To tylko jeden obrazek z chaty jednego z bardziej znanych polityków. Aby dowiedzieć się do kogo należy, uruchom przeglądarkę slajdów. Odpowiedź znajdziesz na ostatnim slajdzie. Zapewniam, że nie do Ludwika XIV.
To po prostu nieprawdopodobne !!!
Kliknij i obejrzyj wszystkie foto z murzyńskiej chaty >>>
Słynny “pies wojny” wyszedł na wolność
Wirtualna Polska – Michał Staniul

Simon Mann
(WP) Miał obalić despotycznego prezydenta. Nie udało mu się. Wydawało się, że resztę swoich dni spędzi za kratkami. Został jednak ułaskawiony przez tego samego władcę, któremu miał odebrać urząd. Simon Mann, “najsłynniejszy najemnik Afryki”, wyszedł na wolność. Skąd takie miłosierdzie u przywódcy, który często uważany jest za tyrana? I jaki udział w próbie zamachu stanu miała brytyjska elita, w tym syn Margaret Thatcher?
Egzotyczny kraj na końcu świata z ogromnymi złożami ropy rządzony jest przez skorumpowanego, despotycznego prezydenta-dyktatora. Tajemniczy biznesmeni chcą go obalić i zastąpić swoim człowiekiem. Znajdują najemnika gotowego przeprowadzić zamach stanu.
Brzmi to jak skrót fabuły książki sensacyjnej klasy B, ale to prawdziwa historia. Owym krajem jest Gwinea Równikowa prezydentem Teodoro Obiang Nguyema. ”Psem wojny” jest Brytyjczyk Simon Mann. Człowiek od zadań specjalnych.
Zamach nie doszedł jednakże do skutku. Mann trafił za kratki. Najpierw na cztery lata w Zimbabwe, a potem w Gwinei Równikowej, gdzie miał spędzić ponad trzy dekady. Pod warunkiem, że przeżyłby tyle czasu w cieszącym się złą sławą więzieniu ”Czarna Plaża”.
Były komandos nie będzie jednak musiał już dłużej odliczać dni do wolności. Na początku listopada został ułaskawiony przez prezydenta, którego miał obalić.
Oficjalnym powodem łaski są względy humanitarne. Nie ulega jednak wątpliwości, że większe znaczenie miało to, że Mann po pojmaniu bardzo otwarcie opowiadał o ludziach, którzy rzekomo go zatrudnili – brytyjskiej śmietance biznesowej.
Najemnik z wyższych sfer
Urodzony w 1952 roku w zamożnej angielskiej rodzinie Mann miał zapewniony dobry start. Po ukończeniu elitarnej szkoły dla mężczyzn Eton, Simon, podobnie jak wielu młodych Brytyjczyków z wyższych sfer, wybrał karierę w wojsku. Żołnierskie szlify zdobywał w prestiżowej akademii Sundhurst. W siłach zbrojnych był członkiem jednostki komandosów SAS – brytyjskim odpowiedniku polskiego GROM-u. Służył między innymi w Irlandii Północnej, Ameryce Łacińskiej, na Cyprze i w Iraku.
Wojsko nie dostarczało mu jednak wystarczającego poziomu adrenaliny, szczególnie w czasie pokoju. Nie zapewniało także odpowiednich dochodów dla lubiącego wystawne życie Manna.
Na początku lat 90. ubiegłego wieku Brytyjczyk zaczął działać jako doradca do spraw bezpieczeństwa i najemnik, a dzięki znajomościom z armii podpisał kilka intratnych kontaktów, m.in. na ochronę przed rebeliantami angolskich państwowych rafinerii. W 1996 roku założył, wraz z innym byłym żołnierzem Timem Spicerem, firmę Sandline International. “Pracowników” SL można było wkrótce zobaczyć w Papui Nowej Gwinei i Sierra Leone, gdzie pomagali siłom rządowym walczyć z partyzantami. Do tego drugiego kraju mieli przemycać także broń, łamiąc embargo ONZ.
Simon Mann na wykonywaniu zadań specjalnych wzbogacił się na tyle, że stać go było na zakup kilku nieruchomości w Anglii i domu w RPA, gdzie był sąsiadem Marka Thatchera, syn “Żelaznej Damy”. Zyskał także renomę skutecznego najemnika, który za odpowiednią opłatą wykona każdą misję, nawet niezgodną z prawem.
Obalenie rządu w niepodległym państwie na pewno w taką kategorię się wpisuje.
Wielka wpadka

- Teodoro Obiang
Gwinea Równikowa to porośnięte tropikalną dżunglą państewko nad Atlantykiem, które na mapach znajdziemy między Kamerunem a Gabonem – o ile wytężymy wzrok.
Na tym malutkim terytorium znajdują się jednak trzecie pod względem wielkości zasoby ropy naftowej w całej Afryce. Nie przekłada się to jednak na dobrobyt większości mieszkańców. Prezydent Teodoro Obiang, który władzę trzyma od 1979 roku, kiedy to obalił swojego wujka – rzeźnika, który wybił czwartą część mieszkańców – ma tendencję do zatrzymywania profitów ze sprzedaży “czarnego złota” dla siebie i swojej świty. Stosuje także cenzurę, propaguje kult własnej osoby – nazywa siebie Wyzwolicielem – i wspiera brutalne służby “porządkowe”.
Tego człowieka Simon Mann wraz z grupą najemników miał pozbawić władzy w marcu 2004 roku. Plan był prosty: ponad 60 “psów wojny” z południowoafrykańskimi paszportami z Mannem na czele miało wystartować wynajętym samolotem z RPA i polecieć do Demokratycznej Republiki Kongo. Tam załadowaliby dostarczoną przez handlarza broń – od karabinów po bazooki. W tym czasie w stolicy Gwinei, wyspiarskim Malabo, druga grupa najemników miała opanować lotnisko, gdzie wylądowałby oddział Manna.
Najemnicy pojmaliby Obianga i przetransportowali poza Gwineę, na jego miejsce sprowadzając opozycjonistę przebywającego od lat na wygnaniu – Severo Moto. On z kolei zadbałby o to, by odwdzięczyć się tym, którzy wynieśli go do władzy.
Od samego początku jednak plan nie działał tak, jak powinien. Nie wszyscy zaangażowani w operację potrafili milczeć na temat spisku, toteż już przed marcem o ich planach wiedziały wywiady kilku państw. Dodatkowo, handlarz, który miał dostarczyć broń do Kongo nie był w stanie zrobić tego na czas, więc Mann postanowił zakupić broń od swoich znajomych w Zimbabwe.
Wywiad RPA, kraju, który do najemników żywi wyjątkową odrazę, tuż po starcie samolotu z zamachowcami zawiadomił zimbabweńską policję. Na lotnisku w Harare zatrzymała ona całą załogę Boeinga 727. Był wśród nich Simon Mann. Tłumaczenie, że są zatrudnieni do ochrony kopalni w Kongo nie przekonało funkcjonariuszy.
Dzień później w ręce wojska Gwinei Równikowej wpadła druga grupa, 15 najemników pod przywództwem byłego oficera z RPA, znajomego Manna, Nicka du Toita.
Członkowie oddziału z Zimbabwe zostali oskarżeni o złamanie przepisów imigracyjnych i nielegalny zakup broni. Otrzymali wyroki kilkunastu miesięcy więzienia. Mann, jako dowódca, miał za kratkami spędzić 7 lat.
Spiskowcy z Gwinei musieli przyszykować się na znacznie dłuższy pobyt w “Czarnej Plaży”, więzieniu, które zaliczane jest do najcięższych w Afryce. Du Toit dostał najsurowszą karę – 34 lata. Jeden z oskarżonych zmarł w trakcie tortur przed rozprawą.Miał obalić despotycznego prezydenta. Nie udało mu się. Wydawało się, że resztę swoich dni spędzi za kratkami. Został jednak ułaskawiony przez tego samego władcę, któremu miał odebrać urząd. Simon Mann, “najsłynniejszy najemnik Afryki”, wyszedł na wolność. Skąd takie miłosierdzie u przywódcy, który często uważany jest za tyrana? I jaki udział w próbie zamachu stanu miała brytyjska elita, w tym syn Margaret Thatcher?
Egzotyczny kraj na końcu świata z ogromnymi złożami ropy rządzony jest przez skorumpowanego, despotycznego prezydenta-dyktatora. Tajemniczy biznesmeni chcą go obalić i zastąpić swoim człowiekiem. Znajdują najemnika gotowego przeprowadzić zamach stanu.
Brzmi to jak skrót fabuły książki sensacyjnej klasy B, ale to prawdziwa historia. Owym krajem jest Gwinea Równikowa, prezydentem Teodoro Obiang Nguema. “Psem wojny” jest Brytyjczyk Simon Mann. Człowiek od zadań specjalnych.
Zamach nie doszedł jednakże do skutku. Mann trafił za kratki. Najpierw na cztery lata w Zimbabwe, a potem w Gwinei Równikowej, gdzie miał spędzić ponad trzy dekady. Pod warunkiem, że przeżyłby tyle czasu w cieszącym się złą sławą więzieniu ”Czarna Plaża”.
Były komandos nie będzie jednak musiał już dłużej odliczać dni do wolności. Na początku listopada został ułaskawiony przez prezydenta, którego miał obalić.
Oficjalnym powodem łaski są względy humanitarne. Nie ulega jednak wątpliwości, że większe znaczenie miało to, że Mann po pojmaniu bardzo otwarcie opowiadał o ludziach, którzy rzekomo go zatrudnili – brytyjskiej śmietance biznesowej.
Najemnik z wyższych sfer
Urodzony w 1952 roku w zamożnej angielskiej rodzinie Mann miał zapewniony dobry start. Po ukończeniu elitarnej szkoły dla mężczyzn Eton, Simon, podobnie jak wielu młodych Brytyjczyków z wyższych sfer, wybrał karierę w wojsku. Żołnierskie szlify zdobywał w prestiżowej akademii Sundhurst. W siłach zbrojnych był członkiem jednostki komandosów SAS – brytyjskim odpowiedniku polskiego GROM-u. Służył między innymi w Irlandii Północnej, Ameryce Łacińskiej, na Cyprze i w Iraku.
Wojsko nie dostarczało mu jednak wystarczającego poziomu adrenaliny, szczególnie w czasie pokoju. Nie zapewniało także odpowiednich dochodów dla lubiącego wystawne życie Manna.
Na początku lat 90. ubiegłego wieku Brytyjczyk zaczął działać jako doradca do spraw bezpieczeństwa i najemnik, a dzięki znajomościom z armii podpisał kilka intratnych kontaktów, m.in. na ochronę przed rebeliantami angolskich państwowych rafinerii. W 1996 roku założył, wraz z innym byłym żołnierzem Timem Spicerem, firmę Sandline International. “Pracowników” SL można było wkrótce zobaczyć w Papui Nowej Gwinei i Sierra Leone, gdzie pomagali siłom rządowym walczyć z partyzantami. Do tego drugiego kraju mieli przemycać także broń, łamiąc embargo ONZ.
Simon Mann na wykonywaniu zadań specjalnych wzbogacił się na tyle, że stać go było na zakup kilku nieruchomości w Anglii i domu w RPA, gdzie był sąsiadem Marka Thatchera, syn “Żelaznej Damy”. Zyskał także renomę skutecznego najemnika, który za odpowiednią opłatą wykona każdą misję, nawet niezgodną z prawem.
Obalenie rządu w niepodległym państwie na pewno w taką kategorię się wpisuje.
Wielka wpadka
Gwinea Równikowa to porośnięte tropikalną dżunglą państewko nad Atlantykiem, które na mapach znajdziemy między Kamerunem a Gabonem – o ile wytężymy wzrok.
Na tym malutkim terytorium znajdują się jednak trzecie pod względem wielkości zasoby ropy naftowej w całej Afryce. Nie przekłada się to jednak na dobrobyt większości mieszkańców. Prezydent Teodoro Obiang, który władzę trzyma od 1979 roku, kiedy to obalił swojego wujka – rzeźnika, który wybił czwartą część mieszkańców – ma tendencję do zatrzymywania profitów ze sprzedaży “czarnego złota” dla siebie i swojej świty. Stosuje także cenzurę, propaguje kult własnej osoby – nazywa siebie Wyzwolicielem – i wspiera brutalne służby “porządkowe”.
Tego człowieka Simon Mann wraz z grupą najemników miał pozbawić władzy w marcu 2004 roku. Plan był prosty: ponad 60 “psów wojny” z południowoafrykańskimi paszportami z Mannem na czele miało wystartować wynajętym samolotem z RPA i polecieć do Demokratycznej Republiki Kongo. Tam załadowaliby dostarczoną przez handlarza broń – od karabinów po bazooki. W tym czasie w stolicy Gwinei, wyspiarskim Malabo, druga grupa najemników miała opanować lotnisko, gdzie wylądowałby oddział Manna.
Najemnicy pojmaliby Obianga i przetransportowali poza Gwineę, na jego miejsce sprowadzając opozycjonistę przebywającego od lat na wygnaniu – Severo Moto. On z kolei zadbałby o to, by odwdzięczyć się tym, którzy wynieśli go do władzy.
Od samego początku jednak plan nie działał tak, jak powinien. Nie wszyscy zaangażowani w operację potrafili milczeć na temat spisku, toteż już przed marcem o ich planach wiedziały wywiady kilku państw. Dodatkowo, handlarz, który miał dostarczyć broń do Kongo nie był w stanie zrobić tego na czas, więc Mann postanowił zakupić broń od swoich znajomych w Zimbabwe.
Wywiad RPA, kraju, który do najemników żywi wyjątkową odrazę, tuż po starcie samolotu z zamachowcami zawiadomił zimbabweńską policję. Na lotnisku w Harare zatrzymała ona całą załogę Boeinga 727. Był wśród nich Simon Mann. Tłumaczenie, że są zatrudnieni do ochrony kopalni w Kongo nie przekonało funkcjonariuszy.
Dzień później w ręce wojska Gwinei Równikowej wpadła druga grupa, 15 najemników pod przywództwem byłego oficera z RPA, znajomego Manna, Nicka du Toita.
Członkowie oddziału z Zimbabwe zostali oskarżeni o złamanie przepisów imigracyjnych i nielegalny zakup broni. Otrzymali wyroki kilkunastu miesięcy więzienia. Mann, jako dowódca, miał za kratkami spędzić 7 lat.
Spiskowcy z Gwinei musieli przyszykować się na znacznie dłuższy pobyt w “Czarnej Plaży”, więzieniu, które zaliczane jest do najcięższych w Afryce. Du Toit dostał najsurowszą karę – 34 lata. Jeden z oskarżonych zmarł w trakcie tortur przed rozprawą.
Obrona “psa wojny”
Gdy ludzie, którzy rzekomo zatrudnili Manna nie odpowiedzieli na jego apele o pomoc. Brytyjczyk zaczął otwarcie podawać ich nazwiska – aż 12 osób. Twierdził, iż byli to m.in. bogaty biznesmen libijskiego pochodzenia Eli Khalil, który miał być inicjatorem całego przedsięwzięcia i Mark Thatcher, syn słynnej premier Wielkiej Brytanii.
Wszyscy oskarżeni przez Manna naturalnie zaprzeczyli. Mark Thatcher stanął w końcu przed sądem w RPA, gdzie mieszkał. Postanowiono mu zarzuty złamania przepisów zabraniających działalności najemniczej, które obowiązują w tym kraju. Oskarżony przyznał się, że owszem, przekazał Mannowi 175 tys. funtów na zakup helikoptera lub samolotu, ale był przekonany, iż będzie to maszyna medyczna… Po wpłaceniu 500 tys. dolarów kaucji przez Margaret Thatcher, Mark przeniósł się do Hiszpanii.
Później “najsłynniejszy najemnik Afryki” utrzymywał, że część zeznań złożył po wielu dniach tortur.
Mannowi skrócono wyrok z siedmiu do czterech lat. W międzyczasie rząd w Malabo starał się uzyskać od Zimbabwe zgodę na ekstradycję Brytyjczyka do Gwinei Równikowej. Gdy już wydawało się, że były SAS-owiec niedługo będzie mógł cieszyć się wolnością, w styczniu 2008 roku przywódcy obu krajów dobili targu: Mann za ropę wartą 1,5 miliarda dolarów i obietnicę, że Brytyjczyk nie zostanie skazany na śmierć.
Obawiano się, że mimo wszystko “Czarna Plaża” będzie ostatnim, tragicznym przystankiem w awanturniczym życiu słynnego “psa wojny”. Los okazał się dla niego łaskawszy.
Skrucha?
Proces Manna w Malabo był, w słowach Daniela Flynna z Reutersa, “pół-thrillerem, pół-farsą”. Sądu strzegły setki policjantów i żołnierzy, a przed gmachem czuwał czołg. Zgromadzeni dziennikami musieli zdjąć swoje buty i założyć przygotowane klapki. Musieli oddać także swoje długopisy, gdyż “mogły w nich być pociski z trucizną”. Absurdalne środki bezpieczeństwa były elementem przedstawienia, które miało pokazać Gwineę i jej prezydenta jako zmuszone do obrony ofiary “kolonizatorskich sił”. Szans, iż ktoś próbowałby Manna uśmiercić w trakcie procesu praktycznie nie było – wszak to mogłoby tylko potwierdzić, iż jego zeznania nie były wyssane z palca, a za spiskiem stali naprawdę potężni ludzie.
Podczas zeznawania najemnik powtórzył to, co mówił już w Zimbabwe. Tym razem nie wspominał o żadnych torturach. Zaprezentował także kontrakt opiewający na 15 milionów dolarów, który rzekomo miał podpisać z “klientami”. Mówił, że spiskowcy dostali “zielone światło” dla akcji od Hiszpanii, Pentagonu, CIA i amerykańskich firm naftowych oraz części polityków z RPA.
Mann przyznał, że podjął się zadania dla pieniędzy, ale także dlatego, że “wierzył, iż jest to słuszne”. Następnie dodał, że ludzie, którzy przedstawiali mu sytuację w Gwinei Południowej oszukali go, ponieważ “wcale nie jest tu tak źle”. Wyrażał żal i przepraszał za wszystko, co się stało.
Wyrok sądu był jednak surowy – 34 lata w “Czarnej Plaży” oznaczały dla 56-letniego Manna właściwie dożywocie. Jednak już wtedy, w czerwcu 2008 roku, mówiono, że najemnik może zostać ułaskawiony przez… prezydenta, którego miał pojmać. Zamieszanie z niedoszłym zamachem stanu ściągnęło na niewielką Gwineę Równikową uwagę mediów całego świata. Na jaw zaczęły wychodzić liczne przypadki łamania praw człowieka i ogromny poziom korupcji w rządzie.
Okazanie łaski “grzesznikowi” mogło być sposobem na to, by pokazać światu, że prezydent Obiang “wcale nie jest taki zły”.
Tyran o gołębim sercu?
Faktycznie, trochę ponad rok później spekulacje się potwierdziły. 2 listopada prezydent Obiang ułaskawił Manna, du Toita i trzech innych obywateli RPA, którzy brali udział w spisku. Za oficjalnym powód takiego skrócenia wyroku podano względy humanitarne. Rok temu Mann przeszedł operację przepukliny, a w Anglii czekał na niego syn, który urodził się, gdy Mann siedział już w więzieniu w Zimbabwe. Zaznaczono także, że zachowanie skazanych podczas procesu i w trakcie odbywania wyroku wskazywało na “głęboką skruchę”.
Niektórzy mogą mieć jednak wątpliwości, iż prezydent oskarżany przez Komisję Praw Człowieka ONZ o osobiste nadzorowanie tortur na opozycjonistach poczuł nagle litość wobec człowieka, który miał pozbawić go utrzymywanej od kilkudziesięciu lat władzy.
Taki akt miłosierdzia można było użyć do poprawy wizerunku Teodoro Obianga. Ponadto, gdy tak głośna postać jak Simon Mann opuścił Gwineę, media i międzynarodowi obserwatorzy prawdopodobnie skierują swój wzrok w inną stronę. Uwaga opinii publicznej nigdy nie służy przywódcom, którzy chcą się wzbogacić. A bogactwo to coś, co Obiang uwielbia – jego majątek oceniany jest na 600 milionów dolarów.
Kolejnym czynnikiem wpływającym na decyzję prezydenta mogła być presja rządów RPA i Wielkie Brytanii. Najemnik czy nie, obywatel to obywatel, a państwa nie lubią, gdy ich obywatele są więzieni w obcych krajach.
Dodatkowo, dla Brytyjczyków lepiej mieć Manna na wolności, spokojnie i bez rozgłosu starzejącego się w Anglii, niż Manna w gwinejskim więzieniu, rzucającego oskarżenia w kierunku prominentnych figur wyspiarskiej polityki i biznesu.
Scotland Yard potwierdził wprawdzie, że śledztwo w sprawie udziału w spisku wymienionych przez najemnika osób jest już w toku. Czy przyniesie jakiekolwiek skutki? Na razie powstrzymajmy się od ironicznych uśmiechów i poczekajmy na wyniki raczkującego dochodzenia.
Rząd Gwinei Równikowej stara się także o uzyskanie zgody na ekstradycję Marka Thatchera i spółki, aby osądzić ich według gwinejskiego prawa. W tym momencie ironiczny uśmiech jest na miejscu.
Happy End
Mann, potomek brytyjskich bogaczy, mógł wybrać każdy zawód świata. Zdecydował się na profesję niebezpieczną i etycznie wątpliwą. To, że dziś cieszy się wolnością, może uznać za wielki prezent od losu.
W więzieniu w Zimbabwe zaczął pisać swoją autobiografię. Czy dramatyzm książki nie ucierpi na takim zakończeniu? Ściskając na lotnisku w Luton pod Londynem swoją żonę i pięcioletniego już syna, którego nigdy nie widział, “ostatni najemnik Afryki” raczej się tym nie przejmował.
Michał Staniul, Wirtualna Polska
Afryka Nowaka
4 listopada 2009 r. z Poznania wyruszyła niesamowita sztafeta. Sztafeta “Śladami Kazimierza Nowaka”.
Kazimierz Nowak, samotny człowiek z Polski w latach 1931-1936 przemierzył Afrykę z północy na południe i z powrotem, przemieszczając się rowerem, pieszo, konno, na wielbłądzie i tratwą.
Wyczyn Kazimierza Nowaka zasługuje na to, by jego nazwisko znalazło się w słownikach i encyklopediach, by było wymieniane obok takich nazwisk jak Stanley i Livingstone.
Kazimierz Nowak był człowiekiem o ogromnej wyobraźni i ogromnej odwadze, człowiekiem nieustraszonym. Pokazał, że jeden biały człowiek, bezbronny zupełnie, nieposiadający żadnego uzbrojenia, a jedynie wiarę w drugiego człowieka, może przebyć samotnie wielki kontynent i to w czasach, gdy Europa zaczynała dopiero odkrywać Trzeci Świat. On uczył nas wtedy, w latach trzydziestych XX wieku, jak należy traktować Trzeci Świat i jego mieszkańców.
Tylko ktoś, kto zna te rejony, którymi on podróżował i sposób, w jaki to zrobił, może docenić to bohaterstwo połączone z niezwykłą skromnością. On się nie chwalił, on po prostu opisywał, co widział.
Ryszard Kapuściński 25 listopada 2006 r. podczas odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej Kazimierzowi Nowakowi,
Przez lata zapomnianą postać Kazimierza Nowaka przypomniał w 2000 r. Łukasz Wierzbicki książką “Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”. W 2006 r. w Poznaniu odsłonięta została pamiątkowa tablica poświęcone Kazimierzowi Nowakowi; tak jak Kazimierz Nowak odkrył Afrykę współczesnym sobie poznaniakom (i nie tylko), tak Łukasz Wierzbicki jest prawdziwym odkrywcą postaci Kazimierza Nowaka – w 2007 r. “Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” ukazała się wzbogacona o liczne materiały archiwalne (listy do żony) wcześniej nieznane i nigdy nie publikowane. Autor wydał książkę dla dzieci “Afryka Kazika” a jedno z poznańskich gimnazjów nosi obecnie imię tego wielkiego poznańskiego podróżnika.
Postać Kazimierza Nowaka jest fascynująca. Tak jak fascynująca jest Afryka. Grupa młodych polskich podróżników z różnych stron Polski postanowiła uczcić postać Kazimierza Nowaka podróżą jego śladami. Planowana początkowo na styczeń 2009 r. wyprawa – w wyniku prawdziwie tragicznych wydarzeń – nie doszła do skutku. Mimo, że już w 2008 r. grupa uzyskała podczas finału IX edycji Kolosów i X Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów w Gdyni Nagrodę im. Andrzeja Zawady, najbardziej prestiżowe w Polsce wyróżnienie dla młodych podróżników, przyznawaną co roku wraz z grantem fundowanym przez Prezydenta Gdyni; wyprawa-sztafeta rozpoczęła się 4 listopada 2009 r. Symbolicznie na dworcu PKP w Poznaniu z miejsca, z którego przed laty wyruszył Kazimierz Nowak w swoją fascynującą podróż.
Jest coś pięknego w tej inicjatywie. U jej źródeł leży fascynacja Afryką. Postać Kazimierza Nowaka i jego ponowne odkrycie przez Lukasza Wierzbickiego. Pasja młodych podróżników i wspaniały gest uczczenia pamięci pomysłodawcy wyprawy, tragicznie zmarłego Sławka Kunca.
40 tys. km przez Czarny Ląd, 17 państw afrykańskich, 90 uczestników, około 50 kg bagażu na osobę – jutro rusza rowerowa sztafeta śladami Kazimierza Nowaka.
Z Trypolisu w północnej Afryce do Przylądka Igielnego na jej południowym krańcu i ponownie na północ do Algieru nad Morzem Śródziemnym – tak wygląda trasa, jaką chcą pokonać w dwa lata (podzielone na 24 etapy) uczestnicy wyprawy rowerowej na Czarny Ląd.
- Zamierzamy, jak najwierniej powtórzyć trasę, którą przebył Kazimierz Nowak. Będziemy się przemieszczać tak, jak on – głównie na rowerach, a na niektórych etapach pieszo, konno, czółnem oraz na wielbłądach – mówi Piotr Sudoł, pomysłodawca i inicjator przedsięwzięcia.
Kazimierz Nowak w latach 1931-1936 jako pierwszy człowiek na świecie przebył samotnie Czarny Ląd z północy na południe i z powrotem. Swoją podróż opisywał w reportażach publikowanych na bieżąco w polskich i zagranicznych czasopismach. Słał także listy do swojej żony, których fragmenty wczoraj po raz pierwszy udostępnili organizatorzy sztafety: – „Maryś Jedyna! (…) Podróż przede mną bajeczna, piękna, choć trudna, ale da Bozia zdrowo przebrnę i dotrę do utęsknionej i dalekiej kolonji Kongo Belg” – pisał Nowak z Trypolisu 28 listopada 1931 roku.
- Zdajemy sobie sprawę z trudności, jakie mogą nas spotkać na miejscu. Jednak pragniemy oddać hołd wielkiemu polskiemu podróżnikowi, popularyzować jego postać, a także wspierać działania misyjne w Afryce – mówi Sudoł.
Uczestnicy sztafety są doskonale wyposażeni pod względem technicznym. Pojadą na specjalnym, ciężkim, wzmocnionym konstrukcyjnie rowerze z grubymi, drutowanymi oponami – casimiro bike. Zabiorą ze sobą 7 kg sprzętu serwisowego i nawigację.
- Będziemy wspierać wyprawę nie tylko materialnie. Cieszymy się, że odżywa pamięć o wielkim poznaniaku. To świetna promocja miasta oraz zdrowego, sportowego stylu życia – mówi Sławomir Hinc, wiceprezydent Poznania.
Wyprawa wyruszy w środę o godz. 8 rano z Boruszyna (stamtąd wyjechał Nowak). Uroczyste rozpoczęcie sztafety odbędzie się o 12 na Dworcu Głównym PKP.
MacLawye® – wiedząc, że w Afryce można się zakochać i na stare lata – będzie wspierał tę wspaniałą inicjatywę, wspaniałych ludzi.
Afryka Nowaka on-line

Desmond Tutu
Emerytowany anglikański arcybiskup RPA, laureat pokojowej Nagrody Nobla Desmond Tutu zganił premiera Donalda Tuska za usiłowanie – jak to ujął – zmniejszenia wsparcia dla rozwijających się krajów w unijnych negocjacjach o finansowaniu walki z emisjami CO2.
Dziś Polska jest wśród 50 najbogatszych krajów świata, z PKB na mieszkańca trzy razy większym niż w Chinach i 20 razy większym niż w Mozambiku. Ale nie zawsze tak było. Wiele krajów okazało solidarność z Polską i pomogło odbudować kraj po latach represji i niewłaściwych polityk gospodarczych – wytknął arcybiskup w liście datowanym na 28 października, rozdawanym w kuluarach szczytu UE w Brukseli.
- Pan Tusk powinien to przemyśleć i zaakceptować fakt, że na Polsce ciąży odpowiedzialność udzielenia pomocy innym częściom świata – podkreślił Tutu. Analogiczny apel wystosował pod adresem kanclerz Niemiec Angeli Merkel.
- Merkel i Tusk powinni stanąć ponad wąskimi, zaściankowymi, krajowymi interesami i dostarczyć przywództwa, którego w tej chwili tak bardzo brakuje Unii Europejskiej. Miliony patrzą i czekają. Pokażcie im, że Wam na nich zależy, dajcie nadzieję – wezwał emerytowany hierarcha z Kapsztadu, który wsławił się walką z apartheidem i zabiegał o pojednanie między białymi i czarnymi w RPA.
Unijny szczyt poświęcony jest przyjęciu mandatu na organizowaną w grudniu konferencję klimatyczną w Kopenhadze, co będzie wymagało przezwyciężenia impasu w rozmowach między krajami UE o podziale kosztów wsparcia biedniejszych krajów w walce ze zmianami klimatycznymi. By ograniczyć ciężar finansowy dla Polski, zbudowana przez rząd w Warszawie koalicja nowych państw członkowskich domaga się, by koszty były liczone na podstawie dochodu narodowego brutto albo udziału w pomocy rozwojowej, a nie na podstawie emisji CO2, co jest rozwiązaniem preferowanym przez kraje bogate.
Desmond Tutu jest laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, mieszkał w Soweto w Johannesburgu (na jedynej ulicy na świecie, przy której mieszka dwóch laureatów tej nagrody, bowiem vis a vis jest dom Nelsona Mandeli) był m.in. Przewodniczącym Komisji Pojednania po likwidacji w Południowej Afryce apartheidu. Wśród społeczności białych był szanowany, jednak utracił swój autorytet uznając, że Janusz Waluś, (który w 1993 r. zastrzelił czarnoskórego lidera komunistów Chrisa Haniego) nie działał z pobudek politycznych a wyłącznie kryminalnych – (formalną podstawą odmowy ułaskawienia było rzekome nieujawnienie przez Janusza Walusia całej prawdy o zamachu). W rezultacie Janusza Walusia nie objęły dobrodziejstwa Komisji i do dzisiaj odsiaduje on wyrak dożywotnieo więzienia, na które zamieniono mu karę śmierci. W opinii wielu obserwatorów, czyn Janusza Walusia uratował Południową Afrykę przed wojną domową.
Hani zginął zastrzelony w Wielki Piątek w 1993 r. przed swoim domem na przedmieściu Johannesburga, Chris Hani uważany był za jednego z najważniejszych przywódców czarnej większości. Negocjowali oni właśnie z białym rządem warunki demontażu apartheidu i przejęcia władzy w kraju.
Wiadomo było, że nowym przywódcą kraju zostanie Nelson Mandela, ale uwielbiany przez murzyńską biedotę Hani uważany był za jednego z najpoważniejszych kandydatów do roli dziedzica tronu. Był nie tylko jednym z przywódców Afrykańskiego Kongresu Narodowego, ale także sekretarzem generalnym partii komunistycznej.
Janusz Waluś zabił go, gdy ten wracał z córką ze świątecznych zakupów. Hani wyszedł z samochodu, by otworzyć garaż. – Nie chciałem strzelać mu w plecy, więc zawołałem: Mister Hani! – zeznawał w sądzie.
Trafił go dwiema kulami – w głowę i brzuch. Dla pewności dobił leżącego w kałuży krwi Haniego dwoma strzałami w skroń.
Celem mordu było storpedowanie rokowań ws. likwidacji apartheidu prowadzonych przez białego prezydenta Frederika de Klerka oraz przywódców ANC. Na wieść o zabójstwie swojego idola, biedota z murzyńskich przedmieść miała wywołać powstanie. A dowodzone przez białych wojsko, policja i służby bezpieczeństwa nie miałyby innego wyjścia, jak wprowadzić stan wyjątkowy.
Waluś, który wyjechał z Polski w 1981 r. jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego, twierdził, że zabił Haniego, by ratować RPA przed komunizmem. Twierdził też, że choć o konieczności zamachu i powstrzymania demontażu apartheidu mówili mu przywódcy skrajnej prawicowej i białej Partii Konserwatywnej, to na pomysł zabicia Haniego wpadł sam.
Nie próbował nawet uciekać. Wraz z nim zatrzymany został jego polityczny mentor, jeden z przywódców obozu obrońców apartheidu Clive Derby-Lewis. Od niego poza ideowym instruktażem Waluś dostał także pistolet.
Jesienią 1993 r. obaj zostali skazani na śmierć. Kiedy w RPA zniesiono karę śmierci, wyrok zamieniono na dożywocie.
Po raz pierwszy próbowali odzyskać wolność przed Komisją Prawdy i Pojednania. Komisja powołana do rozrachunku z apartheidowską przeszłością w zamian za ujawnienie zbrodni przez ich wykonawców mogła udzielać im łaski. I choć ułaskawiła wielu zabójców z politycznych pobudek bądź rozkazów, prośbę Walusia i Derby-Lewisa odrzuciła pod koniec lat 90.
Komisja orzekła, że nie spełnili oni podstawowego warunku ułaskawienia – nie wyjawili całej prawdy o spisku. Nie okazali skruchy i w niczym nie przyczynili się do dzieła ujawnienia prawdy i narodowego pojednania. Adwokaci zamachowców zaskarżyli wyrok, ale sąd odrzucił także ich apelację.
Zbliża się listopad, który MacLawye® od kilku już lat spędza tradycyjnie w Afryce. Bo w Afryce w listopadzie zaczyna się wiosna. A w Johannesburgu kwitną jacarandy; akacjowce przywiezione do Afryki z Południowej Ameryki. W Johannesburgu jest ich tak dużo, że całe miasto tonie w fioletach.
Ale nawet tutaj w Afryce, MacLawye® pozostaje Wielkopolaninem – ze szczególną sympatią do Świetego Marcina i “świętomarcińskich” obyczajów. Mało kto poza Wielkopolską zna “rogale świętomarcińskie”. Jest to wypiek cukierniczy który tradycyjnie w Poznaniu wypieka się tylko jednego dnia, 11 listopada, w dniu Świętego Marcina.
[tvn24.pl] Rogal świętomarciński dołączył do doborowego towarzystwa bryndzy i oscypka. Poznański przysmak został zarejestrowany jako regionalny produkt, z chronioną nazwą i oznaczeniem geograficznym przez Unię Europejską. W Afryce trzeba je piec samemu
Rogale są wypiekane z ciasta półfrancuskiego, z nadzieniem z białego maku, wanilii, mielonych daktyli, cukru, śmietany, rodzynek, masła i skórki pomarańczowej. Takiej receptury muszą przestrzegać wielkopolscy cukiernicy przy pieczeniu tego smakołyku, aby mógł on spełnić zaszczytne miano rogala marcińskiego.
Rogal świętomarciński został zarejestrowany w grupie środków spożywczych, obok chleba, ciast, ciastek, wyrobów cukierniczych, herbatników i innych wyrobów piekarskich. Poznański rogal wypiekany jest z okazji 11 listopada w święto św. Marcina.
Według szacunków cukierników, w Poznaniu, między 9 a 11 listopada, zjedzonych zostanie około 400 ton rogali.
Przepis na rogale marcińskie
Składniki:
Ciasto: 1 kg pszennej mąki 6 jajek 1/2 kostki masła 2 łyżki cukru 50 g drożdży 1 szklanka mleka Masa: 1 1/2 szklanki cukru pudru 200 g migdałów lub orzechów 100 g białego maku śmietana;
Przepis: Drożdże rozpuścić w niewielkiej ilości mleka. Jajka utrzeć z cukrem i połączyć ze stopionym masłem. Nie przerywając ubijania, dodawać porcjami przesianą mąkę, mleko oraz wcześniej przygotowane drożdże. Ciasto wyrabiać do chwili, gdy zaczną pokazywać się pęcherzyki i wtedy pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Migdały, orzechy i mak zaparzyć, zemleć, utrzeć z cukrem i śmietaną aż do uzyskania gęstej masy. Wyrośnięte ciasto rozwałkować i pokroić na kwadraty. Na każdy z nich nałożyć porcję wcześniej przygotowanej masy, uformować rogaliki i pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Wstawić do gorącego piekarnika i piec w temp. 220-250 st. C na złoty kolor.
Święty Marcin był jednym z najbardziej popularnych świętych w Europie. W XII wieku w Poznaniu stanął Kościoł św. Marcina. Wokół tego kościoła była osada Św. Marcin, to tutaj narodziła się tradycja rogali świętomarcińskich. Od imienia patrona kościoła osadę nazywano Świętym Marcinem. Na początku XIX wieku osadę włączono w granicę miasta, a przebiegająca przez nią ulicą stałą się jedną z głównych ulic Poznania (dzisiaj w Poznaniu nie odmieniamy nazwy ulicy Swiety Marcin) . W listopadzie 1891 narodziła się w kościele św. Marcina tradycja rogali świętomarcińskich. Wówczas to proboszcz parafii Jan Lewicki zaapelował do wiernych, aby wzorem Marcina zrobili coś dla biednych. Cukiernik Józef Melzer postanowił odwołać się do starej tradycji związanej z wypiekiem rogali na Św. Marcina. 11 listopada, w dniu pogrzebu świętego wypiekano rogale, które miały symbolizować zgubioną przez konia świętego podkowę. W rzeczywistości Kościół zagospodarował na swój użytek tradycje sięgającą czasów pogańskich, kiedy to jesienią składano bogom ofiar z wołów lub w ich zastępstwie zwijane w wole rogi ciasta.
Melzer sprzedawał rogale bogatym, a biedni otrzymywali je za darmo. Wkrótce biedni w dniu 11 listopada mogli liczyć także na inne podarunki jak chleby czy mięsa. Święto Marcina obchodzono także w całej Polsce. Łączono je z zakończeniem prac w polu, jesiennym ubojem bydła i gęsi (w Poznaniu do dzisiaj żywe jest przysłowie “na Świętego Marcina najlepsza gęsina”), przygotowywaniem zapasów na zimę i urządzanymi z tej okazji ucztami.
Przepis na gęś pieczoną “świętomarciską”
Gęś pieczemy według przepisu Lucyny Ćwierciakiewiczowej:
Gęś tylko młoda i nieco podkarmiona może być smaczna na pieczyste. Po oczyszczeniu wytrzeć ją solą wewnątrz i zewnątrz, nadziać drobnymi, winkowatymi, obranymi jabłkami, lub pokrajanymi na ćwiartki, jeżeli są większe. Włożyć między jabłka kawałek majeranku. Gęś zaszyć i piec w piecu na brytfannie, polewają własnym sosem. Przed wydaniem, jabłka wyjęte z gęsi, pocukrować, obłożyć nimi gęś i polać sosem ściekłym. Dobrze także smakuje gęś nadziewana kartoflami, gdyż kartofle, przesiąknięte smalcem, upieką się wybornie.Gęś “świetomarcińska” koniecznie powinna być podana z odpowiednimi polskimi dodatkami:
Najlepsza jest zamiast ziemniaków kasza gryczana ugotowana na grzybowym wywarze z dodatkiem gęsich podrobów (trochę taka jaką przygotowujemy do nadziewania prosiaka po polsku) – ale o tym decyduje już tradycja domowa; w Poznaniu gęś na Świętego Marcina w wielu domach podaje się z szarymi kluskami.
Do gęsi “marcińśkiej” obowiązkowo czerwona kapusta na słodko (z rodzynkami). Osobno na stole podać należy do gęsi śliwki w occie albo dynię oraz borówki z gruszkami (można podać żurawinę ale “borówka będzie grzeczniejsza”).
Najlepszą gęś w Polsce podaje się – niestety poza Wielkopolską – w Siewierzu ! Tajemnica polega na sposobie pieczenia gęsi w specjalnych naczyniach zwanych “gęsiarkami” w piecu chlebowym opalanym węglem drzewnym.
Na święty Marcin gęsi tuczone dobrze smakują, gdy upieczone.
Gdy Marcinowa gęś po wodzie, będzie Boże Narodzenia po lodzie.
Na Marcina, gęś do komina.Czytaj:
Kulinarny skandal na wielkiej gali u Prezydenta Lecha Kaczyńskiego
jmm

Gęś pieczona - "świętomarcińska"
Kasper Twardowski
…Polacy zaś ten zwyczaj mają.
W dzień świętego Marcina gęś tłustą piekają.
Skąd dwój pożytek biorą gospodarze starzy:
I mięso i praktykę ,jeśli się im zdarzy
Widzieć makuły śniade kości obnażystej,
Spodziewają się pewnie zimy oparzystej;
Jeśli też rydzowata,z brzegów zapalona,
Zapewne zima będzie przykra i szalona.
Będzie li też bielizny miała w sobie wiele,
Niepochybna stateczność sanice się ściele
Według ludowej tradycji, z koloru kości mostka gęsi pieczonej w dzień św. Marcina przepowiedzieć można zimową pogodę: jeśli mostek jest biały, można spodziewać się ostrej, śnieżnej, zimnej zimy; jeśli kość jest czerwona-można liczyć na łagodną, przyjemną pogodę.
Oskar Kolberg pisze: Zamożna gospodyni w jesieni, w dzień św. Marcina, zabija gęś i piecze w piecu, a gospodarz, obdzieliwszy swoją czeladkę cząstakami z tej gęsi, sam sobie zostawia piersi, ostrożnie mięso objada, oczyszcza kość piersiową, a jeżeli jest biała, rokuje zimę suchą i stałą; jeżeli jest sinawa i czerwona, zimę słotną; jeżeli pół biała od góry, a pół czerwona od spodu, wtedy pierwsze pół zimy ma być suche a drugie …słotne; jeżeli w cętki tu i ówdzie nakrapiana, znaczyć to ma zimę burzliwą śnieżną.
Zwyczaje marcińskie splatają się także z losem narzeczonych, którzy w noc św. Marcina udają się do ogrodu, by zerwać po gałązce z drzewa owocowego. Następnie każde z nich z osobna wkłada je w domu do wody. Jeśli obie gałązki zakwitną do Bożego Narodzenia wróżą dobrze przyszłemu związkowi. Zaś w całej Polsce powszechnie znane jest przysłowie “Święty Macin przyjeżdża na siwym koniu” – co zapowiada możliwość pierwszych opadów śniegu.
św. Marcin z Tours
- ur. ok. 316 roku w Sabarii, dziś Szombathely, Węgry
- zm. 8 listopada 397 roku w Candes koło Tours, Francja
- patron Poznania i Bydgoszczy, diecezji Rottenburg-Stuttgart i Moguncji; Burgundii; kantonu Schwyz; żołnierzy, jeźdźców i kawalerzystów; opiekun koni i patron podkuwaczy; patron rusznikarzy, tkaczy, grabarzy, krawców, pasiarzy, rękawiczników, kapeluszników, heroldów, hotelarzy, młynarzy, szczotkarzy, bednarzy, właścicieli winnic, pasterzy i oberżystów; podróżnych, biedaków i żebraków; więźniów; abstynentów; opiekun gęsi i zwierząt domowych; wzywany w przypadku wysypki, ukąszenia przez węża i różycy świń, w modlitwach o urodzaj na polu.
- inne źródła podają, że św. Marcin to Patron Francji, królewskiego rodu Merowingów, diecezji w Eisenstadt, Mainz, Rotterburga, Amiens, dzieci, hotelarzy, jeźdźców kawalerii, kapeluszników, kowali, krawców, młynarzy, tkaczy, podróżników, więźniów, właścicieli winnic, żołnierzy, oberżystów, sukienników, przywoływany przeciwko pijaństwu i burzy.
Marcin urodził się w 316 r. w Sabarii w Panonii (dziś Szombathely na Węgrzech). Tutaj osiedlił się jego ojciec, rodem z Italii, po wieloletnim pełnieniu oficerskiej służby w wojsku rzymskim. wychowanie chrześcijańskie odebrał w Pawii, ojczystym mieście ojca. Gdy miał 10 lat, znalazł się w gronie kandydatów do chrztu (katechumenów). Czytaj dalej
Przed odtworzeniem wideo wyłącz głos w monitorze MacLawye®.TV – live po prawej >>>
Pamiętajmy o Afryce. Tam wciąż ludzie umierają z głodu.
Wciąż umierają dzieci w Kongo. Na na oficjalnej stronie UNICEF’u można dokonać wpłaty na akcję ratowania dzieciaków w Kongo.
- 66 zł kosztuje jedna porcja terapeutycznej żywności dla 70 dzieci
- 94 zł wystarczy na pełną terapię jednego niedożywionego dziecka
- Za 176 zł UNICEF kupi 800 dawek szczepionki przeciwko gruźlicy
Jeśli nie chcecie dokonywać wpłaty bankowej, wystarczy jeden sms o treści UNICEF na numer 7245, który kosztuje 2,44 zł i może uratować od śmierci głodowej 3 dzieci. [Akcja sms'owa jest już nieaktualna; wyślij parę groszy przelewem] 2,44 PLN może uratować od śmierci głodowej troje dzieci. To nie slogan. Taka jest prawda Afryki !
Przed odtworzeniem wideo, wyłącz głos w monitorze MacLawye®.TV po prawej u góry strony
Wodospady Wiktorii (Victoria Fals) odkryte przez Dra Liwingstona. szerokość wodospadów 1,8 km (dla porównania Niagara 300 m USA + 900 m Kanada), wysokość spadku wody 111 m ( dla porównania Niagara max 61 m). Victoria Fals to cud natury.
Nad Afryką słońce zachodzi czerwienią (obejrzyj video)
Park Narodowy Hwange w ZImbabwe zaskakuje całkowitym brakiem turystów. Na obszarze blisko 100 kM2 byliśmy absolutnie sami, wjechaliśmy do Hwange jako pierwsi biali od kilku tygodni.
Poczekaj na załadowanie video:
Wodospady Wiktorii – wodospady na rzece Zambezi, na granicy Zimbabwe i Zambii. Przed przybyciem Europejczyków na te tereny zwane były Mosi-oa-Tunya, co w języku lokalnego plemienia Kololo oznacza Dym, który brzmi.
Odkryte w 1855 roku przez szkockiego misjonarza i badacza Davida Livingstone’a, który wówczas powiedział o nich: Widok tak piękny, że muszą się w niego wpatrywać aniołowie w locie.
Wodospady Wiktorii uważane są za jeden z siedmiu naturalnych cudów świata. Znajdują się na terenie Parku Narodowego Wodospadów Wiktorii (Victoria Falls NP) i są wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO.
Wysokość spadku wody wynosi 111 m, szerokość wodospadu 1,7 kilometra. W sezonie szczytowym w każdej sekundzie przetacza się tam ponad 9 milionów litrów wody. (Dla porównania: osławiona amerykańsko-kanadyjska Niagara ma “zaledwie” 1,2 km i 49 m wysokości).
Klknij w miniaturkę aby powiększyć zdjęcie do oryginalnego rozmiaru.
- Victoria Fals – Zambia
- Victoria Fals – Zimbabwe
- Zambezi – Wodospady Wiktorii (Victoria Fals)
- Tęcza nad wodospadem Victoria Fals
- Lot nad Wodospadami Victorii
- Zachód słońca nad wodospadami
- Zambia – Victoria Fals
- Wodospady na Zambezi – Victoria Fals
W czerwcu na południowej półkuli jest zima. W Zimbabwe tego się nie odczuwa. Ale w Johannesburgu jest chłodno. Wieczorami około 8′ C. Zimno po prostu. Ale Johannesburg leży 1.750 m nad poziomem morza. To tak trochę jak miasto na Giewoncie.
Na tydzień poleciałem do Zimbabwe. Obejrzeć Victoria Fals. Wodospady dłuższe i wyższe niż Niagara. Zaraz po przylocie obległo mnie kilku młodych oferujących “na pamiątkę” sto trylionów dolarów zimbabwańskich. Od trzech miesięcy geniusz reform ekonomicznych Prezydent Robert Mugabe ogłosił, że likwiduje się dolar zimbabwański jako oficjalną walutę a walutą Zimbabwe staje się dolar amerykański i rand południowoafrykański. Zimbabwańska hiperinflacja weszła do księgi rekordów Guinessa. Sto trylionów dolarów nie było warte więcej niż trzy polskie grosze. Teraz zyskuje na wartości; bo nie jest już pieniądzem tylko pamiątką.
W Zimbabwe jest pusto. Nie ma turystów. Podczas niemal tygodniowego pobytu przejeżdżając wzdłuż cały kraj od Victoria Fals do Lilpopo nie spotkałem ani jednego białego człowieka. Wjeżdżając do Parku Narodowego Huangwe byliśmy pierwszymi turystami od tygodnia. Od początku roku do parku wjechało około 60 osób. Pusto. Ma to swój urok. Ale jakie są tego przyczyny ?
Na pewno kryzys gospodarczy i spadek ruchu turystycznego. Zapewne także obawy przed epidemią cholery. Chociaż oficjalnie epidemii nie ma; przed większymi miastami ustawione są wielkie bilbordy “myj ręce mydłem albo popiołem pod bieżącą wodą” – to akcja profilaktyczna. No i Afrykanerzy z RPA pewnie się jeszcze nie dowiedzieli, że wprowadzenie jako oficjalnej waluty Zimbabwe dolara amerykańskiego przyniosło pierwsze efekty; wszędzie bez problemu można dostać paliwo, co przed pół rokiem stanowiło nie lada problem. (cdn)
Ciekaw jestem ilu kandydatów na posłów do Parlamentu Europejskiego weźmie udział 7 czerwca 2009 r. w marszu Walk the World w Warszawie. Marszu organizowanym w celu zwróćenia uwagi na problem głodu w Afryce i zebranie środków na humanitarną pomoc dla Afryki. W wyniku niedożywienia co 6 sekund umiera w Afryce dziecko. Mamy XXI wiek a głód dotyka 1 miliarda ludzi. Czy któremukolwiek z kandydatów do Parlamentu Europejskiego przyjdzie do głowy aby pokazać, że Europa w tym ważnym bez wątpienia dla niej dniu, jakim jest dzień wyborów do Parlamentu Europejskiego nie myśli tylko o sobie. Marsz Walk the World odbywa się w dniu wyborów do Parlamentu Europejskiego – a zatem udział w marszu nie będzie miał już wpływu na wynik wyborów, nie może być elementem kampanii wyborczej. I jakoś tak sobie myślę, gotów postawić pieniądze przeciwko kasztanom, że w tym marszu nie będzie uczestniczył ani jeden kandydat na europosła. No bo po co ? Prawda.
Europa powinna pamiętać o Afryce. Jeśli Europa nie opracuje programu pomocy i rekolonizacji Afryki, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat rdzenna ludność Afryki wymrze. Afryka opanowana zostanie przez państwa azjatyckie, głownie prez Hindusów i Chińczyków. A to przecież Europa powinna czuć moralne zobowiązanie wobec Afryki.
7 czerwca 2009 r. to ważna data. W większości państw Europy odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Nie jest to wydarzenie specjalnie godne uwagi, bo od tego ilu Europejczyków weźmie udział w tych wyboracj i kogo wybiorą nie zmieni się kształt Parlamentu Europejskiego ani nie umocni się pozycja tej instytucji. Parlament Europejski to instytucja fasadowa; a jedynym uzasadnieniem jej istnienia jest to aby europejscy biurokraci mogli twierdzić, że instytucje Unii Europejskiej są demokratyczne i obywatelskie.
Zamiast uczestniczyć w tych wyborach (zwłaszcza w Polsce, gdzie doprawdy nie ma na kogo oddać głosu), lepiej wziąść udział w marszu Walk the Word, który tego samego dnia organizowany jest – pod honorowym patronatem małżonki Prezydenta Rzeczypospolitej Pani Marii Kaczyńskiej – w Warszawie. Marsz wyruszy z Ronda de Gaulle’a i zakończy się na Placu Zamkowym. Jego celem jest zwrócenie uwagi na problem głodu w Afryce i zebranie środków na humanitarną pomoc dla Afryki. W wyniku niedożywienia co 6 sekund umiera w Afryce dziecko. Mamy XXI wiek a głód dotyka 1 miliarda ludzi.
Marsze „Walk the World” odbędą się jednocześnie w ponad 80 krajach. Projekt realizowany jest pod egidą ONZ – Światowego Programu Żywnościowego (World Food Programme), zarządzającego pomocą żywnościową w czasie wojen i kataklizmów oraz przeciwdziałającego procesowi długotrwałego głodu.
Podobnie, jak inne marsze na całym świecie, również polska edycja organizowana jest przez World Food Programme. Czy jednak tego rodzaju akcje mają sens, skoro powszechnie wiadomo, że większość pomocy humanitarnej, która trafia do Afryki, jest rozkradana, a sytuacja na tym kontynencie od lat się nie poprawia?
Istotnie; światowa pomoc humanitarna dla Afryki to po prostu “uspokojanie sumień”. Swiat nie ma pomysłu na pomoc dla Afryki. Ale mimo to, mimo świadomości, że 90% pomocy humanitarnej jest na miejscu rozkradane i nie trafia do potrzebujących należy pomagać Afryce. Tyle tylko, że nie wolno jest na humanitarnej pomocy poprzestawać.
Dlaczego demokratyczne państwa zachodu, państwa bogatej północy nie znajdują pomysłu na pomoc dla Afryki ? Odpowiedź jest nader prosta. Skuteczna pomoc dla Afryki jest “niepoprawna politycznie” – wymagałaby bowiem rekolonizacji Afryki. Od połowy ubiegłego wieku i odzyskania tzw. niepodległości przez kraje afrykańskie, ani jeden z nich nie zbudował pańśswa stabilnego, państwa zapewniającego swoim obywatelom elementarne potrzeby. Okazuje się, że wolność i niepodległość w ich zachodnio-europejskim rozumieniu, nie służą Afryce.
Robert Mugabe nakazał odebranie farm z rąk ich białych właścicieli. I odebrano. Z dnia na dzień farmy przestały produkować żywność a w Zimbabwe ludzie umierają z głodu.
Całe wsie, całe plemiona wymierają na AIDS. Afryka ginie na oczach świata. Bo świat jest zadowolony, że wysłał do Afryki worek mąki. Ten worek mąki jest potrzebny. Bo może uratować doraźnie życie kilkunastu osób. Ale ten worek mąki nie powinien zwalniać Swiata od obowiązku opracowania dalej idących programów pomocowych; z rekolonizacją tego kontynentu włącznie.
Jak to zrobić aby Afryka nie byłą na nowo wykorzystywana ? Nie wiem. Wiem tylko, że bez rekolonizacji, Afryka na naszych oczach, jeszcze za naszego życia umrze.
Sprawujący faktyczną władzę, charyzmatyczny przywódca ANC Jacob Zuma, został 6 maja wybrany i zprzysiężony jako Prezydent Południowej Afryki. Jacob Zuma w ubiegłym roku odsunął od władzy Prezydenta Thabo Mbekiego a tymczsowym Prezydentem został Kgalema Monlanthe. Zuma w ubiegłym roku nie mógł zostać Prezydentem RPA, ponieważ zgodnie z Konstytucją Prezedenta wybiera się spośród deputowanych. Dopiero po kwietniowych wyborach w RPA, wygranych przez ANC (ale nie przytłaczającą większością głosów – ANC nie uzyskał większości umożliwiającej zmianę Konstytucji), wybór Jacob Zumy na stanowisko Prezydenta Republiki, stał się możliwy.
Kliknij aby obejrzeć inaugurację i zaprzysiężenie Jacoba Zumy >>>>
Kliknij poniżej w ikonę TV aby obejrzeć zaprzysiężenie gabinetu Jacoba Zumy >>>>
Chociaż już od roku sprawuje faktyczną włądzę, Jacob Zuma zostanie wybrany Prezydentem Południowej Afryki na specjalnej sesji Zgromadzenia Narodowego 6 maja 2009 r. Kontrowersyjny ulubieniec tłumów. Charyzmatyczny przywódca czarnej większości zuluskiej. Populista, który… powoli odcina się od własnego populizmu. Dokąd poprowadzi Afrykę ?
(Ale bez wątpienia jest po prostu fotogeniczny).
kliknij w miniaturę >>>>
23 kwietnia 2009 r. odbyły się wybory w Południowej Afryce. Zgodnie z przewidywaniami wygrał Afrykański Kongres Narodowy, którego przywódca Jacob Zuma zostanie na pewno Prezydentem Republiki (w Południowej Afryce Prezydenta wybierają połączone izby Zgromadzenia Narodowego i Narodowej Rady Prowincji spośród deputowanych, w ubiegłym roku Jacob Zuma nie mógł zostać wybrany, bowiem nie był deputowanym – (MacLawye® pisał o pałacowym “zamachy stanu” Jacoba Zumy, odsunięciu od władzy Thabo Mbekiego i wyborze tymczasowego prezydenta Kgalema Montlanthe w artykułach Thabo Mbeki i sprawa Jacoba Zumy oraz Tymczasowy Prezydent RPA).
Na trzy dni przed wyborami, legendarny przywódca Południowej Afryki Nelson Mandela udzielił poparcia ANC i w dniu wyborów pokazał się w wyborczy T-shircie z wizerunkiem Zumy na piersiach (foto w FotoNes).
Zgodnie z przewidywaniam ANC wybory wygrał, zdobywając 65,9 % głosów. Ale nie udało się zdobyć większości 2/3 głosów umożliwiających ANC dokonywanie samodzielnych zmian w Konstytucji. Można to uznać za tendecję odwróćenia się do kierunku jednopartyjnego systemu włądzy, do którego zmierzałą i de facto w którym od 1994 r. trwała Południowa Afryka.
Zdecydowanym przegranym wyborów jest Incata, partia z przewagą Zulusów. Nie zdobyłą ona zadawalającej liczby głosów nawet w prowincji TuluNatal. Bez wątpienia jest to osobisty sukces chryzmatycznego przywó∂cy ANC Jacoba Zumy, który jest Zulussem i przejął kontrolę nad Afrykańskim Kongresem Narodowym z rąk plemieńców Khoza (z których wywodził się zarówno Nelson Mandela jak i Thabo Mbeki).
Południowa Afryka to kraj piękny. Kraj, ktory od podstaw zbudowali biali osadnicy, tworząc nie tylko naród Burów, nie tylko państwo ale i włąsny język oraz religię. Południowa Afryka nigdy nie byłą kolonią jakiegokolwiek państwa europejskiego. Suwerenne państwo burskie, Kraj Przylądkowy, został co prawada zdobyty przez Anglików ale Burowie w tzw. “Wielkim Tracku” opuścili okupowane przez Anglików tereny i zbudowali dwa kolejne suwerenne państwa afrykańskie, pańśtwa białych. Bo na południu Afryki, w okresie budowy jej państwowości nie było czarnuych mieszkańców. Burowie sprowadzali czarnych niewolników z Malezji.
W tym samym czasie gdy Burowie budowali trzykrotnie swoją pańśtwowość, państwo białych, w którym od samego początku w swojej konstytucji zapisali regułę apartheidu, czyli rozdzielenia kultur białych i czarnych mieszkańców Afryki; na wschodzie dzisiejszej południowej Afryki powstało Królestwo Zulusów – ewenement na skalę czarnej Afryki, poc przywództwem króla Czaki. W bezpośrednim starciu między Burami i Zulusami, Zulusi zostali pokonani.
Dzisiejsza walka wyborcza w Południowej Afryce nie jest już walką między czarną większością a białą mniejszością. Stosunki między czarnymi mieszkańcami a białymi są poprawne i jest to wielka zasługa nelsona Mandeli i fryderyka Leclerka, że w Afryce nie doszło do rewanżyzmu ze strony czarnych wobec białych. Dzisiejsza walka wyborcza toczy się między czarną biedotą i czarną klasą średnią; między plemionami Zulusow i Khozasów. Biali – jak na razie – żyją spokojnie; ich polityczny głos jest niestety lekceważony i niedoceniany. Fakt, że Jacob Zuma i kierowany przez niego ANC jest wyborczym zwycięzcą a 6 maja 2009 r. Zuma zostanie Prezydentem – nie świadczy jeszcze o tym, że Afryka podąży w kierunku Zimbabwe pod przywództwem Mugabe. Może fakt, że zabrakło nieco głosów do uzyskania 2/3 w Zgromadzeniu Narodowym jest sygnałęm, że w Południowej Afryce jest jeszcze przyszłość dla białych.
Dokładnie piętnaście lat temu w RPA runął apartheid. 27 kwietnia 1994 r. w pierwszych wolnych wyborach miażdżące zwycięstwo odniósł reprezentujący czarną większość Afrykański Kongres Narodowy (ANC), na którego czele stał Nelson Mandela.
Wkrótce potem Mandela został pierwszym czarny prezydentem RPA, co stało się symbolem końca rasistowskiej państwa. Władzę przejął od Frederika Willema de Klerka. W rozmowie z DZIENNIKIEM ostatni biały przywódca państwa podsumowuje 15 lat przemian w Południowej Afryce.
JAROMIR KAMIŃSKI: Czy pana kraj zmierza dziś w dobrym kierunku?
FREDERIK WILLEM DE KLERK*: W większości spraw udało nam się osiągnąć wielki postęp. Mimo to trochę się martwię ze względu na tendencje, jakie pojawiły się w ostatnim czasie. Chodzi o działania, które podważają niezależność naszej prokuratury generalnej, co podważa również rządy prawa w kraju. Martwi mnie zagrożenie dla niezależności naszych prawników. Czytaj dalej
SAFPOLTRAVEL
Jesteśmy młodym, dynamicznym zespołem pracującym w najnowszych systemach organizacji turystyki. Pozwala nam to tworzyć oferty niezwykłe i niespotykane – czyli na żądanie każdego klienta.
Organizujemy wycieczki łączące zwiedzanie egzotycznych miast z wypoczynkiem w tropikach, organizujemy wyjazdy przygodowe po Afryce oraz wyjazdy firmowe o dowolnym charakterze i na całym świecie.
Niezwykła, nowa, a zarazem coraz bardziej popularna forma zwiedzania świata oraz spędzania wakacji, miesiąców miodowych, a nawet weekendów.
Za niewielką cenę można zamieszkać w luksusowym pływającym miasteczku. A w nim aleje handlowe, ośrodki spa, baseny, korty tenisowe, tory do minigolfa i właściwie wszystko co można sobie wymarzyć do wakacyjnej rozrywki.
Statek za każdym razem zawija do innego portu. Można więc zwiedzić nowe miasto – najczęściej również nowy kraj. Jednego dnia oglądamy zabytki antycznej Grecji, drugiego wylegujemy się na plaży Sycylii, aby chwilę później oglądać Rzym. Można też wybrać wersję rekreacyjną – np. codziennie inna plaża Wysp Karaibskich!
I najważniejsze – rejsy statkami słyną z doskonałego wyżywienia. Cztery wyśmienite posiłki dziennie, szwedzkie stoły, desery, specjały regionalne – wszystko to zawsze w cenie!
Safari
Afryka to wciąż nieodkryty kontynent. Aby zakosztować jego różnorodności nie wystarczy pobyt na plaży w kurorcie.
Oferujemy więc safari – owszem, mogą być luksusowe, z czterogwiazdkowymi hotelami i wystawnymi kolacjami, mogą być też bardziej przygodowe, jak przemierzanie jeepem całych krain geograficznych, rezerwatów dzikiej przyrody, wysp. Jednak wszystkie mają cechę wspólną – to ruch, poznawanie nowego i bezpośredni kontakt z autentyczną, żywą Afryką!




































































