły…
Krzyż Nehringów. Krzyż polskiej nietolerancji. Czy można bronić krzyża przed katolikami ? Bo Krzyż Nehringów został zniszczony dlatego, że był luterański. Nic to; ten krzyż wywołuje refleksje i oddziaływuje mocniej niż inne “katolickie” krzyże. Niech taki zostanie.
Dzisiaj polski parlament podejmuje uchwały w obronie krzyża przed orzeczeniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który stwierdził, że obowiązkowe umieszczanie symboli religijnych w salach lekcyjnych szkół publicznych jest sprzeczne z prawem europejskim. To wywołuje reakcję. Wrocławscy licealiści domagają się – powołując orzeczenie – usunięcia krzyża ze szkolnych sal. Apelują na stronach facebooka o poparcie. A przecież ci, którzy żądają zdjęcia krzyża, robią dokładnie to samo co ci, którzy go wieszają. I pokazują swój brak tolerancji wobec wierzących. To taki współczesny, społeczny Krzyż Nehringów. Brak tolerancji. I pomieszanie pojęć. Bo Europejski Trybunał Praw Człowieka nie orzekł, że krzyż w sali lekcyjnej narusza prawo. Orzekł, że prawny obowiązek zawieszania w klasach szkół publicznych symboli religijnych jest sprzeczne z prawem europejskim. Taki prawny nakaz w wewnętrznym prawie włoskim obowiązywał od lat dwudziestych. W Polsce – o ile mi wiadomo – takiego obowiązku nie ma. Reszta jest sprawą tolerancji.
Wolałbym aby w polskich szkołach nie było krzyży ani innych symboli religijnych. Ale apelu o ich zdejmowanie nie podpiszę. Bo to tak samo jakbym apelował by je wieszać tam, gdzie ich jeszcze nie ma. A jeśli apel nie poskutkuje ? Pozostaje młot i… Krzyż Nehringów.
Ta historia ma ciąg dalszy. Potomkom rodziny Nehring polskie urzędy i sądy administracyjne odmówiły stwierdzenia polskiego obywatelstwa (którego się nigdy nie zrzekli), motywując decyzję m.in…. “niemieckim brzmieniem imion”. Może polski parlament zająłby się rekompensatą krzywd wyrządzonych polskim luteranom; można by wtedy uwierzyć, że broni krzyża.
(jmm)
Apel autora:
Jeśli ktokolwiek z czytelników ma jakiekolwiek informacje o losach adwokata Edmunda Nehringa, uprzejmie proszę o kontakt.
Liberalizm w więzieniach ?
Do pracy w Centralnym Zarządzie Służby Więziennej wraca dr Paweł Moczydłowski – socjolog, ekspert ds. więziennictwa i były dyrektor SW w latach 1990-1994 – dowiedział się nieoficjalnie portal WPROST24. Sam Moczydłowski w rozmowie z Wprost24 potwierdził, że zaproponowano mu rolę cywilnego doradcy nowego szefa Służby Więziennej, płk Kajetana Dubiela. Przeciwko takiej decyzji protestuje część pracowników Centralnego Zarządu Służby Więziennej, którzy oskarżają Moczydłowskiego m.in. o zbyt liberalną politykę penitencjarną. – Krytykują mnie ludzie, którzy doprowadzili do rozpadu wymiaru sprawiedliwości i systemu więziennictwa w Polsce – replikuje Moczydłowski.
Dr Paweł Moczydłowski był na początku lat 90. autorem reformy, która poważnie zliberalizowała stosunki panujące w więzieniach. Strażników zobowiązano wówczas do zwracania się do więźniów per pan; więźniom wydłużono spacery, zwiększono ich dostęp do rozrywek, zaczęto stosować przepustki w odbywaniu kary, umożliwiono częstsze spotkania z rodzinami, powstały “pokoje intymne”, w których więźniowie mogli spotykać się z żonami. Ci, którzy pracowali na rzecz zakładu karnego, zaczęli dostawać za to wynagrodzenie. Moczydłowski stawiał silny akcent na resocjalizację więźniów. – Jeśli więzień nie ma żadnej nadziei na odmianę losu, to rośnie jego desperacja i dochodzi do ekstremalnych zachowań – tłumaczył. O zwolennikach zaostrzenia rygoru więziennego – m.in. Lechu Kaczyńskim, ministrze sprawiedliwości w rządzie AWS – mówił, że są to osoby myślące o karze w sposób „klozetowy”. – Otóż przychodzi się do toalety, załatwia się swoje potrzeby fizjologiczne, spuszcza wodę i myśli, że to leci w jakiś inny układ kosmiczny. To wylatuje w rzece obok, z której my pijemy wodę – wyjaśniał.
„Krytycy powinni siedzieć cicho”
Część funkcjonariuszy Centralnego Zarządu Służby Więziennej jest jednak innego zdania. Wypowiadają się anonimowo, bo obawiają się o swoje stanowiska pracy. Przypominają, że liberalna polityka penitencjarna doprowadziła do popełnienia szeregu zabójstw przez więźniów przebywających na przepustkach. Wypominają również Moczydłowskiemu zwolnienia ze Służby Więziennej kilkudziesięciu funkcjonariuszy SW, którzy w procesach sądowych zostali przywróceni do pracy.
- Teraz na miejsce w więzieniach oczekuje 70 tysięcy ludzi, a 40 tysięcy więźniów nie zgłosiło się do odbycia kary. To o czym my ku..a mówimy – zaklął były szef SW. – Za moich czasów więźniowie, mimo że otrzymywali liczne przepustki, po ich zakończeniu wracali do więzień. Teraz więzienia są przepełnione, panują w nich nieludzkie warunki, dochodzi do łamania praw człowieka – a wszystko to jest winą ludzi, którzy teraz krytykują moje metody. Powinni siedzieć cicho – mówi Moczydłowski.
Były szef SW zwraca również uwagę, że problem z tłokiem w polskich więzieniach będzie narastał. – Przestępcy, którzy nie zgłosili się do odbycia kary, często uciekają z Polski i buszują po Europie. Doprowadziliśmy do sytuacji, w której UE przyjęła rezolucję nakazującą krajom członkowskim przyjmowanie do swoich zakładów karnych więźniów z danego kraju odbywających karę pozbawienia wolności poza jego granicami. To oznacza, że kolejka oczekujących na odbycie kary wydłuży się o kolejne 4 do 8 tysięcy osób – ostrzega Moczydłowski.
Nadal nie ma procedur
Część funkcjonariuszy CZSW ma również zastrzeżenia do mianowanego ostatnio na stanowisko szefa SW płk. Kajetana Dubiela. Twierdzą, że jest protegowanym Moczydłowskiego, a jako dyrektor Biura Penitencjarnego SW spowodował, że spadł poziom pracy penitencjarnej w zakładach karnych i aresztach śledczych. Szczególny niepokój funkcjonariuszy CZSW budzi brak procedur postępowania wychowawców i psychologów w razie podejrzenia popełnienia przez więźnia samobójstwa.
- Mimo tylu negatywnych doświadczeń – samobójstwa w celi trzech zabójców Olewnika, a ostatnio samobójstwa w areszcie śledczym w Krasnymstawie – płk Dubiel nie podjął właściwych działań – nie kryją goryczy pracownicy CZSW. O tę ostatnią sprawę zapytaliśmy byłego szefa Służby Więziennej, do niedawna przełożonego płk. Dubiela – gen. Pawła Nasiłowskiego. – Jestem dżentelmenem i na takie pytanie nie mogę odpowiedzieć. Mam pewne zasady, którymi się kieruję, a jedną z nich jest lojalność wobec moich współpracowników – uciął gen. Nasiłowski.
Każdy student prawa już na trzecim roku dostrzega pewną prawidłowość w polskim systemie prawnym. Ucząc się bowiem do egzaminu, czy to prawa konstytucyjnego, karnego, czy cywilnego, najpierw czyta o regulacjach danej instytucji prawnej bądź też rozwiązaniach ustrojowych przyjętych w Niemczech i Francji. W 90% przypadków po rozbudowanym wstępie i podsumowaniu legislacji naszych zachodnich sąsiadów, autor niemal każdego podręcznika dochodzi do wniosku, że w Polsce przyjęto system mieszany. Dla wykpienia tej tendencji, ktoś kiedyś wymyślił i rozpropagował przed laty mówienie o takiej typowo polskiej konstrukcji prawnej “system mięszany” i to się wśród studentów przyjęło. Zatem, jak to w swoich felietonach pisze Stanisław Tym: uwaga korekta mięszany to nie błąd ortograficzny, nie poprawiać, to polski wynalazek.
Polski system prawny jest wypadkową innych kontynentalnych systemów prawnych. Nie ma się czemu dziwić, pamiętajmy, że w 1918 roku w Polsce obowiązywały trzy różne systemy prawne. Dopiero późniejsze reformy w dwudziestoleciu międzywojennym doprowadziły do unifikacji prawa, rozpoczynając wielką, wspaniałą, i trwającą do dzisiaj tradycję polskiego mięszania rozwiązań prawnych. Dorzucenie do naszego kociołka legislacyjnego rozwiązań jedynego słusznego systemu panowania klasy robotniczej ową tendencję jedynie wzmocniło. Dodajmy do tego zmiany ustrojowe początku lat dziewięćdziesiątych, małą, potem dużą konstytucję i równolegle implementowane prawo Unii Europejskiej, a otrzymujemy jedyny w swoim rodzaju węzeł gordyjski tradycji prawnej i rozwiązań prawnych, jak ów węzeł, po ich uchwaleniu nie do rozwiązania.
Owe mięszanie ujawniło się niestety także na płaszczyźnie dla każdego obywatela najważniejszej: ustroju politycznego Polski określonego w konstytucji RP. I tak każdy premier spogląda zazdrosnym okiem na rozwiązania naszych niemieckich sąsiadów i dostrzegając zalety systemu kanclerskiego, gdzie szef rządu nie musi w sprawie każdej kontrowersyjnej ustawy przekonywać głowy państwa, aby łaskawie zrezygnowała z prawa weta. Z kolei każdy prezydent RP chciałby, tak jak prezydent USA po otrzymaniu legitymacji w wyborach powszechnych po prostu rządzić, a nie siedzieć w Pałacu Namiestnikowskim, przyjmować ambasadorów, wręczać ordery i od czasu do czasu powiedzieć parlamentowi „nie” wiedząc że zazwyczaj spotka się to z powszechną krytyką.
Nasz mięszany ustrój nazywany jest przez bardziej oczytanych systemem parlamentarno-gabinetowym. Tu jednak należy zaznaczyć, że taki system obowiązuje nie w Polsce, a w Wielkiej Brytanii, tam bowiem królowa jest głową państwa i teoretycznie ma tak szerokie kompetencje, że może odmówić mianowania premiera. Teoretycznie. Bo praktycznie, manarcha przestał używać swoich uprawnień na początku XVIII wieku. I proszę,… system brytyjski działa, a nawet spisanej konstytucji nie mają.
I tu właśnie rozbijamy się o pojęcie, które w Polsce nie istnieje: „tradycja konstytucyjna”. Najlepszym prawem są normy nigdzie nie spisane, prawo i tradycja, które się wykształciło w miarę budowania ustroju politycznego. W Polsce nie ma tradycji konstytucyjnej, bo konstytucja obowiązuje dopiero od dwunastu lat. Wszelkie ostatnie spory premiera z prezydentem, o miejsce w samolocie, o swoje prerogatywy, uprawnienia etc. są żenujące i wynikają z przyjęcia mięszanego ustroju władzy wykonawczej, ale te spory są jednak zdarzeniami, są w pewien sposób faktami prawnym w budowaniu polskiej tradycji konstytucyjnej. Odwołując się raz jeszcze do ‘tymowskiej “nowej tradycji”, pamiętajmy, że sami sobie stworzyliśmy system, któremu daliśmy legitymację poprzez referendum, system w którym premier może, ale nie wszystko i prezydent też może, ale nie za dużo, i na tyle wystarczająco, żeby temu pierwszemu życie uprzykrzyć.
W naszym swojskim mięszanym systemie nie wiadomo, bo konstytucja tego nie reguluje, jak prezydent ma współdziałać z rządem w kształtowaniu polityki zagranicznej; i tu właśnie przydałaby się nam tradycja konstytucyjna, która na owe kłopotliwe kwestie odpowiedzieć by pozwoliła. I coś tam zaczęło nawet mieć już kształt tej przysłowiowej nowej tradycji ale już konstytucyjnej, że premier to bardziej od spraw gospodarczych jest i Unii Europejskiej, a prezydent, jako zwierzchnik sił zbrojnych od reprezentacji Polski w strukturach NATO.
Ale… Premier Donald Tusk znudzony już „użeraniem” się z naszym Prezydentem wreszcie stwierdził, że ustrój należy zmienić. I bardzo dobrze ! Tylko na jaki ? Prezydencki ? Kanclerski ? Zaczynają się lepić początki tradycji konstytucyjnej, a tu zmiana…
Czy zmiana ma polegać jedynie na odebraniu prezydentowi prawa weta i wprowadzeniu wyboru poprzez Zgromadzenie Narodowe ? Czy może na czymś innym ? I tak nasz system mięszany przejdzie przez młynek legislacyjny, będą projekty, będą propozycje, poprawki, będą dysputy polityczne, skończy się kadencja jednego parlamentu, rozpocznie kolejnego, nowi dorzucą coś od siebie, starzy dodadzą trzy grosze i finalnie otrzymamy zmięszany system mięszany, a tradycji konstytucyjnej, jak nie było tak nie będzie…
Paweł Piskorski zmienił płeć !
W Warszawie w siedzibie Stronnictwa Demokratycznego trwa Kongres Partii Kobiet. Zastanawiające jest, czy Partia Kobiet działa zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej ? Pytanie sprowadza się do kwestii nieco prostszej: czy mężczyzna może być członkiem Partii Kobiet ?
Formalnie, zgodnie z brzmieniem Statutu Partii Kobiet wydaje się, że tak. Zgodnie bowiem z § 6 ust. 1 Statutu Partii Kobiet, członkiem partii może być obywatel polski, który ukończył 18 rok życia, posiada pełne prawa publiczne i wyborcze, akceptuje jej statut i program. Autorzy statutu partii (autorki) nie poradzili sobie z językiem polskim i piszą, że członkami partii mogą być “obywatele” a nie “obywatelki” co według reguł języka polskiego oznacza, że członkami Partii Kobiet mogą być zarówno kobiety jak i mężczyźni. Ale już z § 15 ust. 1 Statutu Partii Kobiet wynika, że w skład zarządu koła partii, wchodzą: przewodnicząca koła – no i na gruncie reguł językowych przyjąć możemy, że przewodniczyć kołu partii może wyłącznie kobieta. A to jest już sprzeczne z Konstytucją Rzeczypospolitej, bowiem ogranicza i dyskryminuje w Partii Kobiet mężczyzn.
Kłopot z członkostwem Partii Kobiet powstaje jednak już w świetle analizy § 2 Statutu; stanowi on bowiem, że partia swoje działania i program wywodzi z deklaracji ideowej “Polska jest kobietą”, stanowiącej preambułę statutu partii. No a preambuła Statutu Partii Kobiet rozpoczyna się słowami: My, kobiety mieszkające w Polsce… co może uzasadniać decyzje o nie przyjęciu w poczet członków partii mężczyzn. A to jest sprzeczne z art. 33 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej, który stanowi, że w życiu politycznym kobiety i mężczyźni mają równe prawa. A tutaj nie dość, że mężczyzna do Partii Kobiet może – zgodnie ze Statutem Partii – nie zostać przyjęty, to jeszcze nie może zostać przewodniczącym koła, bo ta funkcja zawarowana jest statutowo w sposób wyraźny dla kobiety.
No cóż; do takich absurdów się dochodzi gdy tworzy się absurdalną organizację. Niemniej jednak, trwający właśnie Kongres Partii Kobiet odwiedzili poważni politycy: Grzegorz Napieralski, Andrzej Olechowski i Paweł Piskorski (ten ostatni z tej okazji nawet zmienił płeć; jak bowiem napisała Rzeczpospolita, Paweł Piskorski mówiła na kongresie, że trzeba walczyć z duopolem PO-PiS’u). To zdumiewające, że politycy są skłonni poprzeć każdą głupotę dla pozyskania potencjalnych głosów wyborczych.
Ze strony działaczek Partii Kobiet padło wiele słów o zabarwieniu szowinistycznym, jak choćby słowa Manueli Gretkowskiej: “Polska to zapijaczony nieudolny facet z depresją” . W tym stwierdzeniu dostrzegamy jakąś sprzeczność z deklaracją ideową partii, skoro bowiem w deklaracji twierdzi się, że “Polska jest kobietą” a następnie, że jest “zapijaczonym facetem” to coś nam tu nie gra.
Pierwszym sukcesem partii ma być ustawa o parytetach. Przypomnijmy: chodzi o to aby ustawowo nakazać prawdziwym partiom politycznym, umieszczanie na listach wyborczych takiej samej liczby mężczyzn i kobiet (mamy nadzieję, że odnosić się to będzie także do samej Partia Kobiet). Dobrym postulatem dla Kongresu Partii Kobiet byłby postulat zaapelowania do Krajowej Rady Sądownictwa aby ta przedstawiała Prezydentowi Rzeczypospolitej do nominacji na sędziów sądów powszechnych taką samą liczbę mężczyzn i kobiet (według ostatnich danych, 70% kandydatów na sędziów to kobiety) idąc dalej: w wydziałach rodzinnych sądów powszechnych także należałoby wprowadzić parytety, bo obecnie 95% sędziów rodzinnych to kobiety (i tutaj sprawa istotnie jest poważna, na co zwraca uwagę Stowarzyszenie Praw Ojców).
No i jeszcze jeden postulat: we wszystkich teatrach operowych w Polsce w dni parzyste powinny być wystawiane opery skomponowane przez mężczyzn a w nieparzyste opery skomponowane przez kobiety; będzie sprawiedliwie, demokratycznie i zasada równouprawnienia kobiet będzie w pełni realizowana (a nawet bardziej, bo dni nieparzystych jest więcej).
Kwestie skandalicznie niskich odszkodowań za oczywiście niesłuszne tymczasowe aresztowanie, MacLawye® poruszał wielokrotnie. (Z najbardziej kuriozalnym przypadkiem, kiedy to sąd odwoławczy umniejszył przyznane odszkodowanie o koszty wyżywienia w areszcie).
Sprawa jest bulwersująca, zwłaszcza, że sądy przyznające odszkodowanie są “sędziami we własnej sprawie”. Wydaje się, że sprawą powinien zająć się Rzecznik Praw Obywatelskich.















































